DYSTANS
20 kmSUMA PODEJŚĆ
1350 mPUNKTY GOT
32CAŁKOWITY CZAS
8:30 hNAJWYŻSZY SZCZYT
2366 m n.p.m.GRUPA
1 osobaPOZIOM TRUDNOŚCI
7 / 10EKSPOZYCJA
8 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
10 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
Ledwo rozpoczął się sierpień, a ja już wiedziałem, że w najbliższym czasie będę miał tylko jeden wolny dzień, który mogę wykorzystać na wizytę w Tatrach. Wakacje i lato niezmiernie kuszą do przyjazdu, jednak świadomość, że każdego ranka tysiące mniej lub bardziej przypadkowych turystów wlewają się w tatrzańskie doliny, skutecznie zniechęca mnie do podejmowania trudu dostania się na Podhale i zdobywania kolejnych szczytów.
Po raz kolejny upadł więc plan wejścia na Szpiglasowy Wierch, który odkładam już po raz enty. Tym razem wybór padł na Tatry słowackie.
Początkowo kusił mnie Sławkowski Szczyt, czyli trzeci pod względem wysokości tatrzański szczyt, na który można wejść znakowanym szlakiem turystycznym. Niedługo po zdobyciu Małej Wysokiej, zajmującej czwarte miejsce na tej liście, wejście na „Sławka” wydawało się naturalnym kolejnym krokiem.
Po obejrzeniu zdjęć, przejrzeniu map i porównaniu obu tras ostatecznie wybrałem jednak Koprowy Wierch, piąty szczyt w tym zestawieniu. Początek wędrówki zaplanowałem w miejscowości Štrbské Pleso na Słowacji.
Tym razem przygotowania do wyjścia nie ograniczały się jednak wyłącznie do przeanalizowania przebiegu trasy. Równie dużo uwagi poświęciłem doborowi ekwipunku na ponad 20-kilometrową wędrówkę, zaplanowaną na jeden z najgorętszych dni 2026 roku. Prognozy zapowiadały temperaturę sięgającą na nizinach nawet 40°C w cieniu. Oczywiście wysoko w górach miało być chłodniej, ale na długich, odsłoniętych odcinkach nadal należało liczyć się z intensywnym słońcem i wysoką temperaturą. Sama trasa na Koprowy Wierch nie zapowiadała się łatwo, a upał mógł tylko dodatkowo zwiększyć jej trudność i przyspieszyć narastanie zmęczenia.
Czy Koprowy Wierch był dobrym wyborem? Czy właściwie zaplanowałem trasę i dobrze przygotowałem się do niej pod względem logistycznym oraz sprzętowym?
Spieszę z opowieścią i odpowiedziami.
Kto rano wstaje, ten ma pustą Zakopiankę
Kto wstaje o trzeciej nad ranem, żeby przejechać 170 kilometrów, a później maszerować przez 10 kilometrów pod górę? Między innymi ja, choć zapewniam Cię, Drogi Czytelniku, że podobnych „świrów” i „świrówek” jest znacznie więcej.
Pobudka przed wschodem słońca pozwoliła mi bez przeszkód pokonać pustą obwodnicę Krakowa, a następnie równie pustą Zakopiankę. Dalej trasa prowadziła przez Nowy Targ, Białkę Tatrzańską, Jurgów, Zdziar i Tatrzańską Łomnicę aż do Szczyrbskiego Jeziora. Taką samą nazwę noszą zarówno miejscowość, jak i jezioro, nad którym jest położona.
Kiedy około szóstej rano wysiadałem z samochodu na płatnym parkingu przy ulicy K Vodopádom, termometr wskazywał 17°C. I to na wysokości około 1350 m n.p.m. Nigdy wcześniej podczas porannego wyjścia w góry nie przywitała mnie tak wysoka temperatura. Prognozy najwyraźniej się nie myliły. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień.
Miejscowość jeszcze spała, ale wraz ze mną na szlak ruszali już pierwsi piechurzy.
Czerwony szlak przez Trigan
Z parkingu do początku leśnego odcinka czerwonego szlaku prowadzącego w kierunku Popradzkiego Stawu dzieliło mnie zaledwie 400 metrów asfaltu. Zanim zdążyłem dobrze się rozgrzać, dotarłem do Rozdroża przy Heliosie, a chwilę później wraz z nielicznymi turystami zacząłem łagodnie nabierać wysokości szeroką, kamienistą ścieżką.
Początkowo czerwony szlak prowadzi przez wzniesienie Trigan, od strony Doliny Młynickiej. Pomiędzy drzewami można dostrzec kompleks dwóch skoczni narciarskich, zbudowanych na mistrzostwa świata w 1970 roku. Na wysokości około 1499 m n.p.m. szlak łączy się ze szlakiem zielonym, a następnie przechodzi na stronę Doliny Mięguszowieckiej.
Od tego miejsca trasa staje się wyjątkowo łagodna. Oświetlony miękkimi promieniami porannego słońca las i biegnący przez niego kamienny dukt miały w sobie coś niezwykle przyjemnego. Ścieżka niemal niezauważalnie trawersowała zbocza Patrii, a pomiędzy drzewami raz po raz otwierały się krótkie widoki na Tatry Wysokie. Słońce wciąż pozostawało ukryte za graniami, nadając całej scenerii spokojny, nieco baśniowy charakter.
Był to doskonały początek dnia i równie dobry początek wędrówki. Przez pierwsze dwa kilometry szlak pozwalał spokojnie złapać rytm, a kolejne dwa i pół przypominały bardziej spacer po parku niż podejście w wysokich górach.
Wysokogórski charakter otoczenia dało się wyraźniej odczuć dopiero przy rumowisku skalnym przecinającym zbocza Patrii. Szlak otwiera tam widok na Tatry Wysokie, a po lewej stronie, wysoko nad ścieżką, wyrastają strome zbocza Grani Baszt.
Pozostawało już tylko przejść przez niewielki mostek nad Mięguszowieckim Potokiem, z którego otwierał się widok na Galerię Osterwy. Chwilę później dotarłem do Rozejścia nad Popradzkim Stawem i skręciłem na niebieski szlak prowadzący w głąb Doliny Mięguszowieckiej.
Dolina Mięguszowiecka
Pomimo wczesnej godziny – było dopiero około siódmej rano – na Rozejściu nad Popradzkim Stawem panował już spory ruch. Nie zatrzymywałem się, choć chętnie przyjrzałbym się bliżej stanowisku nosiczy, którzy na drewnianych stelażach wynoszą zaopatrzenie do Chaty pod Rysami z tego miejsca właśnie.
Dzięki temu trafiłem w swoistą „turystyczną dziurę” pomiędzy kolejnymi grupami piechurów i niemal samotnie pokonałem następny, liczący nieco ponad kilometr, prawie płaski odcinek prowadzący do rozejścia przy Żabim Potoku.
Początkowo niebieski szlak prowadził przez las, który stopniowo ustępował miejsca kosodrzewinie. Wraz z zanikaniem drzew coraz szerzej otwierały się przede mną widoki na potężne zbocza otaczające Dolinę Mięguszowiecką. Po lewej stronie ciągnęła się poszarpana Grań Baszt, po prawej wznosił się masyw Kopy Popradzkiej, a wprost przede mną wyrósł Wołowiec Mięguszowiecki, który z tej perspektywy przypominał smukłą piramidę. Czujesz, że jesteś w górach!
Nazwa Doliny Mięguszowieckiej nie pochodzi od górujących nad nią Mięguszowieckich Szczytów. Jest dokładnie odwrotnie – zarówno dolina, jak i nazwane później od niej szczyty zawdzięczają swoje miano spiskiej wsi Mięguszowce, położonej kilkanaście kilometrów na południe od Tatr. To właśnie jej mieszkańcy korzystali niegdyś z okolicznych terenów, między innymi prowadząc tutaj wypas zwierząt.
Dolina ma również znaczenie hydrologiczne. Wody spływające z jej górnych pięter, odprowadzane między innymi przez Hińczowy i Żabi Potok, współtworzą źródłowy system Popradu.
Wraz z garstką turystów dotarłem do niepozornego rozejścia przy Żabim Potoku. Pozostali skręcili w prawo na czerwony szlak prowadzący na Rysy, a ja odbiłem w lewo, kontynuując marsz niebieskim szlakiem w kierunku Koprowego Wierchu. Tym samym ponownie mogłem cieszyć się względną samotnością.
Na odchodne próbowałem jeszcze odprowadzić „rysowiczów” wzrokiem, wypatrując w oddali przebiegu ich trasy i celu wędrówki. Samych Rysów nie potrafiłem jednak z tej perspektywy zlokalizować. Zygzakowata linia ścieżki wraz z przesuwającymi się po niej miniaturowymi sylwetkami turystów ginęła pod monumentalnym masywem Kopy Popradzkiej.
Choć miałem już za sobą ponad połowę szlaku, celu mojej wyprawy nadal ani widu, ani słychu. Koprowy Wierch pozostawał ukryty. Na pocieszenie dostałem jeszcze pół kilometra względnie płaskiego szlaku, prowadzącego wśród kosodrzewiny do Hińczowego Potoku. Po lewej stronie, w poszarpanej Grani Baszt, próbowałem odnaleźć Szatana – jej najwyższy szczyt.
W orientacji pomagały mi trzy żleby opadające w kierunku Doliny Mięguszowieckiej: Szeroki, Czerwony oraz najbardziej charakterystyczny z nich – Szatani Żleb z potężnym stożkiem piargowym. Nad nim wznosił się mierzący 2421 m n.p.m. Szatan. Na szczyt nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny, jest on jednak popularnym celem taternickim.

Grań Baszt od Skrajnej Baszty i Szatana Hlińską Turnię. Po prawej Koprowa Turnia. 
Widok w dół Doliny Mięguszowieckiej z niebieskiego szlaku na wysokości ok. 1590 m n.p.m. 
Hińczowy Potok przecinający niebieski szlak 
Hińczowy Potok przecinający niebieski szlak 
Szatani Żleb opadający z Szataniej Przełęczy do Dolinki Szataniej 
Dolina Mięguszowiecka z niebieskiego szlaku na wysokości ok. 1650 m n.p.m.
Po przekroczeniu Hińczowego Potoku niebieski szlak pokazał pazury. Kamienne stopnie zaczęły piąć się stromo w górę w sąsiedztwie Hińczowej Kopki, położonej na końcu grzędy oddzielającej Hińczową Dolinę od Szataniej Dolinki.
Najpierw miałem do pokonania krótki, stromy i skalisty odcinek. Wyżej ścieżka prowadziła wygodniejszymi zakosami, jednak teren był mocno poprzecinany wydeptanymi skrótami. Miejscami łatwo było pomylić je z właściwym przebiegiem szlaku, dlatego musiałem uważnie wypatrywać oznaczeń.
Po pokonaniu stromego odcinka czekała na mnie mała nagroda w postaci płaskiej skalnej wychodni, z której otwierał się niczym nieograniczony widok w głąb Doliny Mięguszowieckiej. Miękkie, poranne światło robiło tutaj swoje, jednak mój wzrok nieustannie przyciągało ogromne rumowisko w Szataniej Dolince, przypominające zastygłą kamienną lawinę u stóp Szatana.
Z Szatanim Żlebem wiąże się miejscowa legenda. Szatan miał ukryć w nim cenne kruszce i strącać kamienie na śmiałków próbujących odnaleźć skarb. Sądząc po liczbie kamieni, chętnych musiało być wielu.
Do progu Hińczowej Doliny pozostawało jeszcze około 600 metrów podejścia. Choć nie było nawet ósmej rano, słońce coraz mocniej potęgowało uczucie gorąca, które strome nachylenie szlaku dodatkowo wzmacniało.
Z pomocą przyszły jasna, szybkoschnąca koszula chroniąca przed promieniowaniem UV, jasne nakrycie głowy oraz bidon schowany w plecaku, wyposażony w wyprowadzoną na zewnątrz rurkę z ustnikiem. Dzięki temu nie musiałem się zatrzymywać, aby co kilka lub kilkanaście minut wypić dwa łyki elektrolitów. W takich warunkach rozwiązanie to sprawdziło się znakomicie.
Hińczowa Dolina
Po dotarciu na próg Hińczowej Doliny miałem nieodparte wrażenie, że wkroczyłem do innego świata. Zamiast dalszej wspinaczki czekał mnie spacer po rozległym, niemal płaskim terenie. Kosodrzewinę zastąpiły niskie trawy, pomiędzy którymi leżały tysiące porozrzucanych bezładnie głazów różnej wielkości, tworzących swoisty księżycowy krajobraz.
Zamiast wartko płynących potoków mijałem Hińczowe Oka – niewielkie, okresowo zanikające stawki rozrzucone poniżej Wielkiego Hińczowego Stawu. Całość przypominała rozsypane klocki Lego na dnie ogromnego pudła, którego ściany wyznaczają stoki otaczających dolinę szczytów.

Panorama 360° Doliny Hińczowej
Kiedy zagłębiłem się w górną część doliny, moim oczom ukazał się Wielki Hińczowy Staw, niemal szczelnie wypełniający dno rozległej kotliny. Dopiero ponad nim na lewo dostrzegłem wreszcie cel swojej wyprawy – Koprowy Wierch, który przez całą dotychczasową drogę pozostawał ukryty.
Nad brzegiem stawu spędziłem dosłownie kilka minut, obserwując z daleka podejście na Wyżnią Koprową Przełęcz. Na zboczu bez większego trudu można było odnaleźć charakterystyczne zakosy, a przy odrobinie uwagi dostrzec również stojący na przełęczy drogowskaz.
