Słowacja

Siwy Wierch (1805 m) przez Rzędowe Skały

DYSTANS

10 km

SUMA PODEJŚĆ

975 m

PUNKTY GOT

17

CAŁKOWITY CZAS

5:31 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

1805 m n.p.m.

GRUPA

2 osoby

POZIOM TRUDNOŚCI

4 / 10

EKSPOZYCJA

5 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

9 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Szlak na: Siwy Wierch 1805 m przez Rzędowe Skały | mapa-turystyczna.pl

Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku na Siwy Wierch przez Rzędowe Skały – krok po kroku

Siwy Wierch miałem na celowniku od bardzo dawna. Kilka zdjęć, które mignęły mi przed oczami w Internecie, utrwaliło we mnie przekonanie, że szlak wiodący na jego szczyt to może być prawdziwa petarda. Niby to Tatry, ale jakieś takie inne.

Siwy Wierch leży na samym zachodnim krańcu głównej grani Tatr, nieco na uboczu najbardziej oczywistych górskich kierunków. Choć formalnie należy do Tatr Zachodnich, pod względem krajobrazu zdaje się wymykać wszelkim tatrzańskim schematom. Geologia urządziła tu coś zupełnie osobnego, tworząc świat, który momentami bardziej przypomina zupełnie inne góry niż te, które znamy z okolic Zakopanego. Jakie? Postanowiłem przekonać się na własne oczy tuż przed sezonowym zamknięciem szlaków w tej części słowackich Tatr.

Okno pogodowe z połamanymi na wietrze okiennicami

Końcówka października 2026 roku nie rozpieszczała pogodą. Znalezienie choćby jednego dnia z odrobiną słońca i widocznością, graniczyło z cudem. Kiedy więc w prognozach pojawiło się takie okienko, decyzja zapadła właściwie z dnia na dzień. Na moje wezwanie odpowiedziała Dziewczyna z Lasu i to właśnie z nią ruszyłem o świcie w kierunku słowackiej wsi Huty, położonej w kraju żylińskim, w powiecie Liptowski Mikułasz.

Sęk w tym, że SHMÚ (Słowacki Instytut Hydrometeorologiczny) wydał ostrzeżenie pierwszego stopnia, obejmujące między innymi rejon Siwego Wierchu. Powyżej górnej granicy lasu prognozowano wiatr o średniej prędkości 70-85 km/h, a w porywach nawet 110-135 km/h. To już nie był zwykły górski wiaterek, a warunki mogące stanowić realne zagrożenie dla turystów.

Mieliśmy więc nie lada rozterkę. Czy w takich warunkach uda się bezpiecznie dotrzeć na szczyt? Oprócz wiatru obawialiśmy się również śliskich, a miejscami być może oblodzonych skał. Na wszelki wypadek zabraliśmy odpowiednie warstwy odzieży i obowiązkowo raczki. Ustaliliśmy też prostą zasadę: jeśli warunki okażą się zbyt trudne, zawracamy. Szczyt przecież nie ucieknie.

Początek szlaku na Siwy Wierch z Hut przez Białą Skałę

Drogi prowadzące w Tatry przed świtem okazały się niemal puste, więc sprawnie dotarliśmy na Słowację, która przywitała nas niskim pułapem szybko przemieszczających się chmur i intensywnymi barwami jesieni. W tej ulubionej scenerii Dziewczyny z Lasu ruszyliśmy z nieoficjalnego, bezpłatnego parkingu powyżej leśniczówki.

Dla zmotoryzowanych przydatna może być informacja, że wzdłuż drogi nr 584, jeszcze przed leśniczówką, znajduje się pobocze umożliwiające parkowanie (stan na 2026 rok). Nie miałem jednak pewności, czy można tam legalnie zostawić samochód, dlatego wybrałem dziki parking położony nieco dalej, nad leśniczówką.

Na czerwony szlak wchodzimy przy drogowskazie Horáreň pod Bielou skalou (940 m n.p.m.). Dość szybko okazuje się, że jesień, choć piękna, potrafi zamienić leśną ścieżkę w błotny tor przeszkód. Jak zwykle dobry but okazuje się na wagę złota. Rześkie poranne powietrze początkowo zmusiło nas do założenia cieplejszych warstw odzieży, ale podejście szybko zweryfikowało nasze decyzje. Kurtki powędrowały do plecaków, a my dziarsko kroczyliśmy w górę wśród kolorowego lasu.

