W drodze na Mała Wysoka
Słowacja

Mała Wysoka z Łysej Polany 🚴‍♂️

DYSTANS

29 km (w tym 15km na rowerze)

SUMA PODEJŚĆ

1667 m

PUNKTY GOT

27

CAŁKOWITY CZAS

9:01 h (w tym 1:21 na rowerze)

NAJWYŻSZY SZCZYT

2429 m n.p.m.

GRUPA

1 osoba

POZIOM TRUDNOŚCI

8 / 10

EKSPOZYCJA

8 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

10 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Szlak: Rowerem przez Dolinę Białej Wody na Małą Wysoką 2429 m n.p.m. | mapa-turystyczna.pl

Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku – krok po kroku

To jedna z tych wypraw, na które zdecydowałem się w ciągu niespełna jednego dnia. Trasę miałem wprawdzie zaplanowaną już dużo wcześniej, więc wieczorem wystarczyło spakować plecak, a następnego dnia o świcie ruszyć w drogę.

Impulsem była obiecująca prognoza pogody. Lipiec 2026, delikatnie mówiąc, nie rozpieszczał aurą, dlatego takie okno pogodowe kusiło niczym rajska Ewa. A blisko dwumiesięczna przerwa od gór to zdecydowanie za długo…

Jak z 29 kilometrów zrobić 14

Trasa na Małą Wysoką z Łysej Polany oznacza przede wszystkim bardzo długi spacer przez Dolinę Białej Wody. Czeka Was około 10 kilometrów łagodnego podejścia – średnie nachylenie wynosi zaledwie 4% – klasyczną tatrzańską doliną, wzdłuż potoku Biała Woda. Utwardzony dukt początkowo jest szeroki i wygodny, ale z czasem staje się coraz węższy, bardziej kamienisty i wyboisty.

Mała Wysoka z Łysej Polany
Mała Wysoka z Łysej Polany

Pokonanie tego odcinka pieszo zajmuje zapewne od 2 do 2,5 godziny. Po zejściu z gór trzeba oczywiście ponownie przejść te same 10 kilometrów. Jeśli macie wystarczająco dużo czasu i cierpliwości, całą trasę bez problemu da się zamknąć w ciągu jednego dnia. Istnieje jednak sposób, aby zdecydowanie ją „skrócić”. Jaki? Rower.

Dolina Białej Wody – obok Doliny Chochołowskiej i Doliny Suchej Wody – jest udostępniona dla ruchu rowerowego.

Mam kilka rad dla osób rozważających ten wariant. Przede wszystkim warto mieć własny rower, ponieważ nie mam pewności, czy w okolicy działa jakakolwiek wypożyczalnia. To zupełnie inna sytuacja niż w Dolinie Chochołowskiej, gdzie rowerów jest do wyboru do koloru.

Teoretycznie można przejechać nieco ponad 9 kilometrów doliny. W praktyce jeszcze przed mostkiem na Litworowym Potoku szlak zaczyna miejscami wyraźniej piąć się w górę, a kamienista nawierzchnia skutecznie utrudnia jazdę. Jeśli nie macie doświadczenia w poruszaniu się rowerem po takim terenie, nie próbujcie pedałować za wszelką cenę. Lepiej przypiąć rower do drzewa mniej więcej na siódmym kilometrze i dalszą część doliny pokonać pieszo.

Sam dość skutecznie spaliłem mięśnie czworogłowe na kilku krótkich, ale wyboistych podjazdach. Później miało to mało przyjemne konsekwencje podczas podejścia na szczyt. Rowerowy skrót okazał się więc niezupełnie darmowy.

Pierwsze kilometry pod względem nachylenia i trudności przypominają Dolinę Chochołowską, tyle że zamiast asfaltu macie ubity szuter. Niewielkim wysiłkiem można więc pokonać długi odcinek znacznie szybciej niż pieszo.

Gdy pojawią się pierwsze bardziej wyboiste podjazdy, mniej doświadczeni rowerzyści powinni jednak rozważyć pozostawienie roweru. Pamiętajcie też, że każdy fragment, pod który wprowadzicie rower, będziecie później musieli pokonać w dół. Miejscami wymaga to odpowiedniej techniki, ponieważ luźne kamienie i wystające głazy potrafią mocno skomplikować zjazd.