Wprawny obserwator równie szybko zorientuje się, że czeka go kolejne strome podejście wyciskające poty. Dwa łyki elektrolitów, tabletka węglowodanowa i w drogę.
Wyżnia Koprowa Przełęcz
Od Wielkiego Hińczowego Stawu jeszcze przez około pół kilometra mogłem cieszyć się niemal płaskim spacerem wśród traw i głazów. Po drodze moim oczom ukazał się również Mały Hińczowy Staw, malowniczo położony na tle Grani Baszt.
Sielanka skończyła się wraz z pierwszymi zakosami. Choć do Wyżniej Koprowej Przełęczy pozostawało niewiele ponad pół kilometra, na tak krótkim odcinku trzeba było pokonać niemal 200 metrów przewyższenia. Szlak wspinał się stromo po zboczu, a mozolne podejście szybko zaczęło wyciskać ze mnie kolejne litry potu. Zwłaszcza że temperatura, mimo wczesnej pory, zbliżała się już do 30°C.
Niosła mnie jednak myśl, że do szczytu pozostało już „niedaleko”. Stawiałem więc drobne kroki i bez dłuższych przystanków, swoim jednostajnym tempem, dotarłem na Wyżnią Koprową Przełęcz w ciągu około 30 minut.

Wielki i Mały Hińczowy Staw z niebieskiego szlaku na Wyżnią Koprową Przełęcz 
Ostatnie metry przed Wyżnią Koprową Przełęczą 
Wyżnia Koprowa Przełęcz – 2180 m n.p.m. 
Widok w kierunku Doliny Mięguszowieckiej z Wyżniej Koprowej Przełęczy 
Widok z Wyżniej Koprowej Przełęczy na Grań Baszt (po lewej), Hlińską Turnię (na środku), Szczyrbski Szczyt (na prawo) i dalej po prawej Hruby Wierch. 
Wyżnia Koprowa Przełęcz
Przełęcz oferowała przyjemny widok na Hińczowe Stawy, otaczające je szczyty oraz Grań Baszt. Po drugiej stronie grani otwierała się natomiast panorama w kierunku Grani Hrubego.
Zatrzymałem się na chwilę, żeby ocenić wzrokiem Koprowy Wierch. W przeciwieństwie do Małej Wysokiej oglądanej z Polskiego Grzebienia nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ot, płaskawa „kupa kamieni”. „Bułka z masłem” – pomyślałem i dziarsko ruszyłem czerwonym szlakiem na „ostatnią prostą”.
Od razu jednak zdradzę: dałem się zrobić jak dziecko…
Koprowy Wierch (2367 m n.p.m.)
Najwyraźniej od tego upału dostałem pomroczności jasnej, skoro tak pochopnie oceniłem Koprowy Wierch po okładce. Pierwszy odcinek czerwonego szlaku piął się mocno w górę, ale prowadził przez rumowisko wielkich kamiennych bloków i bardziej przypominał wejście na usypany z głazów kopiec niż na szczyt Tatr Wysokich.
Jakież było moje zdziwienie, gdy dotarłem do punktu, który z dołu brałem za wierzchołek. Okazało się, że stanąłem dopiero na Koprowej Kopie (2312 m n.p.m.), nazywanej również Ramieniem Koprowego. Co gorsza, za tym „przedwierzchołkiem” szlak krótko, ale stromo opadał w kierunku niewielkiej Koprowej Przehyby.
Skończyła się rozległa kamienna pustynia. Wielkie głazy ustąpiły miejsca skalnym ścianom, a dalsza droga nagle zamieniła się w koszmar akrofobika – urwisko, skalista rynna, wysokość i otwierająca się wokół przestrzeń.
Zamiast rozglądać się dookoła i dodatkowo potęgować lęk, który pojawił się zupełnie niespodziewanie, ruszyłem zdecydowanie przed siebie. Odrzuciłem też powracającą myśl: „Może jeszcze jakoś się tam wdrapię, ale jak później zejdę?”.
Chwytałem kolejne skalne bloki i pomagałem sobie rękami podczas wspinaczki. Jednocześnie uważnie wypatrywałem przebiegu szlaku, który nie wszędzie był dla mnie oczywisty. Szukałem oznaczeń, wyślizganych kamieni, śladów błota i wydeptanej ziemi wskazujących właściwy kierunek.
Pojawiło się kilka momentów naprawdę nieprzyjemnych dla osoby z lękiem wysokości. Przez chwilę pomyślałem nawet, że podczas wejścia na Małą Wysoką nie najadłem się tyle strachu, ile tutaj, na Koprowy










































