DYSTANS
20 kmSUMA PODEJŚĆ
1350 mPUNKTY GOT
32CAŁKOWITY CZAS
8:30 hNAJWYŻSZY SZCZYT
2366 m n.p.m.GRUPA
1 osobaPOZIOM TRUDNOŚCI
7 / 10EKSPOZYCJA
8 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
10 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
Ledwo rozpoczął się sierpień, a ja już wiedziałem, że w najbliższym czasie będę miał tylko jeden wolny dzień, który mogę wykorzystać na wizytę w Tatrach. Wakacje i lato niezmiernie kuszą do przyjazdu, jednak świadomość, że każdego ranka tysiące mniej lub bardziej przypadkowych turystów wlewają się w tatrzańskie doliny, skutecznie zniechęca mnie do podejmowania trudu dostania się na Podhale i zdobywania kolejnych szczytów.
Po raz kolejny upadł więc plan wejścia na Szpiglasowy Wierch, który odkładam już po raz enty. Tym razem wybór padł na Tatry słowackie.
Początkowo kusił mnie Sławkowski Szczyt, czyli trzeci pod względem wysokości tatrzański szczyt, na który można wejść znakowanym szlakiem turystycznym. Niedługo po zdobyciu Małej Wysokiej, zajmującej czwarte miejsce na tej liście, wejście na „Sławka” wydawało się naturalnym kolejnym krokiem.
Po obejrzeniu zdjęć, przejrzeniu map i porównaniu obu tras ostatecznie wybrałem jednak Koprowy Wierch, piąty szczyt w tym zestawieniu. Początek wędrówki zaplanowałem w miejscowości Štrbské Pleso na Słowacji.
Tym razem przygotowania do wyjścia nie ograniczały się jednak wyłącznie do przeanalizowania przebiegu trasy. Równie dużo uwagi poświęciłem doborowi ekwipunku na ponad 20-kilometrową wędrówkę, zaplanowaną na jeden z najgorętszych dni 2026 roku. Prognozy zapowiadały temperaturę sięgającą na nizinach nawet 40°C w cieniu. Oczywiście wysoko w górach miało być chłodniej, ale na długich, odsłoniętych odcinkach nadal należało liczyć się z intensywnym słońcem i wysoką temperaturą. Sama trasa na Koprowy Wierch nie zapowiadała się łatwo, a upał mógł tylko dodatkowo zwiększyć jej trudność i przyspieszyć narastanie zmęczenia.
Czy Koprowy Wierch był dobrym wyborem? Czy właściwie zaplanowałem trasę i dobrze przygotowałem się do niej pod względem logistycznym oraz sprzętowym?
Spieszę z opowieścią i odpowiedziami.
Kto rano wstaje, ten ma pustą Zakopiankę
Kto wstaje o trzeciej nad ranem, żeby przejechać 170 kilometrów, a później maszerować przez 10 kilometrów pod górę? Między innymi ja, choć zapewniam Cię, Drogi Czytelniku, że podobnych „świrów” i „świrówek” jest znacznie więcej.
Pobudka przed wschodem słońca pozwoliła mi bez przeszkód pokonać pustą obwodnicę Krakowa, a następnie równie pustą Zakopiankę. Dalej trasa prowadziła przez Nowy Targ, Białkę Tatrzańską, Jurgów, Zdziar i Tatrzańską Łomnicę aż do Szczyrbskiego Jeziora. Taką samą nazwę noszą zarówno miejscowość, jak i jezioro, nad którym jest położona.
Kiedy około szóstej rano wysiadałem z samochodu na płatnym parkingu przy ulicy K Vodopádom, termometr wskazywał 17°C. I to na wysokości około 1350 m n.p.m. Nigdy wcześniej podczas porannego wyjścia w góry nie przywitała mnie tak wysoka temperatura. Prognozy najwyraźniej się nie myliły. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień.
Miejscowość jeszcze spała, ale wraz ze mną na szlak ruszali już pierwsi piechurzy.
Czerwony szlak przez Trigan
Z parkingu do początku leśnego odcinka czerwonego szlaku prowadzącego w kierunku Popradzkiego Stawu dzieliło mnie zaledwie 400 metrów asfaltu. Zanim zdążyłem dobrze się rozgrzać, dotarłem do Rozdroża przy Heliosie, a chwilę później wraz z nielicznymi turystami zacząłem łagodnie nabierać wysokości szeroką, kamienistą ścieżką.
Początkowo czerwony szlak prowadzi przez wzniesienie Trigan, od strony Doliny Młynickiej. Pomiędzy drzewami można dostrzec kompleks dwóch skoczni narciarskich, zbudowanych na mistrzostwa świata w 1970 roku. Na wysokości około 1499 m n.p.m. szlak łączy się ze szlakiem zielonym, a następnie przechodzi na stronę Doliny Mięguszowieckiej.
Od tego miejsca trasa staje się wyjątkowo łagodna. Oświetlony miękkimi promieniami porannego słońca las i biegnący przez niego kamienny dukt miały w sobie coś niezwykle przyjemnego. Ścieżka niemal niezauważalnie trawersowała zbocza Patrii, a pomiędzy drzewami raz po raz otwierały się krótkie widoki na Tatry Wysokie. Słońce wciąż pozostawało ukryte za graniami, nadając całej scenerii spokojny, nieco baśniowy charakter.
Był to doskonały początek dnia i równie dobry początek wędrówki. Przez pierwsze dwa kilometry szlak pozwalał spokojnie złapać rytm, a kolejne dwa i pół przypominały bardziej spacer po parku niż podejście w wysokich górach.
Wysokogórski charakter otoczenia dało się wyraźniej odczuć dopiero przy rumowisku skalnym przecinającym zbocza Patrii. Szlak otwiera tam widok na Tatry Wysokie, a po lewej stronie, wysoko nad ścieżką, wyrastają strome zbocza Grani Baszt.
Pozostawało już tylko przejść przez niewielki mostek nad Mięguszowieckim Potokiem, z którego otwierał się widok na Galerię Osterwy. Chwilę później dotarłem do Rozejścia nad Popradzkim Stawem i skręciłem na niebieski szlak prowadzący w głąb Doliny Mięguszowieckiej.
Dolina Mięguszowiecka
Pomimo wczesnej godziny – było dopiero około siódmej rano – na Rozejściu nad Popradzkim Stawem panował już spory ruch. Nie zatrzymywałem się, choć chętnie przyjrzałbym się bliżej stanowisku nosiczy, którzy na drewnianych stelażach wynoszą zaopatrzenie do Chaty pod Rysami z tego miejsca właśnie.
Dzięki temu trafiłem w swoistą „turystyczną dziurę” pomiędzy kolejnymi grupami piechurów i niemal samotnie pokonałem następny, liczący nieco ponad kilometr, prawie płaski odcinek prowadzący do rozejścia przy Żabim Potoku.
Początkowo niebieski szlak prowadził przez las, który stopniowo ustępował miejsca kosodrzewinie. Wraz z zanikaniem drzew coraz szerzej otwierały się przede mną widoki na potężne zbocza otaczające Dolinę Mięguszowiecką. Po lewej stronie ciągnęła się poszarpana Grań Baszt, po prawej wznosił się masyw Kopy Popradzkiej, a wprost przede mną wyrósł Wołowiec Mięguszowiecki, który z tej perspektywy przypominał smukłą piramidę. Czujesz, że jesteś w górach!
Nazwa Doliny Mięguszowieckiej nie pochodzi od górujących nad nią Mięguszowieckich Szczytów. Jest dokładnie odwrotnie – zarówno dolina, jak i nazwane później od niej szczyty zawdzięczają swoje miano spiskiej wsi Mięguszowce, położonej kilkanaście kilometrów na południe od Tatr. To właśnie jej mieszkańcy korzystali niegdyś z okolicznych terenów, między innymi prowadząc tutaj wypas zwierząt.
Dolina ma również znaczenie hydrologiczne. Wody spływające z jej górnych pięter, odprowadzane między innymi przez Hińczowy i Żabi Potok, współtworzą źródłowy system Popradu.
Wraz z garstką turystów dotarłem do niepozornego rozejścia przy Żabim Potoku. Pozostali skręcili w prawo na czerwony szlak prowadzący na Rysy, a ja odbiłem w lewo, kontynuując marsz niebieskim szlakiem w kierunku Koprowego Wierchu. Tym samym ponownie mogłem cieszyć się względną samotnością.