Warto wspomnieć, że równolegle do czerwonego szlaku biegnie szeroki dukt leśny. Jeśli okaże się mniej zabłocony, można miejscami skorzystać z niego jako alternatywy. Trzeba jednak pilnować przebiegu właściwej trasy, żeby nie odbić w niewłaściwym kierunku.

Po dotarciu do mostka na potoku Borowa Woda porzucamy szeroką drogę na rzecz węższej ścieżki prowadzącej w głąb lasu.

Chmurne show

Poranne mgły wciąż zalegały w dnach okolicznych dolin, a wielowarstwowe chmury przybierały najróżniejsze formy i kolory. W okolicy drugiego mostka, na polanie nieopodal źródeł Borowej Wody, za naszymi plecami ukazała się Babia Góra, spowita pochmurnym welonem. Wyglądała zjawiskowo.

Na przełęczy Biele sedlo szlak skręca na południowy wschód i rozpoczynamy właściwe podejście grzbietem, który rozdziela Dolinę Siwą i Dolinę Suchą Zuberską od północy oraz Dolinę Suchą Sielnicką od południa. Ta ostatnia jest najbardziej na zachód wysuniętą doliną walną całych Tatr.

Niespełna 100 metrów dalej wyrasta przed nami Biała Skała. W tym samym czasie niebo po raz pierwszy zaczyna nabierać intensywnie błękitnego koloru, jeszcze mocniej podkreślając jasną sylwetkę tej osobliwej formacji. Na szczyt skały nie prowadzi znakowany szlak, więc mijamy ją bokiem i kontynuujemy podejście zachodnim grzbietem.

Za Białą Skałą czeka na nas kilka znakomitych punktów widokowych. Ponad Doliną Suchą Sielnicką dostrzegamy Liptowską Marę, a dalej Wielką Fatrę i Niżne Tatry. Uwagę przykuwa charakterystyczne trio szczytów: Wielki Chocz, Prosieczne i Holica.

Ale to chmury kradną show. Przemieszczają się dynamicznie na różnych wysokościach, miejscami przepuszczając promienie słońca i tworząc kolejne plany, które nadają krajobrazowi niezwykłą głębię. Sceneria zmienia się niemal z minuty na minutę. Niestety, ten spektakl ma swoją cenę. Wiatr, który wprawia chmury w tak widowiskowy ruch, staje się coraz bardziej odczuwalny. Z każdym metrem wysokości przybiera na sile, a prognozy zdają się sprawdzać co do joty.

Na wysokości około 1500 m n.p.m. zatrzymujemy się na kilka chwil w osłoniętym od wiatru lesie, żeby zjeść śniadanie. Dopiero wtedy, po blisko półtorej godziny marszu, spotykamy pierwszego turystę.

W niedzielę. Wow!

Rzędowe Skały – skalne miasto w Tatrach Zachodnich

Od tego momentu szlak zaczyna się zmieniać. Las ustępuje kosodrzewinie, odsłaniając nie tylko okoliczne doliny, ale i dalszy przebieg trasy. Wreszcie widzimy to, na co tak długo czekałem – Rzędowe Skały.

Najpierw mijamy Siwą Kopę, a po przekroczeniu Siwego Przechodu, na wysokości około 1600 m n.p.m., wkraczamy w skalny labirynt jakby nie z tatrzańskiego świata.

Rzędowe Skały (Radové skaly) to niezwykłe skalne miasto rozciągające się wzdłuż zachodniej grani Siwego Wierchu. Dziesiątki dolomitowych baszt, turni, iglic i fantazyjnie ukształtowanych ostańców tworzą krajobraz, który bardziej przywodzi na myśl włoskie Dolomity, a miejscami nawet Jurę Krakowsko-Częstochowską, niż dobrze znane mi Tatry. Jedne formacje przypominają ruiny średniowiecznych zamków, inne kamienne postacie, a jeszcze inne wyglądają jak ustawione obok siebie gigantyczne figury szachowe. Pomiędzy nimi kryją się wąskie szczeliny, skalne okna i naturalne korytarze. Zresztą sama nazwa Rzędowych Skał wydaje się wyjątkowo trafna – wiele z tych osobliwych formacji rzeczywiście stoi jedna za drugą, niczym ustawione w szeregu kamienne straże.

