Flaga UzbekistanuUzbekistan

Mały Chimgan (Kichik Chimyon) 2098 m n.p.m. [Uzbekistan]

DYSTANS

7.5 km

SUMA PODEJŚĆ

649 m

PUNKTY GOT

CAŁKOWITY CZAS

2:53 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

2098 m n.p.m.

GRUPA

2 osoby

POZIOM TRUDNOŚCI

4 / 10

EKSPOZYCJA

6 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

10 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku – krok po kroku

We wrześniu 2026 roku spędziłem trzy tygodnie w Uzbekistanie. Wyprawę zorganizował mój Papa, zapraszając do udziału mnie, mojego młodszego brata (Kosmos) oraz serdecznego przyjaciela naszej rodziny (Vooyoo). W takim męskim gronie przemierzaliśmy Uzbekistan, a dzięki mojej pasji do gór udało mi się namówić ekipę na spędzenie dwóch dni w Górach Czatkalskich.

Góry Czatkalskie (Chatkal Range) stanowią część zachodniego Tienszanu, jednego z największych systemów górskich Azji Środkowej. Rozciągają się na pograniczu Uzbekistanu i Kirgistanu, a ich południowo-zachodnia część znajduje się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Taszkentu. To właśnie tam, dwa dni po przylocie do Uzbekistanu, dotarliśmy wypożyczonym samochodem.

To zupełnie inne oblicze Uzbekistanu niż to, które znamy z pocztówek przedstawiających słynne miasta Jedwabnego Szlaku. Zamiast pustynnych krajobrazów, madras* i błękitnych kopuł czekają tu głębokie doliny, skaliste granie, rozległe górskie zbocza i szczyty przekraczające 3000 metrów n.p.m.

UZBHARD Expedition 2026

Dla mnie był to jeden z najważniejszych punktów całej uzbeckiej wyprawy. Wyprawy, którą ochrzciłem mianem UZBHARD. To przewrotna gra słów nawiązująca do nazwy Ubisoft – tyle że w moim przypadku zamiast soft miało być zdecydowanie hard.

W cieniu Wielkiego Chimgana

Sama podróż samochodem po Uzbekistanie to niezła atrakcja. Choć główne drogi bywają nadzwyczaj szerokie, nawet kilkupasmowe, to ich stan oraz sposób poruszania się po nich innych uczestników ruchu zupełnie nie przypominają standardów, do których przywykliśmy w naszej części świata.

Mógłbym poświęcić osobny wpis podróżowaniu samochodem po tym kraju. Ograniczę się jednak do stwierdzenia, że te niespełna dwie godziny jazdy (około 90 km) powoli wprowadzały mnie w lokalny klimat, a ja z jeszcze większą adrenaliną czekałem na spotkanie z uzbeckimi górami.

Choć pogoda była świetna (około 30°C, bezwietrznie, bezchmurne niebo i sucho), to unoszący się w powietrzu pył praktycznie do samego końca podróży zasłaniał nam górskie szczyty. To chyba dość częste zjawisko w Uzbekistanie, bo podczas całego wyjazdu nieczęsto mieliśmy okazję podziwiać odległe panoramy przy dobrej przejrzystości powietrza.

Chimgan, dokąd zmierzaliśmy i gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi, to niewielka miejscowość wypoczynkowa położona na wysokości około 1600 m n.p.m., u podnóża potężnego masywu Wielkiego Chimgana.

To jeden z najpopularniejszych kierunków weekendowych wypadów mieszkańców Taszkentu, niezależnie od pory roku. Zimą okolica zamienia się w centrum sportów zimowych. W samym Chimganie funkcjonuje ośrodek narciarski z wyciągami i trasami zjazdowymi, a w sąsiedztwie znajdują się Beldersay oraz znacznie nowocześniejszy Amirsoy, otwarty w 2019 roku.

Latem narty ustępują miejsca trekkingowi, wspinaczce, paralotniarstwu i zwykłemu wypoczynkowi na łonie natury. Dla mieszkańców rozgrzanego latem Taszkentu tutejsze góry są również doskonałą ucieczką od miejskiego upału.

Chimgan pełni więc rolę całorocznego „kurortu” i bazy wypadowej w otaczające go góry. Weźcie jednak poprawkę, że jest to Uzbekistan. To nie jest Chamonix, Livigno ani nawet Białka Tatrzańska. Stąd słowo „kurort”, często pojawiające się w opisach tego miejsca, w moim odczuciu jest lekkim nadużyciem.

Nie jest to jednak zarzut – wręcz przeciwnie. Fakt, że infrastruktura i krajobraz są tak specyficzne, dodaje tej okolicy uroku, którego na próżno szukać choćby wśród tłumu billboardów i głów na Krupówkach.

Plan na dwa dni w Chimgan

Pierwszy dzień w Chimganie przeznaczyliśmy na zwiedzenie okolicy oraz samochodową wyprawę wokół pobliskiego zbiornika wodnego Chorvoq. To ciekawa, widokowa, około stukilometrowa pętla, której pokonanie potrafi zająć ładnych parę godzin.

