DYSTANS
3.8 kmSUMA PODEJŚĆ
208 mPUNKTY GOT
CAŁKOWITY CZAS
1:13 hNAJWYŻSZY SZCZYT
2489 m n.p.m.GRUPA
2 osobyPOZIOM TRUDNOŚCI
3 / 10EKSPOZYCJA
2 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
10 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
We wrześniu 2026 roku wyruszyłem na trzytygodniową wyprawę do Azji Środkowej. Całe przedsięwzięcie zorganizował mój Papa, zapraszając do udziału mnie, mojego młodszego brata Kosmosa oraz Vooyoo – serdecznego przyjaciela naszej rodziny.
Przez pierwsze dwa tygodnie przemierzaliśmy Uzbekistan. Pokonaliśmy ponad 1000 kilometrów wypożyczonym samochodem, 1300 kilometrów uzbecką koleją i kolejne 450 kilometrów taksówką z Buchary do Chivy. W końcu dotarliśmy do Samarkandy, skąd mieliśmy wyruszyć na zupełnie inny etap naszej azjatyckiej przygody.
Wiele lokalnych biur podróży organizuje jednodniowe wycieczki z Samarkandy do Seven Lakes. Najczęściej sprowadzają się one do samochodowej przejażdżki od jeziora do jeziora, z krótkimi postojami na zdjęcia. Nas jednak taki wariant zupełnie nie interesował. Chcieliśmy spędzić w tadżyckich górach trzy dni i dwie noce. Zostawić samochód, ruszyć na szlak, zajrzeć w miejsca, do których jednodniowe wycieczki zwyczajnie nie docierają. Mieć czas na odkrywanie okolicy bez ciągłego zerkania na zegarek. Znalezienie biura, które zorganizowałoby nam taką wyprawę, okazało się jednak trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Po kilku nieudanych próbach udało się niemal w ostatniej chwili.
Po czternastu dniach gorącego powietrza, błękitnych kopuł, kolumnowych dziedzińców madras i wszechobecnych białych Chevroletów przyszedł czas na zupełnie inny świat. Przed nami były Góry Fan – wyboiste drogi, niewielkie osady zagubione między potężnymi zboczami i siedem górskich jezior, z których najwyższe leży na wysokości około 2400 m n.p.m.
Góry! Przybywam!

Ze wszystkich etapów naszej trzytygodniowej wyprawy ten spędzony w Górach Fan był dla mnie chyba najbardziej ekspedycyjny. Całą podróż ochrzciłem mianem UZBHARD – przewrotnym nawiązaniem do nazwy Ubisoft. Tyle że w mojej wersji zamiast „soft” miało być zdecydowanie „hard”. I właśnie tutaj ta nazwa pasowała szczególnie dobrze.
Pierwszego dnia przemierzyliśmy całą Dolinę Shing, docierając aż nad Hazorchashma – ostatnie z Siedmiu Jezior. Drugiego dnia razem z Kosmosem ruszyliśmy na pobliski trzytysięcznik Okulyguiyaz. Trzeciego czekał nas już powrót do Uzbekistanu. Żal jednak było poświęcić ostatnie godziny w Górach Fan wyłącznie na jazdę samochodem. Postanowiliśmy więc przed wyjazdem wycisnąć z tego miejsca jeszcze trochę i wybrać się na krótki trekking w okolicach Siódmego Jeziora.
Świat jest mały
Drugiego dnia naszego pobytu wysoko w górach spadł śnieg, pokrywając najwyższe szczyty delikatnymi, białymi koronkami. Trzeci poranek przywitał nas temperaturą zaledwie kilku stopni powyżej zera, za to niebem o tak intensywnym odcieniu błękitu, że aż trudno było uwierzyć własnym oczom.
Zanim jednak zapakowaliśmy bagaże do Toyoty naszego kierowcy Namoza, czekało nas jeszcze ostatnie wspólne śniadanie w Jumaboy’s Guesthouse. I choć przyjechaliśmy w Góry Fan przede wszystkim dla gór, to jednym z najbardziej inspirujących doświadczeń naszego pobytu okazały się właśnie spotkania z innymi podróżnikami.
Wyobraźcie sobie jeden stół w niewielkim schronisku pośród potężnych tadżyckich gór, a przy nim ludzi z niemal wszystkich stron świata. RPA, Australia, Niemcy, Polska, Syria, USA, Izrael, Chiny… Różnił ich wiek, sposób podróżowania i czas spędzony w drodze. Jedni dopiero rozpoczynali swoje przygody, inni od wielu miesięcy nie wracali do domu. Niektórzy podróżowali samotnie, inni w parach lub większych grupach. Każdy z własnym bagażem doświadczeń, planami na przyszłość albo zupełnym ich brakiem.
A jednak przy tym stole wszyscy błyskawicznie znajdowali wspólny język. Rozmowy toczyły się o przebytych trasach, miejscach, które warto zobaczyć, powodach, dla których w ogóle wyruszyło się w świat, i o ludziach poznanych gdzieś po drodze. Nikt nie musiał nikogo specjalnie zachęcać do opowiadania. Łączyła nas ta szczególna nić podróżniczego porozumienia, dzięki której zupełnie obcy sobie ludzie potrafią rozmawiać tak, jakby znali się od lat.
Niektóre z zasłyszanych historii były tak nieprawdopodobne, że trudno byłoby je wymyślić. A jedna z nich zaczęła się zupełnie banalnie – od przypadkowego spotkania w kolejce na granicy uzbecko-tadżyckiej.
Jedną z takich historii opowiedziała nam para z Republiki Południowej Afryki oraz pochodząca z Syrii, a mieszkająca w USA rodzina – matka podróżująca z dorosłą córką i synem. Cała piątka poznała się zaledwie dzień wcześniej, zupełnie przypadkowo, stojąc w kolejce na granicy uzbecko-tadżyckiej.
Zaczęło się od zwyczajnej rozmowy o tym, kto skąd pochodzi. Kiedy para zdradziła, że przyjechała z RPA, córka Syryjki wspomniała, że jej mąż również pochodzi z tego kraju. Ot, sympatyczny zbieg okoliczności. Ale rozmowa potoczyła się dalej. Zaczęli wymieniać nazwy miejscowości, wspominać znajome miejsca i ludzi, aż w pewnym momencie odkryli coś absolutnie nieprawdopodobnego.
Okazało się, że ojciec męża tej dziewczyny i stojący przed nią w kolejce mężczyzna z RPA chodzili do tej samej klasy w szkole!
Wyobraźcie sobie skalę tego przypadku. Gdzieś na granicy Uzbekistanu i Tadżykistanu, tysiące kilometrów od rodzinnego kraju, spotyka się pięcioro zupełnie obcych ludzi. Wystarczy kilka minut rozmowy, żeby odkryć, że jednego z nich łączy szkolna znajomość z ojcem męża przypadkowo poznanej dziewczyny! Oczywiście nie obyło się bez wspólnego zdjęcia, wiadomości do rodziny i ogromnego niedowierzania.
Słuchając tej historii przy śniadaniu w schronisku pośród potężnych Gór Fan, pomyślałem, że choć świat jest ogromny, to czasami potrafi okazać się zaskakująco mały.
W pamięci szczególnie utkwiła mi też drobniutka, wiecznie uśmiechnięta Chinka, która od dziewięciu miesięcy samotnie przemierzała świat. Bez własnego samochodu, wynajętych kierowców czy szczegółowo zaplanowanej trasy. Do miejscowości Shing dotarła lokalnym autobusem, większość swojego bagażu zostawiła pod opieką poznanej chwilę wcześniej tadżyckiej rodziny, a dalszą drogę pokonywała pieszo lub korzystając z przypadkowych podwózek.
Dziewięć miesięcy w drodze, w dużej mierze zdana na życzliwość zupełnie obcych ludzi! A ona opowiadała o tym z takim spokojem i nieustającym uśmiechem, jakby właśnie relacjonowała zwyczajny spacer po własnej okolicy. Patrząc na nią, trudno było oprzeć się wrażeniu, że dla tej dziewczyny świat nie miał zbyt wielu granic, a każda napotkana osoba była raczej szansą na nową przygodę niż powodem do nieufności.
Rozbawiła mnie również historia dwóch spotkanych przy stole Polaków. Podczas podróży po Uzbekistanie wdali się w niezobowiązującą pogawędkę z przypadkowo napotkanymi mieszkańcami. Rozmowa potoczyła się na tyle sympatycznie, że po kilku minutach otrzymali zaproszenie na prawdziwe uzbeckie wesele! I co najlepsze, zamierzali z niego skorzystać. Jeszcze przed chwilą nie mieli pojęcia o istnieniu państwa młodych, a teraz szykowali się do wspólnego świętowania. Ot tak. Po prostu.
Takie właśnie historie przywozi się z podróży. Nie zawsze trzeba zdobywać szczyty, przemierzać pustynie czy docierać do miejsc, których próżno szukać w przewodnikach. Czasami wystarczy usiąść przy jednym stole z ludźmi, których jeszcze wczoraj nie znało się nawet z imienia.
Po śniadaniu pożegnaliśmy naszych nowych znajomych, zapakowaliśmy bagaże do Toyoty Namoza i ruszyliśmy w górę Doliny Shing, w stronę Siódmego Jeziora.
Na wyboistej drodze do Siódmego Jeziora
Gdy tylko dotarliśmy do głównej drogi prowadzącej przez Dolinę Shing, Namoz niespodziewanie skręcił w dół, sprowadzając naszą Toyotę wprost na odsłonięte, wyschnięte dno Szóstego Jeziora. Sama możliwość przejechania samochodem po dnie górskiego jeziora była niecodzienną atrakcją. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby nacieszyć oczy widokami i zaczerpnąć rześkiego, porannego powietrza. Nad surowymi zboczami rozciągało się intensywnie błękitne niebo, a najwyższe szczyty, przyprószone świeżym śniegiem, wyglądały zupełnie inaczej niż jeszcze poprzedniego dnia. Trudno było o piękniejszy poranek na pożegnanie z Górami Fan.
Chwilę później ponownie wspinaliśmy się stromą, wyboistą drogą ponad miejscowością Marghuzor. I właśnie tam zobaczyliśmy scenę, której chyba żaden z nas się nie spodziewał.
Przed nami, w unoszących się nad drogą tumanach pyłu, mozolnie wdrapywał się pod górę zdezelowany motocykl. Za kierownicą siedział przygarbiony mężczyzna w znoszonym, zakurzonym płaszczu, z oczami ukrytymi za równie zakurzonymi goglami. Maszyna warczała, podskakiwała na kamieniach i poruszała się z prędkością niewiele większą od rowerzysty. W otoczeniu niemal pustynnych, nagich zboczy cała ta scena wyglądała jak żywcem wyjęta z klasycznego „Mad Maxa”.
Ale najlepsze było to, kto siedział za plecami naszego postapokaliptycznego motocyklisty.
Drobniutka dziewczyna w śnieżnobiałej kurteczce! Jedną ręką kurczowo trzymała się kierowcy, a drugą, jak gdyby nigdy nic, fotografowała mijane krajobrazy niewielkim aparatem.
To była „nasza” Chinka ze schroniska!
Jeszcze niedawno, przy śniadaniu, opowiadała nam o swoich przygodach i przypadkowych podwózkach, a teraz mieliśmy okazję zobaczyć jedną z nich na własne oczy! Kiedy tylko nas zauważyła, jej i tak szeroki uśmiech zrobił się jeszcze większy. Zaczęła entuzjastycznie machać w naszą stronę, zupełnie nie przejmując się wybojami, stromizną ani kondycją motocykla, który najlepsze lata miał już wyraźnie za sobą.
Skąd ona wytrzasnęła tego motocyklistę i jak się z nim dogadała? Nie mam pojęcia. Ale patrząc na tę scenę, pomyślałem, ile podobnych, nieprawdopodobnych historii musiała zebrać przez dziewięć miesięcy swojej samotnej podróży.
My tymczasem, po cesarsku, przemierzaliśmy górskie bezdroża w naszej japońskiej lektyce – Toyocie RAV4. W końcu dotarliśmy do ostatniego parkingu przed Siódmym Jeziorem. Tam ustaliliśmy z Papą i Namozem plan dalszego działania. My z Kosmosem mieliśmy około godziny, żeby dotrzeć do wypatrzonego wcześniej na mapie, nieoznakowanego punktu widokowego nad Hazorchashma, a następnie zejść do wioski Marghuzor. Tam mieliśmy się ponownie spotkać i wspólnie ruszyć w drogę powrotną do Uzbekistanu.
Godzina na trekking, podziwianie widoków i robienie zdjęć. Niewiele, ale zamierzaliśmy wykorzystać ją do ostatniej minuty.
Punkt widokowy na Hazorchashma
Było jeszcze wcześnie. Na parkingu przed Siódmym Jeziorem byliśmy pierwsi, bo jednodniowe wycieczki z Samarkandy docierają tutaj zazwyczaj później. Mieliśmy więc całą okolicę wyłącznie dla siebie. Żadnych innych turystów. Tylko góry, jezioro i my dwaj.
Pierwszy odcinek był zupełnie niewymagający. Bez większego wysiłku dotarliśmy nad północny brzeg Hazorchashma. Dopiero stamtąd zaczęliśmy szukać dogodnego miejsca do przekroczenia potoku Azorchashma, którym woda wypływa z Siódmego Jeziora. Próbowaliśmy wypatrzyć przejście po kamieniach, ale szerokość potoku, jego głębokość i wartki nurt skutecznie zniechęcały do takich eksperymentów. Ostatecznie musieliśmy zejść około stu metrów niżej, gdzie znaleźliśmy drewniany mostek.
Po drugiej stronie potoku ruszyliśmy ścieżką zaznaczoną na mapie, prowadzącą znad Siódmego Jeziora w dół doliny, do wioski Marghuzor. Nie zamierzaliśmy jednak trzymać się jej przez cały czas. Naszym pierwszym celem było bowiem charakterystyczne, kamieniste wzniesienie górujące około 80 metrów nad jeziorem. To właśnie na nim wypatrzyliśmy wcześniej potencjalny punkt widokowy, z którego spodziewaliśmy się zobaczyć Hazorchashma w całej okazałości.
Problem w tym, że na wzniesienie nie prowadziła żadna ścieżka. Musieliśmy sami znaleźć sposób, żeby dostać się na jego szczyt.
Studiując poziomice na mapie, uznaliśmy, że najlepiej obejść wzniesienie i spróbować podejścia od północy. Tak też zrobiliśmy. W dogodnym miejscu opuściliśmy ścieżkę prowadzącą do Marghuzor i zaczęliśmy wspinać się pomiędzy mniejszymi i większymi blokami skalnymi, samodzielnie wybierając najłatwiejsze przejście.
Zazwyczaj unikam schodzenia z wyznaczonych ścieżek w nieznanym terenie, szczególnie gdy nie wiem, czego spodziewać się dalej. Tutaj jednak cel mieliśmy jasno określony, podejście okazało się intuicyjne, a trudności niewielkie. Przy tak doskonałej pogodzie pokonywanie kolejnych metrów w górę było czystą przyjemnością.
W niespełna pół godziny od opuszczenia parkingu stanęliśmy na szczycie naszego niewielkiego wzniesienia.
I właśnie dla takich chwil warto czasem zejść z utartego szlaku.
Pod nami rozciągało się Hazorchashma, otoczone stromymi, niemal pozbawionymi roślinności zboczami. Z tej perspektywy jezioro wyglądało zupełnie inaczej niż podczas naszej wizyty pierwszego dnia. Przede wszystkim zaskoczył mnie kolor wody – niezwykle intensywny, niemal nierealny, jakby ktoś celowo podkręcił nasycenie barw w otaczającym nas krajobrazie. Surowe, skaliste zbocza tylko potęgowały ten kontrast, a ponad nimi wznosiły się potężne czterotysięczniki, wyraźnie odcinające się od bezchmurnego nieba.
To było dokładnie to, na co liczyliśmy, wypatrując tego niepozornego wzniesienia na mapie. Kilkadziesiąt metrów podejścia wystarczyło, żeby zobaczyć dobrze już nam znane miejsce z zupełnie nowej perspektywy.
Najchętniej zostalibyśmy tam znacznie dłużej. Przed nami była jednak jeszcze droga do Marghuzor, która, jak się wkrótce okazało, miała dostarczyć nam kolejnych powodów do zachwytu.
Zejście do wioski Marghuzor
Gdybyśmy mieli więcej czasu, zapewne jeszcze długo szwendalibyśmy się z Kosmosem po okolicy. Po zejściu z punktu widokowego wróciliśmy jednak na ścieżkę prowadzącą do wioski Marghuzor, gdzie mieli czekać na nas Papa i Namoz. Trasa miała zresztą znacznie większy potencjał niż tylko zejście do doliny. Jej odgałęzienie prowadziło bowiem w góry, na położoną na wysokości 3025 m n.p.m. Przełęcz Kvah, a dalej na Przełęcz Tovasang (3305 m n.p.m.), którą rozważaliśmy jako cel naszego trekkingu poprzedniego dnia. Kusząca perspektywa, ale tym razem musieliśmy zadowolić się znacznie krótszą wędrówką.
Mieliśmy przecież do dyspozycji zaledwie około godziny, a chcieliśmy nie tylko przejść zaplanowaną trasę, lecz także nacieszyć się widokami i zrobić zdjęcia. Szliśmy więc dość żwawo, ale bez nerwowego pośpiechu. Zresztą trudno było utrzymać jednostajne tempo, skoro niemal za każdym zakrętem pojawiało się coś, co prowokowało do kolejnego postoju.
Na przestrzeni zaledwie kilku kilometrów otoczenie zmieniało się zaskakująco często. Początkowo szliśmy szerokim duktem wzdłuż częściowo ogrodzonych pasterskich poletek, później ścieżka prowadziła w pobliżu potoku Azorchashma i naszego niedawno zdobytego punktu widokowego. Dalej pojawiały się większe bloki skalne, a następnie otwarte pastwiska, na których pojedyncze głazy wyglądały, jakby ktoś rozrzucił je zupełnie przypadkowo. W końcu przed nami zaczęły wyrastać pierwsze zabudowania Marghuzor. Każdy z tych odcinków miał nieco inny charakter, a wszystkie razem tworzyły zaskakująco urozmaiconą trasę.
Sama ścieżka nie zawsze była wyraźna, choć generalnie kierunek marszu wydawał się oczywisty – cały czas schodziliśmy przecież w dół doliny. Kilka razy zdarzyło nam się jednak zawahać, czy rzeczywiście idziemy właściwą drogą. Najwięcej wątpliwości pojawiło się w samej wiosce. Zabudowania, podwórka, przejścia między domami i lokalne dróżki tworzyły układ, w którym nie zawsze było jasne, którędy właściwie należy iść. To, co wyglądało na drogę, mogło okazać się czyimś podwórkiem, a niepozorne przejście między zabudowaniami – właściwą trasą.
Ale właśnie tutaj czekała nas kolejna sympatyczna przygoda.
Przemierzając wioskę, co chwilę spotykaliśmy miejscowe dzieciaki. Pozdrawialiśmy je machaniem ręką albo zwyczajnym „hello”. Jeśli były dostatecznie blisko, wyciągaliśmy w ich stronę dłoń z cukierkami. Najpierw pojawiało się krótkie zawahanie. Kilka sekund niepewności, spojrzenia, jakby chciały się upewnić, czy naprawdę mogą podejść. A potem nagle przełamywały nieśmiałość, podbiegały do nas i z ogromnym przejęciem przyjmowały słodycze.
Te stojące dalej wołały coś przypominającego przeciągłe „hellou!”. Odpowiadaliśmy im tym samym. One znowu do nas, my znowu do nich. I tak bez końca, dopóki nie oddaliliśmy się na tyle, że kolejne okrzyki przestawały do nas docierać.
Tadżyckie echo! 🙂
Wieść gminna o dwóch turystach przemierzających wioskę najwyraźniej rozniosła się dość szybko, bo tuż przed końcem naszej wędrówki wydarzyło się coś jeszcze. Schodziliśmy właśnie ostatnim zboczem w stronę głównej drogi, kiedy zauważyliśmy dwie dziewczynki pędzące za nami w klapkach. Biegły po stromym terenie dosłownie na złamanie karku! Patrzyłem na nie z rosnącym niepokojem, obawiając się, że zaraz któraś się przewróci i zrobi sobie krzywdę.
Na szczęście obie dotarły do nas całe i zdrowe, choć mocno zziajane. Jak się okazało, mieliśmy jeszcze dokładnie dwa cukierki. W sam raz dla naszych dwóch małych pościgowców! Dziewczynki przyjęły słodycze, odprowadziły nas jeszcze kawałek i pożegnały radosnym „bajbaj!”.
Chwilę później dotarliśmy do mostku przy głównej drodze, gdzie w Toyocie czekał już Namoz. Papa tymczasem rozmawiał z podróżnikami poznanymi wcześniej w Jumaboy’s Guesthouse. Ich kierowcy właśnie przywieźli ich do Marghuzor, skąd zapewne zamierzali kontynuować spacer pod górę, w stronę Siódmego Jeziora. My mieliśmy już tę trasę za sobą.

Centrum wsi Marghuzor
Nie udało nam się wprawdzie zmieścić w umówionej godzinie, ale trudno było mieć do siebie pretensje. Na tak krótkim odcinku zobaczyliśmy i przeżyliśmy zaskakująco dużo. A przecież był to tylko niewielki fragment rozległych Gór Fan.
Siódme Jezioro – wskazówki praktyczne
Na koniec mam jeszcze kilka wskazówek dla tych, którzy sami planują odwiedzić Hazorchashma. Bo choć większość turystów dociera nad Siódme Jezioro samochodem, robi kilka zdjęć i wraca tą samą drogą, okolica oferuje znacznie więcej możliwości.
Jeżeli Wasz kierowca wysadzi Was w wiosce Marghuzor, skąd wyruszycie drogą w stronę Siódmego Jeziora, rozważcie powrót ścieżką, którą pokonaliśmy z Kosmosem. Jest niezwykle malownicza, urozmaicona i niezbyt wymagająca kondycyjnie, ponieważ prowadzi głównie w dół. Po drodze miniecie skaliste zbocza, pastwiska, pojedyncze zabudowania, aż w końcu traficie do samej wioski. Warto jedynie uważnie śledzić przebieg trasy, szczególnie między domami, gdzie nie zawsze jest oczywiste, którędy należy iść.
Możecie przy tym całkowicie pominąć wejście na nasz punkt widokowy. Pozwoli Wam to zaoszczędzić trochę czasu i wysiłku, a sama ścieżka i tak dostarczy wielu wrażeń.
Z kolei jeśli dotrzecie samochodem niemal pod samo Siódme Jezioro, polecam przynajmniej rozważyć wejście na opisane wcześniej kamieniste wzniesienie. Panorama Hazorchashma z góry jest zdecydowanie warta dodatkowego wysiłku. Pamiętajcie jednak, że nie prowadzi tam żadna wyznaczona ścieżka. Trzeba samodzielnie wybrać odpowiednie podejście między blokami skalnymi, dlatego warto wcześniej przeanalizować teren na mapie i ocenić warunki na miejscu.
Nasz ślad GPX w Komoot (mapka powyżej) powinien ułatwić Wam nawigację i zaplanowanie własnej wycieczki.
A jeśli zdecydujecie się na przejście przez Marghuzor, możecie zabrać ze sobą kilka cukierków dla miejscowych dzieciaków. Nam bardzo się przydały. Ot, swoiste „myto” za przejście przez wioskę. 🙂
Pożegnanie z Górami Fan
Choć przed nami wciąż była droga powrotna przez całą Dolinę Shing, a następnie przez Pandżakent do granicy z Uzbekistanem, nasza górska przygoda właśnie dobiegała końca. Trzy dni minęły zdecydowanie za szybko. Pozostał spory niedosyt, świadomość ogromu nieodkrytych jeszcze miejsc i ta znajoma myśl, która towarzyszy mi po niemal każdej udanej górskiej wyprawie: trzeba będzie tu kiedyś wrócić.
Nie wiem, czy rzeczywiście będzie mi to dane. Wiem jednak, że Góry Fan pozostaną w mojej pamięci na długo. I to nie tylko za sprawą surowych krajobrazów, jezior o nieprawdopodobnych kolorach czy potężnych czterotysięczników.
Bo kiedy myślę o tych trzech dniach, widzę również ludzi spotkanych przy wspólnym stole w Jumaboy’s Guesthouse, drobniutką Chinkę w śnieżnobiałej kurteczce, machającą do nas z tylnego siedzenia zdezelowanego motocykla, i dwie dziewczynki pędzące w klapkach po stromym zboczu.
Przyjechaliśmy tu przede wszystkim dla gór. Wyjeżdżaliśmy z czymś znacznie więcej niż tylko wspomnieniem pięknych widoków.


