Twardziele oraz właściciele rowerów elektrycznych mogą legalnie dojechać najdalej na niewielką Polanę pod Wysoką, położoną tuż przed Taborzyskiem pod Wysoką, około 9,2 kilometra od początku trasy. Niewielki znak jasno wyznacza miejsce, w którym trzeba zejść z roweru.

Dalsza jazda i tak nie miałaby większego sensu. Szlak zaczyna tam mocno piąć się w górę wąską, leśną ścieżką poprowadzoną dziesiątkami zakosów.

W górę Doliną Białej Wody

Rower zostawiłem przy mostku nad Litworowym Potokiem, przypięty tak, aby nikomu nie przeszkadzał. Dalej ruszyłem już pieszo, w głąb Doliny Białej Wody. Po prawej stronie wyrastały blisko 900-metrowe ściany masywu Młynarza, które z tej perspektywy robiły ogromne wrażenie.

Po niespełna dwóch kilometrach łagodnego marszu dotarłem na Polanę pod Wysoką. Tutaj szeroki dukt wyraźnie się kończy. Ścieżka zwęża się, wchodzi w las i zaczyna zdobywać wysokość regularnymi zakosami.

W pewnym momencie spostrzegawczy piechur dostrzeże po prawej stronie, około 300 metrów wyżej, Ciężką Siklawę – najwyższy stały wodospad w Tatrach. Ma około 100 metrów wysokości i spada z progu Doliny Ciężkiej. Oglądana z daleka może wydawać się niepozorna, ale wystarczy uświadomić sobie skalę otaczających ją ścian, aby docenić jej rzeczywiste rozmiary.

Z każdym kolejnym zakosem otwierała się przede mną coraz potężniejsza panorama. Nad Doliną Ciężką i Doliną Kaczą wyrastały Rysy, Wysoka, Ganek i masyw Gerlacha. Całość tworzyła ogromny skalny mur, który z tej perspektywy wydawał się niemal niedostępny.

Maszerując zakosami raz w lewo, raz w prawo, szybko zacząłem tracić orientację w terenie. Patrzyłem na kolejne szczyty i zastanawiałem się, który z nich jest Małą Wysoką i czy naprawdę da się na niego wejść zwykłym znakowanym szlakiem.

Na wysokości około 1500 m n.p.m. pojawia się kolejny wodospad. Kacza Siklawa ma łącznie około 65 metrów wysokości, choć z niebieskiego szlaku widać przede wszystkim jej górną, około 30-metrową część – pionowy uskok na progu Doliny Kaczej. Najpierw zapewne ją usłyszycie, a dopiero później zobaczycie. Szum niesie się po całej dolinie.

Dolina Litworowa w Tatrach Wysokich

Na wysokości około 1600 m n.p.m. szlak skręca w lewo i otwiera widok na Dolinę Litworową. Wtedy dotarło do mnie, że żaden z obserwowanych wcześniej szczytów nie był celem mojej wyprawy. Mała Wysoka znajdowała się znacznie bardziej na lewo i wciąż pozostawała poza zasięgiem wzroku.

Widoki wynagradzały jednak mozolne zdobywanie wysokości. Poszarpane granie i skalne ściany układały się w kolejne plany, a letnie zabarwienie Tatr łagodziło surowość krajobrazu. Warto od czasu do czasu przystanąć i obejrzeć się za siebie, szczególnie podczas przeprawy przez Litworowy Potok. Nie ma tu mostku, ale przejście po kamieniach na drugą stronę nie powinno sprawić większego problemu.

Z jednej strony wznosi się poszarpana grań Hrubej Turni. Z drugiej rozciąga się długi łańcuch szczytów z Litworowym, Batyżowieckim, Kaczym, Lodowym i Gankiem. Zachodnią część panoramy zamykają bardziej odległe Rysy, Wysoka i Żabi Szczyt Wyżni. Trudno się nie zatrzymać.

Po kolejnym kilometrze i pokonaniu około 270 metrów przewyższenia docieramy do ukrytej perły Doliny Litworowej – Litworowego Stawu Białowodzkiego, położonego na wysokości 1863 m n.p.m.