Częściowo z powodu stanu drogi lub, nazwijmy rzecz po imieniu, jej braku :), a częściowo dlatego, że zbiornik i otaczające go góry są magnetyzujące, więc wycieczkę raz po raz przerywaliśmy postojami na dzikich punktach widokowych.

Drugiego dnia pobytu w Chimganie musiałem zdecydować, czy realizuję swój główny cel, czyli wejście na Wielki Chimgan, czy też dopasowuję plan do reszty grupy. Było bowiem jasne, że mój Papa, z racji wieku, nie mógłby uczestniczyć w całodniowej wyprawie na ponad 3000 m n.p.m., wymagającej pokonania przeszło 1600 metrów przewyższenia.

W związku z tym zrealizowałem plan zapasowy, który zakładał spędzenie pierwszej połowy dnia z całą ekipą, umożliwiając wszystkim niemal bezwysiłkowe obcowanie z górami.

Wyjazd kolejką gondolową Amirsoy Express do ośrodka Amirsoy, a następnie gondolą Prima na wysokość około 2290 m n.p.m. dostarczył nam wspaniałych widoków bez kropli potu.

Plan na drugą część dnia był prosty: wraz z Vooyoo mieliśmy zdobyć małego brata Wielkiego Chimgana, czyli Mały Chimgan, a Papa w tym czasie miał odpoczywać w naszej bazie w miejscowości Chimgan.

Pogoda była wyborna. Poranne lekkie zachmurzenie ustąpiło, białe chmury malowały pejzaże na błękitnym niebie, a temperatura, choć przypominała upalne polskie lato, nie męczyła zbytnio.

Przez Sanatorium Fanat na przełęcz Qumli

Zaparkowaliśmy samochód przy sklepie naprzeciwko Sanatorium Fanat – ośrodka za zielonymi bramami, z charakterystyczną siecią kładek spacerowych zawieszonych miejscami na wysokości piątego piętra nad ziemią.

Po krótkiej pogawędce z dwójką młodych turystów ruszyliśmy wraz z Vooyoo na poszukiwanie wejścia na właściwy szlak w kierunku Mały Chimgan.

Przez chwilę miotaliśmy się, szukając obejścia ogrodzenia wspomnianego ośrodka, ale szybko okazało się, że szlak prowadzi właśnie przez jego teren. Przeszliśmy więc przez dużą zieloną bramę, a następnie, przez nikogo niezatrzymywani, pokonaliśmy kolejne około 500 metrów do następnej bramy.

Tym razem była zamknięta „na drucik”, zdezelowana i oznaczona tablicą RIP 🙂

Dalej szlak ciągnie się suchym jak pieprz nieużytkiem w kierunku widocznego, postrzępionego północnego grzbietu Wielkiego Chimgana, który opada w stronę Przełęczy Piaszczystej (1832 m n.p.m.).

Dotarliśmy na nią mniej więcej po godzinie bardzo spokojnego marszu, pokonując około 250 metrów przewyższenia. Szlak miejscami był umiarkowanie stromy, a połączenie kamieni i piasku utrudniało podejście.

Na przełęczy Qumli (Piaszczysta po uzbecku) zrobiło się już fajnie – górsko. Otworzył się widok na jej drugą stronę, czyli na Kanion Gulkam, ze szczytem Aukaszka (Okhotnichy, 3099 m n.p.m.) w tle.

Stromo i samotnie na grzbiet Mały Chimgan

Podejście z perspektywy przełęczy na grzbiet Mały Chimgan wyglądało na strome. W dodatku na końcowym odcinku widoczne były liczne skały.

Po wizualnej analizie przebiegu szlaku Vooyoo zrezygnował z dalszego podejścia z uwagi na problemy z kolanami. Obawy przed schodzeniem tym odcinkiem, jak się później okazało, były jak najbardziej uzasadnione.

Ruszyłem więc żwawiej, żeby Vooyoo nie musiał na mnie zbyt długo czekać.

Pokonanie około 800 metrów dzielących Przełęcz Piaszczystą od grzbietu Mały Chimgan zajęło mi blisko pół godziny i kosztowało odrobinę płuc. Wszystko dlatego, że na tak krótkim odcinku trzeba pokonać około 220 metrów przewyższenia, a sypiąca się spod nóg ścieżka, prowadząca wśród coraz liczniejszych skał, utrudnia swobodne poruszanie się.

Miejscami zwykły marsz ustępował scramblingowi, czyli pokonywaniu skalnych progów z wykorzystaniem zarówno nóg, jak i rąk. Niemniej jednak nie uznałem tego odcinka za szczególnie trudny technicznie. Wymaga on jednak pewności kroku, zachowania równowagi i rozsądnej oceny sytuacji, zwłaszcza podczas schodzenia.

Po dotarciu na grzbiet przychodzi czas na nagrodę. Z każdym krokiem otwiera się przed nami widok na obie strony opadających stoków Mały Chimgan.

Widać akwen Chorvoq, farmę wiatrową nad Novobodem czy majaczący w oddali, na wschodzie, szczyt Padar (3564 m n.p.m.) w Górach Pskemskich.

W oddali na grzbiecie powiewają także flagi – niech Was jednak nie zmylą. Nie wyznaczają właściwego wierzchołka Mały Chimgan. To w tym miejscu znajduje się uzbecka „apteczka na szlaku”. Właściwy szczyt leży około 300 metrów dalej, a rozpoznać go można po charakterystycznej, kopcowatej formacji skalnej.

Wielki Brat Chimgan

Mnie jednak najbardziej urzekał widok za plecami, czyli Wielki Chimgan.

Zapewne dlatego, że pozostał jedynie westchnieniem. Nie było mi dane wejść na jego szczyt, choć doktoryzowałem się na jego temat przez kilka miesięcy przed przyjazdem do Uzbekistanu. Analizowałem wszystkie możliwe warianty wejścia, przejścia, poszczególne etapy i punkty krytyczne, przy których miałem decydować, czy iść dalej, czy zawrócić.

Dlatego spacer po grzbiecie Mały Chimgan zajął mi blisko 40 minut. Raz po raz przystawałem, żeby nacieszyć się widokami.

Po dotarciu na szczyt zdecydowałem się przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej. Przez chwilę rozważałem bowiem możliwość powrotu do miejscowości północnymi zboczami. Jednak grzbiet w tym miejscu stawał się bardziej skalisty i mocniej poszarpany. Sprawiał wrażenie bardziej eksponowanego, a mój wewnętrzny akrofobiczny kalkulator zysków i strat wskazał, że bezpieczniej dla mojej głowy będzie wrócić tą samą trasą.

Z perspektywy czasu myślę, że być może przeszedłbym tamtędy bez większego problemu, ale wówczas nie miałem ochoty tego sprawdzać.

Wracając grzbietem w kierunku przełęczy, wciąż spoglądałem na Wielki Chimgan, którego widok wyzwalał we mnie prawdziwy kalejdoskop emocji.

Majestatycznie górował nad okolicą, a jego szerokie ramiona potężnie obejmowały horyzont, budząc zachwyt i podziw, ale jednocześnie szacunek i respekt.

Z jednej strony widziałem już siebie na jego szczycie, ale analizując wielkość masywu i formę szczytową, nie byłem pewien, czy moje umiejętności i kondycja pozwoliłyby mi choćby zbliżyć się do wierzchołka.

Ścieżki prowadzące na jego szczyt, choć oznaczone w aplikacjach, nadal nie są żadnymi oficjalnymi szlakami. Pozostawało więc pytanie, czy są bezpieczne, czy akrofobik dałby sobie na nich radę i tak dalej, i tak dalej…

Rozmyślałbym tak pewnie bez końca, ale po dotarciu do skraju grzbietu musiałem bezpiecznie zejść na przełęcz Qumli. Pełna koncentracja na każdym kroku skutecznie przerwała więc cierpienia młodego Wertera.

Niemniej jednak widoki nadal były cudowne.

Zejście trudniejsze niż wejście

Tak jak się obawiałem i jak przewidział to Vooyoo, zejście okazało się o wiele trudniejsze niż podejście.

Skały oraz obsypująca się spod nóg sucha ziemia wymieszana z kruszywem wymagały bardzo kontrolowanych i rozważnych kroków, żeby nie rozjechać się jak na lodzie. I to pomimo wygodnych, dobrych butów trekkingowych, do których mam zaufanie.

Ostatecznie zejście z grzbietu zajęło mi tyle samo czasu co wdrapanie się na niego, choć zazwyczaj schodzę znacznie szybciej, czasem nawet o jedną trzecią.

Najbardziej brakowało mi kijków trekkingowych, które akurat na tym odcinku bardzo by się przydały.

Po dotarciu na przełęcz włączyłem drugi bieg i raźnym krokiem ruszyłem w stronę parkingu, na którym czekał już na mnie Vooyoo w naszym Uzbevrolete.

Wycieczka na Mały Chimgan i z powrotem zajęła mi trzy godziny. Określiłbym ją jako średnio trudną, z zastrzeżeniem, że charakter trudności może diametralnie zmieniać się w zależności od warunków. Wiosną problemem może być mokre i śliskie podłoże, zimą śnieg i oblodzenie, a latem wysoka temperatura i palące słońce.

Mały Chimgan
Mały Chimgan

Wielki Chimgan pozostał więc niezdobyty. Choć to właśnie on miał być głównym celem mojej górskiej przygody w Uzbekistanie, tego dnia musiałem zadowolić się jego mniejszym bratem. I trudno powiedzieć, żebym miał powody do narzekania.

A z Wielkim Chimganem? Cóż, mam nadzieję, że nie powiedzieliśmy sobie jeszcze ostatniego słowa.

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 4/10

10/10
  • Rated 10 out of 10
    10
  • Rated 10 out of 10
    10

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *