DYSTANS
13.7 kmSUMA PODEJŚĆ
641 mPUNKTY GOT
21CAŁKOWITY CZAS
6:56 hNAJWYŻSZY SZCZYT
2005 m n.p.m.GRUPA
4 osobyPOZIOM TRUDNOŚCI
5 / 10EKSPOZYCJA
9 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
10 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
To jedna z tych wypraw, które od samego początku potoczyły się zupełnie inaczej, niż zazwyczaj planuję i realizuję moje górskie wyjścia.
Po pierwsze dlatego, że zamiast planowanego spaceru we dwoje zrobiła się wędrówka w czwórkę. Po drugie – niemal zawsze wychodzę w góry o świcie, a tym razem znaleźliśmy się na szlaku dopiero około 14. Po trzecie wreszcie – zwykle dokładnie wiem, dokąd idę i jak będzie przebiegała moja trasa. Tym razem mieliśmy właściwie tylko określony kierunek. Cel i przebieg wycieczki ewoluowały wraz z kolejnymi kilometrami.
Zaczęło się niewinnie. Wyjazd kolejką na Kasprowy Wierch miał pozwolić nam z Coco, bez zbędnego wysiłku, podelektować się tatrzańskimi widokami podczas spaceru czerwonym szlakiem w kierunku Kopy Kondrackiej. Z Przełęczy pod Kopą Kondracką planowaliśmy zejść do Schroniska PTTK na Hali Kondratowej, zjeść obiad i spokojnie wrócić do Kuźnic.
Na Kasprowym okazało się jednak, że dołączy do nas druga zakochana para.
I tak we czwórkę ruszyliśmy główną granią Tatr Zachodnich – w stronę zachodzącego słońca.
Cel numer jeden: Przełęcz pod Kopą Kondracką
Po radosnym spotkaniu z naszymi Przyjaciółmi na szczycie Kasprowego Wierchu i pierwszych tatrzańskich zachwytach ruszyliśmy spacerowym krokiem czerwonym szlakiem na zachód, w dół w kierunku Goryczkowej Przełęczy Świńskiej.
Pogoda była fantastyczna. Błękit nieba przecinały białe obłoki o najróżniejszych kształtach, dodając jeszcze jednego wymiaru panoramom, które podziwialiśmy. Był to nasz wspólny tatrzański debiut, więc pogodowo lepiej trafić nie mogliśmy. W dodatku z każdym pokonanym metrem oddalaliśmy się od zatłoczonego Kasprowego Wierchu i położonego na wschód wierzchołka Beskidu (2012 m n.p.m.), będącego głównym celem wycieczek turystów, którzy mają bilet góra–dół i ponad półtorej godziny do wykorzystania na szczycie.
Przemierzaliśmy niespiesznym tempem niezwykle malowniczą grzbietową trasę, wijącą się pomiędzy Pośrednim Goryczkowym Wierchem a Goryczkową Czubą i opadającą raz po raz na kolejne niewielkie przełęcze – Wysokie i Niskie Wrótka. Choć był już początek września, w Tatrach nadal zdecydowanie dominowały barwy lata.

Górna stacja kolei linowej na Kasprowym Wierchu z widokiem na Świnicę 
Widok na Tatry Zachodnie i Giewont 
Kasprowy Wierch 1988 m n.p.m. 
Panorama z Kasprowego Wierchu. Od lewej: Świnica, Walentkowy Wierch, Grań Hrubego i Krywań. 
Od lewej: Pośredni Goryczkowy Wierch, Świnica, Walentkowy Wierch, Koprowy Wierch i Grań Hrubego 
Goryczkowa Czuba
Coco i Przyjaciele znali ogólny plan wycieczki: docieramy do Przełęczy pod Kopą Kondracką, schodzimy na Halę Kondratową, jemy obiad i wracamy do Kuźnic.
Jednocześnie przedstawiłem im wariant rozszerzony – wejście na Kopę Kondracką i powrót przez Kondracką Przełęcz. Nieśmiało, ale dość perswazyjnie, nakreślałem też wizję wariantu numer trzy: wejście nie tylko na Kopę, ale również na Giewont. Trasa nadal zachowywała zapętlony charakter, tyle że z krótkim odbiciem w stronę najsłynniejszego polskiego szczytu.
Przez większość drogi bacznie obserwowałem Wielki Giewont, próbując oszacować, czy liczba ludzi na podejściu w ogóle pozwoli nam sprawnie dostać się na szczyt. Raz po raz „luźno” rzucałem więc do mojej Trzódki, że przecież zawsze możemy wejść na Giewont w drodze powrotnej. Oczywiście tylko gdyby mieli ochotę.