Na odchodne próbowałem jeszcze odprowadzić „rysowiczów” wzrokiem, wypatrując w oddali przebiegu ich trasy i celu wędrówki. Samych Rysów nie potrafiłem jednak z tej perspektywy zlokalizować. Zygzakowata linia ścieżki wraz z przesuwającymi się po niej miniaturowymi sylwetkami turystów ginęła pod monumentalnym masywem Kopy Popradzkiej.
Choć miałem już za sobą ponad połowę szlaku, celu mojej wyprawy nadal ani widu, ani słychu. Koprowy Wierch pozostawał ukryty. Na pocieszenie dostałem jeszcze pół kilometra względnie płaskiego szlaku, prowadzącego wśród kosodrzewiny do Hińczowego Potoku. Po lewej stronie, w poszarpanej Grani Baszt, próbowałem odnaleźć Szatana – jej najwyższy szczyt.
W orientacji pomagały mi trzy żleby opadające w kierunku Doliny Mięguszowieckiej: Szeroki, Czerwony oraz najbardziej charakterystyczny z nich – Szatani Żleb z potężnym stożkiem piargowym. Nad nim wznosił się mierzący 2421 m n.p.m. Szatan. Na szczyt nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny, jest on jednak popularnym celem taternickim.

Grań Baszt od Skrajnej Baszty i Szatana Hlińską Turnię. Po prawej Koprowa Turnia. 
Widok w dół Doliny Mięguszowieckiej z niebieskiego szlaku na wysokości ok. 1590 m n.p.m. 
Hińczowy Potok przecinający niebieski szlak 
Hińczowy Potok przecinający niebieski szlak 
Szatani Żleb opadający z Szataniej Przełęczy do Dolinki Szataniej 
Dolina Mięguszowiecka z niebieskiego szlaku na wysokości ok. 1650 m n.p.m.
Po przekroczeniu Hińczowego Potoku niebieski szlak pokazał pazury. Kamienne stopnie zaczęły piąć się stromo w górę w sąsiedztwie Hińczowej Kopki, położonej na końcu grzędy oddzielającej Hińczową Dolinę od Szataniej Dolinki.
Najpierw miałem do pokonania krótki, stromy i skalisty odcinek. Wyżej ścieżka prowadziła wygodniejszymi zakosami, jednak teren był mocno poprzecinany wydeptanymi skrótami. Miejscami łatwo było pomylić je z właściwym przebiegiem szlaku, dlatego musiałem uważnie wypatrywać oznaczeń.
Po pokonaniu stromego odcinka czekała na mnie mała nagroda w postaci płaskiej skalnej wychodni, z której otwierał się niczym nieograniczony widok w głąb Doliny Mięguszowieckiej. Miękkie, poranne światło robiło tutaj swoje, jednak mój wzrok nieustannie przyciągało ogromne rumowisko w Szataniej Dolince, przypominające zastygłą kamienną lawinę u stóp Szatana.
Z Szatanim Żlebem wiąże się miejscowa legenda. Szatan miał ukryć w nim cenne kruszce i strącać kamienie na śmiałków próbujących odnaleźć skarb. Sądząc po liczbie kamieni, chętnych musiało być wielu.
Do progu Hińczowej Doliny pozostawało jeszcze około 600 metrów podejścia. Choć nie było nawet ósmej rano, słońce coraz mocniej potęgowało uczucie gorąca, które strome nachylenie szlaku dodatkowo wzmacniało.
Z pomocą przyszły jasna, szybkoschnąca koszula chroniąca przed promieniowaniem UV, jasne nakrycie głowy oraz bidon schowany w plecaku, wyposażony w wyprowadzoną na zewnątrz rurkę z ustnikiem. Dzięki temu nie musiałem się zatrzymywać, aby co kilka lub kilkanaście minut wypić dwa łyki elektrolitów. W takich warunkach rozwiązanie to sprawdziło się znakomicie.
Hińczowa Dolina
Po dotarciu na próg Hińczowej Doliny miałem nieodparte wrażenie, że wkroczyłem do innego świata. Zamiast dalszej wspinaczki czekał mnie spacer po rozległym, niemal płaskim terenie. Kosodrzewinę zastąpiły niskie trawy, pomiędzy którymi leżały tysiące porozrzucanych bezładnie głazów różnej wielkości, tworzących swoisty księżycowy krajobraz.
Zamiast wartko płynących potoków mijałem Hińczowe Oka – niewielkie, okresowo zanikające stawki rozrzucone poniżej Wielkiego Hińczowego Stawu. Całość przypominała rozsypane klocki Lego na dnie ogromnego pudła, którego ściany wyznaczają stoki otaczających dolinę szczytów.

Panorama 360° Doliny Hińczowej
Kiedy zagłębiłem się w górną część doliny, moim oczom ukazał się Wielki Hińczowy Staw, niemal szczelnie wypełniający dno rozległej kotliny. Dopiero ponad nim na lewo dostrzegłem wreszcie cel swojej wyprawy – Koprowy Wierch, który przez całą dotychczasową drogę pozostawał ukryty.
Nad brzegiem stawu spędziłem dosłownie kilka minut, obserwując z daleka podejście na Wyżnią Koprową Przełęcz. Na zboczu bez większego trudu można było odnaleźć charakterystyczne zakosy, a przy odrobinie uwagi dostrzec również stojący na przełęczy drogowskaz.
Wprawny obserwator równie szybko zorientuje się, że czeka go kolejne strome podejście wyciskające poty. Dwa łyki elektrolitów, tabletka węglowodanowa i w drogę.
Wyżnia Koprowa Przełęcz
Od Wielkiego Hińczowego Stawu jeszcze przez około pół kilometra mogłem cieszyć się niemal płaskim spacerem wśród traw i głazów. Po drodze moim oczom ukazał się również Mały Hińczowy Staw, malowniczo położony na tle Grani Baszt.
Sielanka skończyła się wraz z pierwszymi zakosami. Choć do Wyżniej Koprowej Przełęczy pozostawało niewiele ponad pół kilometra, na tak krótkim odcinku trzeba było pokonać niemal 200 metrów przewyższenia. Szlak wspinał się stromo po zboczu, a mozolne podejście szybko zaczęło wyciskać ze mnie kolejne litry potu. Zwłaszcza że temperatura, mimo wczesnej pory, zbliżała się już do 30°C.
Niosła mnie jednak myśl, że do szczytu pozostało już „niedaleko”. Stawiałem więc drobne kroki i bez dłuższych przystanków, swoim jednostajnym tempem, dotarłem na Wyżnią Koprową Przełęcz w ciągu około 30 minut.

Wielki i Mały Hińczowy Staw z niebieskiego szlaku na Wyżnią Koprową Przełęcz 
Ostatnie metry przed Wyżnią Koprową Przełęczą 
Wyżnia Koprowa Przełęcz – 2180 m n.p.m. 
Widok w kierunku Doliny Mięguszowieckiej z Wyżniej Koprowej Przełęczy 
Widok z Wyżniej Koprowej Przełęczy na Grań Baszt (po lewej), Hlińską Turnię (na środku), Szczyrbski Szczyt (na prawo) i dalej po prawej Hruby Wierch. 
Wyżnia Koprowa Przełęcz
Przełęcz oferowała przyjemny widok na Hińczowe Stawy, otaczające je szczyty oraz Grań Baszt. Po drugiej stronie grani otwierała się natomiast panorama w kierunku Grani Hrubego.
Zatrzymałem się na chwilę, żeby ocenić wzrokiem Koprowy Wierch. W przeciwieństwie do Małej Wysokiej oglądanej z Polskiego Grzebienia nie zrobił na mnie większego wrażenia. Ot, płaskawa „kupa kamieni”. „Bułka z masłem” – pomyślałem i dziarsko ruszyłem czerwonym szlakiem na „ostatnią prostą”.
Od razu jednak zdradzę: dałem się zrobić jak dziecko…
Koprowy Wierch (2367 m n.p.m.)
Najwyraźniej od tego upału dostałem pomroczności jasnej, skoro tak pochopnie oceniłem Koprowy Wierch po okładce. Pierwszy odcinek czerwonego szlaku piął się mocno w górę, ale prowadził przez rumowisko wielkich kamiennych bloków i bardziej przypominał wejście na usypany z głazów kopiec niż na szczyt Tatr Wysokich.
Jakież było moje zdziwienie, gdy dotarłem do punktu, który z dołu brałem za wierzchołek. Okazało się, że stanąłem dopiero na Koprowej Kopie (2312 m n.p.m.), nazywanej również Ramieniem Koprowego. Co gorsza, za tym „przedwierzchołkiem” szlak krótko, ale stromo opadał w kierunku niewielkiej Koprowej Przehyby.
Skończyła się rozległa kamienna pustynia. Wielkie głazy ustąpiły miejsca skalnym ścianom, a dalsza droga nagle zamieniła się w koszmar akrofobika – urwisko, skalista rynna, wysokość i otwierająca się wokół przestrzeń.
Zamiast rozglądać się dookoła i dodatkowo potęgować lęk, który pojawił się zupełnie niespodziewanie, ruszyłem zdecydowanie przed siebie. Odrzuciłem też powracającą myśl: „Może jeszcze jakoś się tam wdrapię, ale jak później zejdę?”.
Chwytałem kolejne skalne bloki i pomagałem sobie rękami podczas wspinaczki. Jednocześnie uważnie wypatrywałem przebiegu szlaku, który nie wszędzie był dla mnie oczywisty. Szukałem oznaczeń, wyślizganych kamieni, śladów błota i wydeptanej ziemi wskazujących właściwy kierunek.
Pojawiło się kilka momentów naprawdę nieprzyjemnych dla osoby z lękiem wysokości. Przez chwilę pomyślałem nawet, że podczas wejścia na Małą Wysoką nie najadłem się tyle strachu, ile tutaj, na Koprowym Wierchu.
Mimo całego akrofobicznego zamieszania wparowałem na szczyt jak do siebie, przekonany, że najgorsze jest już za mną. Na moje „nieszczęście” finałowe podejście wyprowadziło mnie na zachodni kraniec wierzchołka, wprost nad Dolinę Ciemnosmreczyńską i otwierający się za nią bezkres aż po horyzont.
Koprowy Wierch sprawiał w tym miejscu wrażenie szczytu zawieszonego nad przepaścią, co zmroziło mnie okrutnie. Ostrożnym krokiem przeszedłem kilkanaście metrów wąskim grzbietem na jego wschodnią część, drżąc przy każdym spojrzeniu w dół, w kierunku Doliny Piarżystej leżącej pod potężnymi ścianami Cubryny.
Nie dałem jednak za wygraną. Sprawdzoną metodą usiadłem wygodnie i skierowałem wzrok w stronę, z której przyszedłem. Oczywiście w żaden sposób nie zmieniało to mojego położenia. Nadal wszystko znajdowało się nisko, a ja siedziałem wysoko na niewielkim wierzchołku. Znajomy widok pozwolił mi jednak stopniowo się uspokoić.
Kanapeczka, zaparzona na szczycie herbata, kilka zdjęć i parę ujęć z kamery. Później trochę postałem, ostrożnie popatrzyłem w lewo i w prawo, aż sytuacja zaczęła wracać do normy. Lęk nie zniknął, ale adrenalina, ekscytacja i szczęście stopniowo zepchnęły go na dalszy plan.
Poziom napięcia skutecznie podnosili za to kolejni turyści, którzy szukali dla siebie miejsca, przemieszczali się po wąskim odcinku szczytowym albo pozowali do zdjęć na jego krawędzi. To zawsze mnie stresowało i zapewne zawsze będzie stresować. O ile lęk przed własnym upadkiem potrafię coraz lepiej kontrolować, o tyle strach przed tym, że spadnie ktoś znajdujący się obok, pozostaje poza moją kontrolą.
Koprowy Wierch zapewnia wspaniałą panoramę 360° i przy dobrej pogodzie widoczność sięgającą aż po Babią Górę. Podejście na sam szczyt wymaga miejscami użycia rąk, ale trudniejszy odcinek jest na tyle krótki, że nie stanowi szczególnego wyzwania kondycyjnego czy zręcznościowego. Trzeba jednak pamiętać, że na mokrej lub śliskiej skale, a także przy pogorszeniu pogody i ograniczonej widoczności, poziom trudności może wyraźnie wzrosnąć.
Powrót z Koprowego Wierchu przez Staw Popradzki
Przed dziesiątą rano słońce grzało już niemiłosiernie, ale delikatne podmuchy wiatru i widoki zapierające dech w piersi skutecznie powstrzymywały mnie przed rozpoczęciem zejścia. W efekcie na szczycie spędziłem około 30 minut. Dla kogoś, kto cierpi na lęk wysokości, to w takim miejscu naprawdę długo.
Pomimo wcześniejszych obaw zejście nie wywołało kolejnej fali lęku. Powoli, krok za krokiem, schodziłem w kontrolowany sposób w kierunku Koprowego Ramienia, w trudniejszych miejscach pomagając sobie rękami i lawirując pomiędzy turystami wspinającymi się w przeciwnym kierunku. Czułem się już znacznie pewniej, dzięki czemu udało mi się nagrać również kilka filmów 360° ze zboczy Koprowego Wierchu, Koprowej Przehyby i Koprowego Ramienia.
Nie mogłem się tylko pogodzić z myślą, że jeszcze przed dziesiątą osiągnąłem cel i od tej chwili czekał mnie już wyłącznie powrót. Przyjąłem więc tempo wyjątkowo mozolne i ociągające, żeby jak najdłużej nacieszyć się miejscem, w którym się znalazłem.
Po powrocie na Wyżnią Koprową Przełęcz zatrzymałem się na trawiastym zboczu z widokiem na Wielki Hińczowy Staw. Przygotowałem sobie lunch z liofilizowanego dania na bazie kurczaka i ryżu, zalewając danie gorącą wodą z termosu. Tym razem zrobiłem sobie naprawdę długą przerwę. Przez około 45 minut wylegiwałem się w słońcu i obserwowałem coraz większy ruch na szlaku.
Pomyślałem wtedy, że z każdą kolejną godziną podejście na przełęcz musi stawać się coraz bardziej męczące. Wspinaczka w takim upale kosztowała znacznie więcej sił niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Miałem przy tym nieodparte wrażenie, że część turystów nie do końca zdawała sobie sprawę z warunków, w jakich przyszło im wędrować, bo niektórzy wyglądali na zwyczajnie nieprzygotowanych.
Brak koszulki i goły męski bebzol na górskim szlaku uważam za nietakt. Nikogo zapewne specjalnie nie obchodzi moje zdanie w tej kwestii, warto jednak pamiętać o czymś znacznie ważniejszym niż estetyka. Mam poważne wątpliwości, czy każdy z panów zdejmujących koszulkę na szlaku zabezpiecza wcześniej skórę kremem z odpowiednio wysokim filtrem UV. A górskie słońce potrafi spalić na wiór i dobrze mieć tego świadomość, przygotowując się nawet do pozornie prostej wycieczki.
Moja jasna koszula sprawdzała się znakomicie. Nie nagrzewała się tak mocno na słońcu, zgodnie z deklaracją producenta rzeczywiście schła w mgnieniu oka i mam nadzieję zapewniała ochronę przed promieniowaniem UV (zgodnie ze specyfikacją produktu). Pomagała również jasna czapka z daszkiem, a odpowiedni zapas napoju z elektrolitami dawał mi spokój, że przynajmniej do Popradzkiego Stawu nie będę musiał martwić się o jego brak. Kilka prostych rozwiązań i komfort na szlaku zapewniony!
Kwadrans po jedenastej ruszyłem zakosami w dół z Wyżniej Koprowej Przełęczy w kierunku Wielkiego Hińczowego Stawu.
Choć jestem zdecydowanym fanem tras prowadzących pętlą, maszerowanie tam i z powrotem tym samym szlakiem ma jedną dużą zaletę. Pozwala na nowo odkrywać miejsca, przez które przechodziło się zaledwie kilka godzin wcześniej. Podczas podejścia koncentrujemy się przede wszystkim na celu, a wysiłek wkładany w zdobywanie wysokości skutecznie odciąga uwagę od wielu szczegółów otaczającego nas świata. W drodze powrotnej ta sama trasa potrafi wyglądać zupełnie inaczej – dostrzegamy więcej detali, które wcześniej umknęły, i zwyczajnie chłoniemy wędrówkę bez ciągłego spoglądania w stronę celu.
Rozległe dno Hińczowej Doliny zachwyciło mnie ponownie, tym razem chyba ze zdwojoną siłą. Setki porozrzucanych bezładnie skał i kamieni na tle Grani Baszt tworzyły krajobraz niemal nieziemski. Dolina wydawała mi się zupełnie inna od tych, które do tej pory przemierzałem w Tatrach. Lodowiec, który w epoce plejstocenu wypełniał tę dolinę, zdziałał tutaj naprawdę sporo – przez tysiące lat pracował jak gigantyczna „taśma szlifierska”, żłobiąc podłoże, wyrywając fragmenty skał i transportując je w dół. To właśnie jego działalność pozostawiła po sobie charakterystyczne wygładzone formy, rysy na granitach oraz morenowe rumowiska, które dziś wyglądają jak przypadkowo rozsypane głazy, choć w rzeczywistości są precyzyjnym zapisem dawnej pracy lodu.

Szatan (w tle) z Wyżniej Koprowej Przełęczy 
Mięguszowieckie Szczyty nad Wielkim Hińczowym Stawem 
Dzwonek Alpejski przy niebieskim szlaku na Wyżnią Przełęcz Koprową 
Grań Baszt z Doliny Hińczowej 
Jedno z Hińczowych Ok 
Próg Doliny Hińczowej. W dole Dolina Mięguszowiecka 
Masyw Kopy Popradzkiej nad Doliną Mięguszowiecką. Na drugim planie Wysoka. 
Wielki Hińczowy Staw
Równie pięknie prezentował się z progu Hińczowej Doliny widok w kierunku szerokiej, zielonej i łagodnie opadającej Doliny Mięguszowieckiej. No i ponownie Szatani Żleb, który przez sporą część niebieskiego szlaku w rejonie Szataniej Dolinki wręcz diabelsko przyciągał mój wzrok.
Turystów idących w górę wyraźnie przybywało. Słońce prażyło już bez litości, pot lał się strumieniami, a na twarzach wielu osób wysiłek był coraz bardziej widoczny.
W pewnym momencie przysłuchiwałem się rozmowie trójki młodych ludzi przyglądających się swoim niemal pustym, dużym butelkom po wodzie.
„Ile masz jeszcze?”
„Na dnie, ale Baśka może coś ma”.
Baśka z dumą pokazała prawie pełną butelkę.
Kryzys chwilowo zażegnany, ale ta drobna scena dobrze pokazywała, jak często to szlak weryfikuje turystę. Moim zdaniem, na ile tylko jest to możliwe, powinno być dokładnie odwrotnie. Warto przygotować się tak, aby to samemu oceniać warunki, swoje możliwości i zapasy, zamiast pozwalać, by ich niedoszacowanie zrobiło to za nas.
Od Wielkiego Hińczowego Stawu do Majláthovej Chaty przy Popradzkim Stawie dotarłem w około godzinę. Turystów było już sporo, choć nadal trudno było porównywać ten ruch z tłumami, jakie potrafią pojawić się chociażby w Murowańcu czy nad Morskim Okiem.
W ciągu kilku minut dotarłem do okienka, zamówiłem strudel z jabłkami i maleńkie zimne bąbelki. Przy zewnętrznych ławach było jeszcze sporo wolnych miejsc, ale te znajdujące się w cieniu zostały już całkowicie zajęte.
Nie zdążyłem się nawet wygodnie rozsiąść, kiedy usłyszałem charakterystyczny odgłos wirnika helikoptera. Maszyna dwukrotnie zawisła nad skalną półką na stromych zboczach Osterwy górujących nad Popradzkim Stawem.
Dopiero następnego dnia przeczytałem, że doszło tam do wypadku polskiego wspinacza, który odpadł od ściany i konieczna była ewakuacja z użyciem śmigłowca. Mam nadzieję, że mimo poważnie wyglądającej akcji ratunkowej nasz rodak szybko wróci do zdrowia.
Planowałem jeszcze trochę pospacerować po okolicy, ale pół godziny spędzone wśród setek rozmów, papierosowego dymu (!!!) i prażącego słońca skutecznie ograniczyło moje ambicje. Podszedłem jedynie pod schronisko znajdujące się kilka kroków dalej, a następnie ruszyłem zielonym szlakiem w kierunku Szczyrbskiego Jeziora.

Schronisko nad Popradzkim Stawem – 1494 m n.p.m.
Trasa ta nazywana jest wariantem zimowym, ponieważ zimą czerwony szlak trawersujący zbocza Patrii, którym szedłem rano, jest zamknięty. Do Popradzkiego Stawu można wówczas dostać się niebieskim szlakiem prowadzącym wzdłuż drogi albo właśnie zielonym przez las.
Choć zielony szlak zapewniał przyjemny cień i skutecznie chronił mnie przed popołudniowym żarem lejącym się z nieba, następnym razem prawdopodobnie nie wybrałbym go jako wariantu powrotnego. Najpierw opada bowiem na dno Doliny Mięguszowieckiej, gdzie mostkiem przekracza się Mięguszowiecki Potok, a następnie ponownie trzeba nabrać wysokości, żeby dotrzeć do rozejścia szlaków na Triganie.
Oczywiście nie jest to żadne wymagające podejście, ale podczas powrotu takie terenowe sinusoidy potrafią być zwyczajnie frustrujące. Równoległy czerwony szlak, biegnący po przeciwnej stronie doliny, jest pod tym względem znacznie przyjemniej wyprofilowany i polecam jako wariant powrotny.
Do Rozdroża przy Heliosie dotarłem kwadrans po czternastej. Tutaj panowała już prawdziwie zwrotnikowa temperatura.
Postanowiłem jeszcze odwiedzić Szczyrbskie Jezioro i kontynuowałem spacer czerwono-żółtym szlakiem wzdłuż jego brzegu. Po wodzie pływały łódeczki, alejkami spacerowali wczasowicze, a całą okolicę wypełniała letnia sielanka spokojnej miejscowości wypoczynkowej.
Darmowa toaleta publiczna przy promenadzie okazała się miłym zaskoczeniem. Po całym dniu spędzonym w upale możliwość opłukania twarzy i umycia dłoni była wręcz mistycznym doznaniem.
Na zakończenie zatrzymałem się jeszcze na chwilę na południowym krańcu akwenu, by objąć wzrokiem panoramę Tatr Wysokich ze Szczyrbskim Jeziorem na pierwszym planie, a o 14:30 wróciłem na parking.
Cała wycieczka zajęła mi około 8 godzin i 30 minut. Po odjęciu postojów trwających dłużej niż 10 minut samo pokonanie około 20-kilometrowej trasy ze Szczyrbskiego Jeziora na Koprowy Wierch i z powrotem zajęło mi mniej więcej 6 godzin i 45 minut.
Bardzo odpowiadał mi również sposób, w jaki na tej trasie rozkłada się wysiłek. Szlak nie jest monotonny ani przesadnie rozwleczony – kolejne bardziej wymagające odcinki są stosunkowo krótkie i przeplatają się z fragmentami pozwalającymi odpocząć, złapać rytm i po prostu nacieszyć się otoczeniem.
Początek łagodnie buduje wysokość i daje czas na spokojną rozgrzewkę. Później przychodzi niemal spacerowy odcinek przez Dolinę Mięguszowiecką, podczas którego można już bez pośpiechu chłonąć coraz szerzej otwierające się widoki na Tatry Wysokie. Następnie krótka, bardziej intensywna wspinaczka w rejonie Szataniej Dolinki wynosi nas na próg Hińczowej Doliny, gdzie w nagrodę ponownie dostajemy niemal płaski spacer przez jeden z najbardziej niezwykłych krajobrazowo fragmentów całej trasy.
Dopiero podejście na Wyżnią Koprową Przełęcz każe naprawdę mocniej popracować. Jest krótkie, ale intensywne i stanowi bardzo dobry sprawdzian wytrzymałości. A kiedy wydaje się, że najtrudniejsze mamy już za sobą, ostatni kilometr na Koprowy Wierch zaczyna trochę „oszukiwać”. Najpierw niepozorna kamienna kupa, później Koprowe Ramię, zejście na Koprową Przehybę i dopiero finałowe podejście na właściwy szczyt. Napięcie rośnie praktycznie do samego końca, dzięki czemu satysfakcja po wejściu na wierzchołek smakuje jeszcze lepiej.
I wszystko to zamyka się w około 20 kilometrach. Dla mnie to dystans niemal idealny – wystarczająco długi, żeby poczuć w nogach porządną górską wycieczkę, ale bez niepotrzebnego nabijania kilometrów. Do tego świetnie rozłożony wysiłek, ogromna różnorodność krajobrazu i finał, który okazał się znacznie bardziej emocjonujący, niż początkowo zakładałem.
W moim odczuciu trasa na Koprowy Wierch to po prostu szlak skrojony niemal idealnie.






































