Latem jego otoczenie robi szczególne wrażenie. Nad wodą wyrastają surowe ściany pobliskich szczytów, sięgające około 600 metrów ponad taflę stawu. Wokół rozciąga się rumowisko blokowe złożone z wielkich głazów i bloków skalnych, a pośrodku leży krystalicznie czysty staw mieniący się odcieniami zieleni.

Mimo znacznej wysokości okolica zaskakuje bujną roślinnością. Pomiędzy ogromnymi głazami pojawiają się zwarte płaty wysokogórskich muraw, traw, turzyc i kwitnących roślin alpejskich. Od arcydzięgla litworu, który niegdyś licznie występował w tej okolicy, nazwę otrzymały zarówno staw, jak i cała Dolina Litworowa.

To idealne miejsce na odpoczynek i uzupełnienie energii. Wreszcie można też zobaczyć cel wycieczki – Małą Wysoką. Groźnie wyrasta nad płaskim progiem Kotła pod Polskim Grzebieniem na wschodzie. Z tej perspektywy wciąż wydaje się bardzo odległa.

W głowie zaczęło pojawiać się jedno pytanie: czy to na pewno dobry pomysł dla akrofobika?

Polski Grzebień

Podczas odpoczynku przy Litworowym Stawie obserwowałem pierwszych turystów spotkanych tego dnia na szlaku. Ich sylwetki powoli znikały wysoko na zboczu prowadzącym w stronę Polskiego Grzebienia. Dzięki temu mogłem spokojnie prześledzić dalszy przebieg trasy i poukładać sobie w głowie plan na kolejny odcinek.

Ruszyłem, gdy tylko odpocząłem i uzupełniłem energię. Do pokonania pozostawało około 185 metrów przewyższenia na odcinku zaledwie 600 metrów. Średnie nachylenie sięgało więc 30%, ale szybkie zdobywanie wysokości miało też dobrą stronę – z każdym krokiem coraz szerzej otwierał się widok na Dolinę Litworową i cały Litworowy Staw.

Być może właśnie dlatego nawet nie zauważyłem, kiedy dotarłem do progu Kotła pod Polskim Grzebieniem. To surowa, polodowcowa niecka otoczona Dziką Turnią, Małą Wysoką i Wielickim Szczytem. Na jej skalistym dnie, na wysokości około 2047 m n.p.m., leży Zmarzły Staw.

To wyraźnie chłodniejszy i bardziej surowy świat niż zielone otoczenie Litworowego Stawu, położone zaledwie jedno piętro niżej. Gdy stanąłem nad brzegiem Zmarzłego Stawu, nie miałem już wątpliwości, gdzie prowadzi dalsza trasa. W oddali dostrzegłem przełęcz z tabliczkami na charakterystycznym rogaczu, a poniżej przebieg szlaku z równie charakterystycznymi drewnianymi drabino-schodami.

To oznaczało jedno – ogromny, postrzępiony szczyt po lewej stronie przełęczy był Małą Wysoką.

Nie poświęcałem mu jednak zbyt wiele uwagi, bo miałem już inne zmartwienie. Od dłuższego czasu coraz mocniej dawały o sobie znać mięśnie czworogłowe ud. Skurcze pojawiały się coraz częściej, a towarzyszący im ból i przeszywający prąd zaczynały wyraźnie utrudniać marsz pod górę.

Usiadłem więc na kamieniach przy Zmarzłym Stawie. Elektrolity, spokojny oddech, chwila bez ruchu. Tylko spokój mógł mnie uratować.

Z ciekawości próbowałem wypatrzyć przebieg szlaku na Rohatkę pod Małą Wysoką, ale szare, surowe podnóże góry zlewało się w jedną plamę. Takie terenowe poszukiwania są dla mnie bardzo cenne. Pomagają lepiej orientować się w przestrzeni, dają znacznie więcej informacji o przebiegu szlaku niż kolorowa kreska na mapie i pozwalają skonfrontować posiadaną wiedzę topograficzną z tym, co rzeczywiście znajduje się przede mną.

Założyłem kask i ruszyłem w stronę rozejścia szlaków pod Polskim Grzebieniem.