Dolina Cicha Liptowska 
W drodze na Pośrednią Suchą Czubę Kondracką 
Wysokie Wrótka (1847 m n.p.m.) 
Widok na Dolinę Cichą Liptowską spod Wysokiej Suchej Czuby Kondrackiej 
Niskie Wrótka (1798 m n.p.m.) 
Widok w kierunku Cichej Doliny Liptowskiej z nad Niskich Wrótek 
Sucha Dolina Kondracka z rejonu Gładkiego Przechodu 
Widok na Tatry Wysokie z czerwonego szlaku w rejonie Gładkiego Przechodu 
Kopa Kondracka 
Widok na Tatry Wysokie z podejścia na Suchy Wierch Kondracki 
Giewont spod Suchego Wierchu Kondrackiego 
Przełęcz pod Kopą Kondracką (1863 m n.p.m.)
Zanim się spostrzegliśmy, minęły dwie godziny od zejścia z Kasprowego Wierchu i dotarliśmy do Przełęczy pod Kopą Kondracką.
Pozostało zasadnicze pytanie: schodzimy zielonym szlakiem do schroniska czy podejdziemy jeszcze kawałek na Kopę Kondracką?
Cel numer dwa: Kopa Kondracka
Błyskawicznie okazało się, że Coco i Przyjaciele mają ochotę na więcej, mimo że czekało ich „najmocniejsze” podejście tego dnia. Kopa Kondracka „straszyła” bowiem ponad półkilometrowym odcinkiem i blisko 150 metrami przewyższenia od przełęczy.
Było już grubo po 16, więc nie mieliśmy zbyt dużego pola do rozwlekania podejścia. Każdy ruszył swoim tempem, żeby po około 20 minutach ponownie spotkać się na pierwszym i jedynym dwutysięczniku naszej trasy – Kopie Kondrackiej.
To najniższy z czterech szczytów wchodzących w skład tzw. Czerwonych Wierchów. Ich nazwa wiąże się z jesiennym czerwienieniem i brunatnieniem situ skuciny, którego rozległe płaty porastają zbocza Ciemniaka, Małołączniaka, Krzesanicy i właśnie Kopy Kondrackiej.
Dzień powoli chylił się ku końcowi, a wraz z nim spadała temperatura. Nie zagrzaliśmy więc długo na szczycie i ruszyliśmy w dół żółtym szlakiem w kierunku Przełęczy Kondrackiej.
Wielki Giewont był już na wyciągnięcie ręki.
Co więcej, z każdą minutą liczba ludzi przebywających na jego szczycie i na podejściu malała, aż w końcu można ich było policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli chodzicie po Tatrach, wiecie, że niemal pusty Giewont w weekend przy doskonałej pogodzie brzmi mniej więcej jak trafienie szóstki w totka.
Temat zdobycia szczytu coraz częściej zaczął pojawiać się w rozmowach mojej Trzódki. Nie naciskałem. Liczyłem, że zadziała górskie przyciąganie i sami zechcą z rozpędu wpaść z wizytą na 1894 m n.p.m.
Ustaliliśmy ostatecznie, że decyzję podejmiemy dopiero na przełęczy. Miała być wypadkową dwóch rzeczy: zapasu sił i czasu pozostałego do zmroku. Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a schodzenie po ciemku z niedoświadczoną grupą zdecydowanie nie należało do planu.
Na praktycznie pustą Kondracką Przełęcz dotarliśmy około 17:20. Kierunkowskaz wskazywał 40 minut na Giewont i 110 minut do Kuźnic. Zachód słońca tego dnia miał nastąpić około 19:15.
Według podanych czasów był to więc ten moment, w którym powinniśmy po prostu zejść niebieskim szlakiem na Halę Kondratową, szybko zjeść obiad i spróbować dotrzeć do Kuźnic przed całkowitym zmrokiem.
Zaczęło jednak działać górskie przyciąganie.
Zapadła decyzja: podejdźmy jeszcze kawałek na Wyżnią Kondracką Przełęcz i zobaczymy, co dalej.
Dało się wyczuć, że determinacja Coco, żeby wleźć na ten cholerny Giewont, jest ogromna. W plecaku czekała porządna czołówka, wszyscy mieliśmy odpowiedni zapas cieplejszych ubrań, więc mimo coraz mniej sprzyjającego bilansu czasu nadal miałem nadzieję, że nam się uda.
Jedyną niewiadomą pozostawała forma – czyli to, w jakim czasie moja Trzódka zdoła wejść na szczyt, a następnie z niego zejść. Jeśli uda nam się dotrzeć do schroniska przed całkowitym zmrokiem, plan się powiedzie.
Pomimo narastającego zmęczenia i wyczuwalnego lekkiego niepokoju Coco i Przyjaciele ruszyli kolejne 40 metrów w górę, na Wyżnią Kondracką Przełęcz.