Za tym niezwykłym krajobrazem kryje się historia licząca ponad 200 milionów lat. Budujące masyw wapienie i dolomity powstały z osadów pradawnego morza jeszcze w triasie. Znacznie później ruchy tektoniczne wyniosły je wysoko w góry, a woda, mróz i procesy wietrzenia przez kolejne epoki rzeźbiły ich powierzchnię. Woda wnikała w szczeliny i rozpuszczała skały, mróz pogłębiał pęknięcia, a oddzielające się fragmenty masywu stopniowo przybierały formy samodzielnych turni i baszt. Tak powstał ten osobliwy skalny labirynt, który dziś możemy podziwiać, przemierzając grań Siwego Wierchu.

Co ciekawe, świat Rzędowych Skał nie kończy się na tym, co widać na powierzchni. W masywie występują również liczne jaskinie i przepaście krasowe. Jedną z najbardziej imponujących jest Przepaść w Siwym Wierchu (Priepasť v Sivom vrchu), osiągająca aż 93 metry głębokości.

I pomyśleć, że to wszystko znajduje się na zachodnich rubieżach jednego z najbardziej rozpoznawalnych pasm górskich Europy. W miejscu, które na mapie wygląda jak kolejny, niezbyt wysoki tatrzański grzbiet, natura urządziła sobie całkiem osobny świat.

Tylko wiatr skutecznie przywoływał mnie do porządku, budząc akrofobię, o której w ostatnim czasie zdążyłem już niemal zapomnieć. Silne podmuchy sprawiały, że mój błędnik szalał, a ja raz po raz traciłem poczucie równowagi. To skutecznie studziło moje zapędy do pełnej eksploracji tych skał i skałek. I dobrze! Znajdowaliśmy się przecież na obszarze chronionym, a chęć odkrywania kolejnych zakamarków nie usprawiedliwia schodzenia ze szlaku. Choć przyznam, że kilka razy zdarzyło mi się na chwilę zgubić jego przebieg. Myślę jednak, że wynikało to raczej z nadmiaru wrażeń i bodźców niż ze złego oznakowania.

Łańcuchy, wiatr i stare lęki

Pierwsze łańcuchy na szlaku pojawiają się na wysokości około 1670 m n.p.m. To kilkumetrowy skalny kominek, którego pokonanie ułatwiają metalowa klamra i kilkunastometrowy łańcuch podzielony na segmenty. Najtrudniejsze są pierwsze kroki w górę, ponieważ brakuje tu wygodnych, regularnych stopni, a siła rąk okazuje się bardzo pomocna. Kolejne metry są już znacznie łatwiejsze.

Gdybym miał porównać ten fragment do łańcuchów na Giewoncie, to technicznie wydaje mi się nawet nieco trudniejszy, właśnie ze względu na początkowe metry. Z drugiej strony jest znacznie krótszy i pozbawiony takiej ekspozycji, z jaką mamy do czynienia na popularnym tatrzańskim klasyku.

Na drugi odcinek ubezpieczony łańcuchem trafiamy zaraz za Przepaścią w Siwym Wierchu niespełna 200 metrów od szczytu. Pomaga on pokonać krótki, bardziej stromy fragment pomiędzy skałami. Prawdę mówiąc, sprawny turysta w dobrych warunkach prawdopodobnie poradziłby sobie tutaj również bez korzystania z łańcucha.

Sęk w tym, że nasze warunki dalekie były od idealnych. Po północnej stronie grzbietu zaczęły pojawiać się pierwsze ślady zimy. Ziemię miejscami pokrywała cienka warstwa śniegu, a niektóre fragmenty skał były oblodzone. W tych okolicznościach łańcuch okazał się bardzo pomocny, zapewniając dodatkowy, pewny chwyt na śliskim podłożu.

Przez ostatnie metry w pełni odsłoniętego szlaku do wyraźnie widocznego już szczytu, z charakterystycznym drogowskazem na wierzchołku, towarzyszył nam naprawdę silny wiatr. Dziewczyna z Lasu przyznała, że momentami obawiała się, czy nie zdmuchnie jej z grzbietu. Ja również nie czułem się specjalnie komfortowo. Choć ekspozycja nie była tutaj specjalnie dramatyczna, kolejne podmuchy skutecznie pobudzały moje akrofobiczne lęki.

Na szczęście cel był już blisko.