Do pokonania było zaledwie kilkaset metrów, ale po drodze znajduje się krótki odcinek zabezpieczony łańcuchem. Nie ma tam przepaści ani szczególnie dużej ekspozycji. Skała jest po prostu dość niewygodnie podcięta i wyprofilowana, dlatego łańcuch pomaga się podciągnąć i bezpiecznie pokonać kilka metrów.

Po dotarciu do skrzyżowania szlaków spotkałem kolejnych turystów. Tym razem łatwiej było mi też dostrzec dalszy przebieg niebieskiego szlaku w kierunku Rohatki, która wysoko w górze chowała się za masywną ścianą Małej Wysokiej.

Pozostawało przejść po drewnianych drabino-schodach i wdrapać się na Polski Grzebień. Konstrukcja niewątpliwie ułatwia zdobywanie wysokości, ale po deszczu mokre bale mogą być bardzo śliskie. Wysokie stopnie i brak płaskich stopnic także nie poprawiają komfortu wchodzenia.

Zaciskałem zęby i robiłem wszystko, aby skurcze nie odcięły mi nóg. Przeszywający prąd przy ich prostowaniu stawał się chwilami trudny do wytrzymania. Po kilku kolejnych zakosach wreszcie dotarłem na Polski Grzebień, położony na wysokości 2200 m n.p.m.

Mała Wysoka – atak szczytowy

Na Polskim Grzebieniu zameldowałem się chwilę po 10. Oznaczało to, że dotarcie tutaj z Łysej Polany zajęło mi około czterech godzin. Biorąc pod uwagę, że mniej więcej 7 kilometrów pokonałem na rowerze, trudno uznać ten wynik za szczególnie imponujący.

Na nogach spędziłem około trzech godzin, a średnia prędkość marszu wyniosła zaledwie 1,7 km/h. Oczywiście był to czas uwzględniający wszystkie postoje, ale jak na moje możliwości i tak oznaczał żółwie tempo. Skurcze skutecznie mnie spowalniały i raz po raz zmuszały do zatrzymywania się.

Siedząc na przełęczy, przez dłuższą chwilę unikałem patrzenia w stronę Małej Wysokiej. Zamiast tego jadłem kanapkę, popijałem herbatę i spoglądałem raz w jedną stronę – na Wielicki Staw i Dolinę Wielicką – a raz w drugą, na Zmarzły Staw i Kocioł pod Polskim Grzebieniem.

Przyglądałem się też masywowi Gerlacha, próbując wypatrzyć krzyż na jego wierzchołku. To właśnie z Polskiego Grzebienia rozpoczyna się słynna Droga Martina – graniowa trasa prowadząca na najwyższy szczyt Tatr. Dla akrofobika jest to wariant wręcz niewyobrażalny, zwłaszcza gdy spojrzy się na Wielicki Szczyt, który najdelikatniej mówiąc, nie wygląda z tej perspektywy zbyt przyjaźnie.

W rzeczywistości skutecznie odwlekałem moment, w którym będę musiał spojrzeć na Małą Wysoką i zdecydować, co dalej.

Początek szlaku rozpływał się gdzieś wśród skał i kamieni, a potem gwałtownie piął się w górę. Wyżej ze zbocza wyrastały postrzępione formacje skalne, pomiędzy którymi coraz mniejsze sylwetki turystów wspinały się ku szczytowi. Najbardziej niepokoiła mnie jednak grań biegnąca nad niemal pionową zachodnią ścianą Małej Wysokiej.

Z perspektywy Polskiego Grzebienia ludzie wyglądali tak, jakby szli tuż obok kilkusetmetrowej przepaści.

Pierwsza myśl była prosta: nie dam rady.

Po pierwsze, dotychczasowa jazda rowerem i marsz mocno dały mi się we znaki, więc nie wiedziałem, czy mam jeszcze wystarczający zapas siły. Po drugie, skurcze mogły całkowicie odciąć mi nogi, doprowadzając do unieruchomienia albo utraty kontroli nad ruchem. Po trzecie, najzwyczajniej w świecie bałem się takiej ekspozycji.

Kilka razy spuszczałem wzrok, czując narastającą frustrację. Nie byłem w stanie po prostu wstać i ruszyć w górę.

Nie zamierzałem jednak odpuszczać bez spokojnej oceny sytuacji. Przyglądałem się osobom wchodzącym i schodzącym ze szczytu. Oswajałem się z wysokością, ekspozycją, silniejszym wiatrem i samym widokiem zbocza. Z czasem zachodnia ściana Małej Wysokiej zaczęła przypominać mi Krzesanicę, która również z daleka potrafi wyglądać znacznie groźniej, niż jest w rzeczywistości.

Kościelec też nie zachęcał widokiem, a udało mi się wejść na niego bez większych problemów.

Może więc nie taki diabeł straszny, jak go malują?

Decyzja mogła być tylko jedna. Idę.

Do szczytu pozostawało około 600 metrów, ale na tym krótkim odcinku trzeba było zdobyć jeszcze 230 metrów wysokości. Średnie nachylenie sięgało 38%, więc czekało mnie najmocniejsze podejście całej trasy.

Miejscami trzeba było podciągać się rękami, częściej jednak używałem ich do podparcia i zachowania równowagi. Ból sięgał już zenitu, a skurcze mięśni czworogłowych momentami niemal odcinały mi nogi. Mimo to pokonałem ten odcinek w mniej niż 45 minut.

Dopiero później pomyślałem, że być może właśnie ból pomógł mi wejść na szczyt. Był tak intensywny, że skutecznie odciągał uwagę od wysokości i ekspozycji. Zamiast rozmyślać o akrofobii, skupiałem się na kolejnym kroku i na tym, żeby nogi nadal ze mną współpracowały.

Sam szczyt jest niewielki, czego bardzo nie lubię, ale oferuje widoki zapierające dech w piersi, co z kolei uwielbiam. Nie ma na nim klasycznej tabliczki szczytowej. Znajdują się jedynie charakterystyczne dla słowackich Tatr metalowe tablice ze szkicowo oznaczoną panoramą.

Z każdą minutą przybywało kolejnych zdobywców, więc szybko zająłem wygodne miejsce w swoim skalnym „gnieździe”. Mogłem wreszcie zjeść drugie śniadanie i nacieszyć się tym, że naprawdę tu dotarłem.

Nie lubię tłumów w górach. Mój mózg nie odpoczywa, gdy ludzie dosłownie i w przenośni wchodzą mi na głowę. Na Małej Wysokiej wydarzyło się to niemal dosłownie – każdy chciał zrobić zdjęcie, usiąść, zjeść albo napić się w tym samym niewielkim miejscu.

Tym razem jednak byłem tak szczęśliwy, że nawet tłok nie potrafił zepsuć mi tej chwili.

Słońce, błękitne niebo i kilka dekoracyjnych chmur. Dookoła Gerlach, Staroleśny Szczyt, Lodowy Szczyt, Łomnica, Dolina Wielicka i Staroleśna, Zmarzły Staw oraz maleńkie schroniska zagubione w ogromnej przestrzeni.

Raj.

Pół godziny spędzone na takim szczycie oznaczało dla mnie jedno – moja akrofobia jest coraz bardziej oswojona. Coraz lepiej potrafię ją kontrolować i coraz rzadziej pozwalam, aby podejmowała decyzje za mnie.

A skoro jest nadzieja dla mnie, to zapewne jest również dla innych osób zmagających się z lękiem wysokości.

Powrót z Małej Wysokiej

Zejście z Małej Wysokiej wymaga skupienia. Nie ma tu wprawdzie wąskich przejść nad przepaścią, ale trzeba pewnie stawiać kroki, często schodzić z wysokich kamieni i regularnie podpierać się rękami.

W takim terenie dobrze sprawdzają się rękawiczki bez palców, które poprawiają chwyt i chronią dłonie przed ostrymi krawędziami skał. Kask również warto mieć na głowie. Chroni zarówno przed kamieniami przypadkowo strąconymi przez innych turystów, jak i podczas ewentualnego upadku.

Na żółtym szlaku prowadzącym na Małą Wysoką nie polecam używania kijków trekkingowych. Zbyt często trzeba pracować rękami, a kijki bardziej przeszkadzają, niż pomagają.

Mimo ogromnej przestrzeni i widoków, które osobę z lękiem wysokości mogą momentami niepokoić, droga w dół była fantastyczną przygodą. Nieczęsto można podziwiać masyw Gerlacha z takiej perspektywy i niemal przez cały czas mieć go przed oczami.