Cel numer trzy: Wielki Giewont
Po dotarciu na 1765 m n.p.m. przed nami został już tylko on – Szczyt.
Zachodzące słońce malowało bajkowe cienie i kolory na górskich pejzażach, a niemal zupełny brak turystów na szlaku wyglądał jak specjalne zaproszenie dla naszej czwórki na prywatny spektakl jednego z największych górskich celebrytów – Wielkiego Giewontu.
Ponownie zaczęliśmy liczyć pozostały czas i choć wyliczenia nie były dla nas szczególnie przychylne – nasi Przyjaciele nie mieli absolutnej pewności, że zdążymy, albo przynajmniej ich twarze tej pewności nie wyrażały – najbardziej zmachana Coco zagryzła wargi i swoją determinacją zaraziła całą Trzódkę.
Decyzja zapadła.
Ruszamy zdobyć Giewont.
O 17:32 weszliśmy na niemal pusty szlak prowadzący na szczyt. Przyjaciele ruszyli razem przodem, a ja zostałem z Coco, przez cały czas motywując ją do ostatecznego wysiłku. Dziesięć minut później dotarliśmy do miejsca, w którym niebieski szlak rozdziela się na jednokierunkowe nitki. Po kilku kryzysach wytrzymałościowych na łańcuchach, chwilę po 18, stanęliśmy razem na szczycie Wielkiego Giewontu.
Byliśmy tam niemal sami. Oprócz naszej czwórki – tylko trzech chłopaków.
W blasku zachodzącego słońca. Przy pięknej wrześniowej pogodzie. Po wspaniałym widokowym szlaku, który mieliśmy już za sobą.
Idealny pierwszy raz w Tatrach z Przyjaciółmi.
Dla Coco – heroiczna walka ze zmęczeniem i pełna determinacja. Dla Przyjaciół – adrenalina przy pierwszych łańcuchach w życiu. Dla mnie – ogromna satysfakcja, że mogłem wszystko to, za co kocham góry, pokazać jak w soczewce ludziom, których kocham.
Wszystko skumulowało się na wysokości 1894 m n.p.m., pod 15-metrowym żelaznym krzyżem.
Niezapomniana chwila.
Szkoda tylko, że nie mogła trwać wiecznie. Słońce, choć magiczne, nieubłaganie przywoływało nas do porządku, przypominając o jednym: przed ciemnościami mieliśmy być w Schronisku na Hali Kondratowej.
Schronisko PTTK na Hali Kondratowej
Z Wielkiego Giewontu udało nam się zejść jeszcze w dziennym świetle, przy ostatnich promieniach powoli zachodzącego słońca. Po dotarciu na Przełęcz Kondracką dziarsko ruszyliśmy niebieskim szlakiem przez Dolinę Małego Szerokiego.
Po drodze natknęliśmy się na majestatycznego jelenia w towarzystwie dwóch łań. Cała trójka przez chwilę spokojnie pozwalała się obserwować, zanim ruszyliśmy dalej w kierunku schroniska.
Zejście ze szczytu Giewontu na Halę Kondratową zajęło nam nieco ponad godzinę. Wraz z ostatnimi promieniami słońca dotarliśmy do schroniska i zamówiliśmy zasłużoną obiadokolację.
Wycisnęliśmy z danego nam tego dnia czasu wszystko, co tylko się dało. Satysfakcja była ogromna.

Łańcuchy na zejściu z Wielkiego Giewontu 
Łańcuchy na zejściu z Wielkiego Giewontu 
Przed zachodem słońca pod Wielkim Giewontem 
Wielki Giewont przed zachodem słońca 
Kopa Kondracka i Małołączniak spod Kondrackiej Kopki 
Kondracka Przełęcz przed zachodem słońca 
Goryczka trojeściowa w Dolinie Małego Szerokiego 
Wierzbówka kiprzyca w Dolinie Małego Szerokiego
Do Kuźnic wracaliśmy już w całkowitej ciemności. Drogę rozświetlała nam moja czołówka, którą – choć zawsze noszę ją w plecaku – wykorzystuję niezmiernie rzadko. Zazwyczaj staram się bowiem kończyć szlak na długo przed zachodem słońca, żeby nie dokładać sobie stresu związanego z późnym powrotem.
Tym razem było inaczej.
Z Coco i Przyjaciółmi nawet nocny las nie wydawał się szczególnie groźny, a ostatnie pięć kilometrów zleciało szybko jak nigdy. O 21 byliśmy przy samochodzie na parkingu Pod Nosem, kończąc kolejny niezwykły dzień w Tatrach.


