Siwy Wierch (1805 m)

Dotarcie na szczyt Siwego Wierchu wyzwoliło w nas pokłady radości, które skutecznie odgoniły wcześniejsze obawy. Widok galopujących chmur, które brzuchami ocierały się o trójkolorowe salatyńskie szczyty, był wręcz hipnotyzujący. Robiłem zdjęcie za zdjęciem. Niby to samo ujęcie, a za każdym razem zupełnie inne. Tak dynamiczna i zmienna była tego dnia aura na Siwym Wierchu.

Podczas gdy nad Tatrami Zachodnimi kłębiły się chmury, błękit nieba na północy pozwalał dostrzec panoramę od Małej Fatry, przez Beskid Śląski i Żywiecki, aż po odległe Gorce. Kolorystyka krajobrazu była równie niezwykła jak rozgrywający się nad nim spektakl. Zieleń dolin stopniowo przechodziła w brązy górskich grzbietów, których najwyższe partie pokrywał delikatny, biały śnieżny puder.

Zachwytom pewnie nie byłoby końca, gdyby nie wiatr. Ten jednak ani myślał odpuścić. Próbowaliśmy znaleźć choć kawałek miejsca osłoniętego od jego najsilniejszych podmuchów, żeby napić się gorącej herbaty, ale bez większego powodzenia. W końcu, nieco niechętnie, pożegnaliśmy Siwy Wierch i ruszyliśmy w drogę powrotną tym samym czerwonym szlakiem, którym dotarliśmy na szczyt. Na chwilę przysiedliśmy w osłoniętym od wiatru miejscu tuż za łańcuchami pod szczytem i jeszcze raz delektowaliśmy się widokiem pasma Brestowej i Salatynów popijając gorącą herbatę z termosa.

Szlak odkrywany na nowo

Zazwyczaj, kiedy wracam tą samą drogą, nie poświęcam zejściu zbyt wiele miejsca w swoich relacjach. Ot, ta sama trasa, którą pokonałem przed chwilą. Sęk w tym, że czerwony szlak Z Siwego Wierchu różni się od tego samego szlaku NA Siwy Wierch. Dlaczego? Ano dlatego, że Rzędowe Skały wyglądają zupełnie inaczej z każdej perspektywy.

Wracając, mamy okazję najpierw spojrzeć na całe to skalne miasto z góry, a następnie ponownie zanurzyć się w labiryncie dolomitowych baszt i turni. Z każdym kolejnym zakrętem odsłaniają się nowe formacje, wcześniej niewidoczne szczeliny i skalne zakamarki. A wszystko to z otwartą panoramą w kierunku Wielkiej i Małej Fatry.

Przyznam, że droga w dół podobała mi się chyba jeszcze bardziej niż podejście. A przecież dosłownie przed chwilą przemierzaliśmy dokładnie ten sam szlak! To jedna z tych tras, które potrafią sprawiać przyjemność niemal na każdym metrze wędrówki. Odcinki ubezpieczone łańcuchami również nie sprawiały nam już większych trudności. Na stromszych fragmentach schodziliśmy przodem do skały, co znacznie ułatwiało kontrolowanie ruchów.

W drodze powrotnej mijaliśmy turystów zmierzających na szczyt. Było około dziesiątej rano, a na całej trasie spotkaliśmy zaledwie kilkanaście osób. Jak na niedzielę i Tatry – naprawdę niewiele. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że położenie Siwego Wierchu na uboczu najpopularniejszych tatrzańskich kierunków jest jedną z jego największych zalet. W porównaniu np. z obleganymi Czerwonymi Wierchami panował tu wręcz błogi spokój. Przez większą część poranka mieliśmy te góry niemal wyłącznie dla siebie.

Tym samym zakończyłem swój sezon w słowackich Tatrach w 2026 roku. Za kilka dni, 1 listopada, rozpoczynało się sezonowe zamknięcie wielu szlaków, w tym również trasy na Siwy Wierch. Nie oznacza to jednak całkowitego końca tatrzańskich wędrówek po słowackiej stronie. Jednym z dostępnych zimą kierunków pozostaje Baraniec (2184 m n.p.m.), na który od dawna mam ochotę się wybrać. Może wreszcie tej zimy się uda?

A Siwy Wierch? Wszystko zaczęło się od kilku zdjęć, na które przypadkiem trafiłem w Internecie. Teraz mam już własne. I kto wie, może kiedyś komuś innemu narobią takiego samego apetytu na tę trasę?

Niby to Tatry, ale jakieś takie inne.

Dobrze się czytało?

Nie spamuję!

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 4/10

10/10
  • Rated 10 out of 10
    10
  • Rated 10 out of 10
    10

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *