Okulygiyaz 3190 m - trekking z Seven Lakes w Tadżykistanie
Tajikistan FlagTadżykistan

Okulygiyaz 3190 m – trekking z Seven Lakes w Tadżykistanie

DYSTANS

18.5 km

SUMA PODEJŚĆ

1509 m

PUNKTY GOT

CAŁKOWITY CZAS

6:28 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

3190 m n.p.m.

GRUPA

2 osoby

POZIOM TRUDNOŚCI

8 / 10

EKSPOZYCJA

5 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

10 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku na szczyt Okulygiyaz (Seven Lakes) – krok po kroku

We wrześniu 2026 roku wyruszyłem na trzytygodniową wyprawę do Azji Środkowej. Całe przedsięwzięcie zorganizował mój Papa, zapraszając do udziału mnie, mojego młodszego brata (Kosmos) oraz serdecznego przyjaciela naszej rodziny (Vooyoo).

Po dwóch tygodniach w Uzbekistanie, pokonaniu ponad 1000 kilometrów wypożyczonym samochodem, 1300 kilometrów uzbecką koleją i kolejnych 450 kilometrów taksówką (z Buchary do Chivy), dotarliśmy do Samarkandy.

Wiele lokalnych biur podróży organizuje jednodniowe wypady z Samarkandy do Seven Lakes. My jednak nie chcieliśmy ograniczać się do typowej samochodowej przejażdżki od jeziora do jeziora. Zależało nam na tym, żeby spędzić w tadżyckich górach trzy dni i dwie noce, i mieć czas na spokojną eksplorację okolicy. Po kilku nieudanych próbach, niemal w ostatniej chwili, udało nam się znaleźć biuro podróży, które zorganizowało dla nas transport i dwa noclegi.

Po czternastu dniach gorącego powietrza, błękitnych kopuł, kolumnowych dziedzińców madras oraz wszechobecnych białych Chevroletów przyszedł czas na zupełnie inną przygodę. Czekały na nas surowe krajobrazy Gór Fan, wyboiste drogi, niewielkie osady i jeziora położone na wysokości 2400 m n.p.m.

Góry! Przybywam!

UZBHARD Expedition 2026

Dla mnie był to chyba najbardziej „ekspedycyjny” czas całej wyprawy. Wyprawy, którą ochrzciłem mianem UZBHARD. To przewrotna gra słów nawiązująca do nazwy Ubisoft – tyle że w moim przypadku zamiast soft miało być zdecydowanie hard.

Pierwszego dnia przemierzyliśmy całą Dolinę Shing, docierając aż nad ostatnie z Siedmiu Jezior – Hazorchashma. Drugiego zamierzaliśmy zostawić jeziora daleko pod sobą i ruszyć pieszo w stronę jednego z okolicznych trzytysięczników. Na przeszkodzie mogła nam jednak stanąć pogoda, bo prognozy na kolejny dzień były sprzeczne.

Trzytysięcznik zamiast przełęczy – plan pod znakiem deszczu

Drugiego dnia planowaliśmy z Kosmosem dotrzeć oznaczonym na mapach szlakiem na Przełęcz Tovasang (3305 m n.p.m.), rozpoczynając wędrówkę w rejonie Szóstego Jeziora – Marguzor. Problem w tym, że prognozy pogody były niepewne. Co do jednego wszystkie modele były zgodne – zapowiadały deszcz. Różniły się jedynie momentem nadejścia opadów. Jedne przewidywały deszcz praktycznie przez cały dzień, inne dopiero po południu.

Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw doszliśmy do wniosku, że będziemy reagować na bieżąco, obserwować pogodę i podejmować decyzje w zależności od rozwoju sytuacji. W międzyczasie zmieniliśmy jednak plany. Zamiast Przełęczy Tovasang postanowiliśmy zdobyć trzytysięcznik Okulygiyaz (3190 m n.p.m.). Na ten szczyt nie prowadził co prawda żaden oznakowany szlak, ale przebieg dzikich ścieżek widocznych na mapach wydawał się znacznie ciekawszy od szerokiego duktu prowadzącego na Tovasang. Za zmianą planów przemawiała również dogodna odległość od naszej bazy – Jumaboy’s Guesthouse.

Ustaliliśmy więc plan na następny dzień. Papa i Namoz mieli podwieźć nas rano do Padrud, na początek naszej trasy, a sami pojechać poszwędać się po okolicy. Na podstawie map i przewidywanego czasu przejścia obliczyliśmy, że powinniśmy wrócić do pensjonatu między 15:00 a 18:00. Ta ostatnia godzina miała być dla nich sygnałem alarmowym – jeśli do tego czasu nie pojawimy się w bazie, coś musiało pójść nie tak. Brak zasięgu GSM w znacznej części gór nie dawał nam bowiem większych szans na utrzymywanie stałego kontaktu.

Kładłem się spać z nadzieją, że sprawdzi się najbardziej optymistyczny z analizowanych przeze mnie wariantów pogody: słoneczny poranek, stopniowo nadciągające po południu zachmurzenie i ewentualne niewielkie opady deszczu. Oby tylko pogoda pozwoliła nam zrealizować plan!

Słoneczne zaproszenie w Góry Fan

Drugi dzień w Seven Lakes przywitał nas niemal bezchmurnym, błękitnym niebem! Rześkie górskie powietrze motywowało do działania. Zjedliśmy wspólne śniadanie ze wszystkimi gośćmi Jumaboy’s Guesthouse, serwowane na świeżym powietrzu, i chwilę po 8 ruszyliśmy samochodem do Padrud. Niespełna 15 minut później rozpoczęliśmy naszą wędrówkę wyboistą drogą przez wieś, kierując się w górę doliny potoku Oguldara.

Podejście od samego początku nie daje wytchnienia. Szybko nabieramy wysokości, pozostawiając Padrud i Dolinę Siedmiu Jezior coraz niżej za plecami. Słońce mocno przygrzewa i dość szybko pozbywamy się kolejnych warstw odzieży, bez których jeszcze o poranku zmarzlibyśmy na kość. Po lewej stronie doliny piętrzą się potężne skaliste zbocza, ponad którymi rozciąga się ogromna górska hala, przypominająca zawieszony wysoko nad doliną balkon. Jeszcze wyżej góruje skalisty trzytysięcznik – jeden z wielu bezimiennych szczytów tej części Gór Fan. Nie mogę oderwać od niego wzroku!

Ponieważ przed wyprawą dość wnikliwie przestudiowałem mapy, szybko orientuję się w otaczającym nas terenie i lokalizuję Przełęcz Oguldara, która ma być jednym z ważniejszych punktów naszej trasy. Wciąż jednak pozostaje dość odległa. I dość wysoko. Kawał wspinaczki przed nami!

Po niespełna 2,5 kilometra zdecydowanego marszu nasza ścieżka niepostrzeżenie odbija w prawo i jeszcze mocniej pnie się w górę, w kierunku wschodniego ramienia szczytu górującego nad Przełęczą Oguldara. Bez przygotowanego wcześniej śladu GPX zapewne przegapilibyśmy to niepozorne rozwidlenie. Na grzbiet docieramy po niespełna półtorej godziny wędrówki, mając za sobą około 650 metrów podejścia.

Raczej nie należę do osób, które guzdrzą się na górskich szlakach, ale Kosmos od samego początku narzucił takie tempo, że momentami ledwo za nim nadążałem. Pozostawało zaciskać zęby, kontrolować oddech i przeć naprzód bez użalania się nad sobą. On pierwszy dotarł na punkt widokowy i niemal natychmiast pognał na pobliskie skały kolekcjonować kolejne panoramy.

Mnie tymczasem przytłoczyła oszałamiająca przestrzeń, mocniejsze podmuchy wiatru i świadomość znacznej wysokości. Poczułem pierwsze symptomy akrofobii, która niestety lubi przypominać o sobie w najmniej odpowiednich momentach. Dałem sobie chwilę na uspokojenie oddechu oraz oswojenie się z otaczającą przestrzenią. Kosmos w tym czasie beztrosko buszował po skałach, a ja stopniowo odzyskiwałem komfort i zaczynałem naprawdę cieszyć się widokami.

A te były niesamowite! Głęboko w dole wioska Padrud i maleńkie Piąte Jezioro – Khurdak. Nieco dalej, niczym na kolejnej skalnej półce, pobłyskiwała w słońcu tafla Szóstego Jeziora – Marguzor. Z tej perspektywy oba zbiorniki przypominały dwie skromne kałuże zagubione pośród ogromnych gór. Na horyzoncie pojawiły się jeszcze wyższe i bardziej odległe szczyty, których nie sposób zobaczyć z dna Doliny Seven Lakes. Wszystko na tle błękitnego nieba i sunących po nim niewinnych, białych obłoków.

Ze skał, na które wdrapał się Kosmos, można było dostrzec dodatkowo Czwarte Jezioro – Nofin.

Przez Ogul na Przełęcz Oguldara

Po krótkiej przerwie ruszamy w stronę skalistego wierzchołka górującego nad zboczem. Przed nami chyba najbardziej stromy odcinek całej trasy. Pocieszająca jest myśl, że nie musimy zdobywać samego szczytu, a jedynie dotrzeć do położonej około 100 metrów niżej sezonowej osady Ogul. Pokonanie nieco ponad kilometra zajmuje nam aż 45 minut. Podejście solidnie daje nam w kość, choć Kosmos, niewzruszony nachyleniem terenu, nadal narzuca tempo, które dla mnie pozostaje niemal nieosiągalne.

W międzyczasie na niebie pojawia się coraz więcej białych obłoków. Wszystko rozwija się niemal dokładnie według jednego z analizowanych przeze mnie scenariuszy pogodowych. Słoneczny poranek powoli ustępuje miejsca zachmurzeniu, które za kilka godzin może przynieść deszcz. Od tej chwili coraz częściej zerkamy w niebo, obserwując kierunek przemieszczania się chmur i tempo zmian pogody. Nie chcemy, żeby ewentualne pogorszenie warunków nas zaskoczyło.

Docieramy do wysokogórskiej osady Ogul, która sprawia wrażenie całkowicie opuszczonej. Niewielkie, surowe zabudowania, otoczone rozległymi pastwiskami, służą zapewne jako sezonowe schronienie dla pasterzy i ich zwierząt. Pod koniec września nie spotykamy tu żywej duszy. Niewykluczone jednak, że jeszcze kilka tygodni wcześniej osada tętniła życiem, a okoliczne zbocza przemierzały stada owiec i kóz. Trudno nie zastanawiać się, jak wygląda codzienność ludzi, którzy spędzają całe tygodnie w tak odizolowanym miejscu, na wysokości blisko 2800 m n.p.m.

Zakładamy kolejne warstwy odzieży. Słońce coraz częściej znika za chmurami, a wiatr i chłód na tej wysokości potrafią szybko dać się we znaki. Jeszcze tylko krótkie podejście i docieramy do Przełęczy Oguldara.

To dla mnie bardzo ważny punkt naszej wyprawy. Oznacza bowiem, że pokonaliśmy już ponad dwie trzecie zaplanowanego przewyższenia. Co więcej, charakter trasy wyraźnie się zmienia. Strome, wyczerpujące podejścia ustępują miejsca znacznie łagodniejszemu terenowi grzbietowemu, a przed nami otwierają się zupełnie nowe panoramy Gór Fan.

Przyglądamy się uważnie otaczającym nas szczytom i przebiegowi ścieżki. Wydaje nam się, że potrafimy już zlokalizować zarówno kolejną przełęcz, jak i cel naszej wyprawy – Okulygiyaz. Oba punkty wyglądają na osiągalne, choć przed nami wciąż pozostaje spory kawał drogi.

Ta świadomość, w połączeniu z otwierającymi się widokami i perspektywą nieco łatwiejszego marszu, działa na mnie niczym zastrzyk energii. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dotychczasowe zmęczenie niemal znika. Jeszcze przed chwilą ledwo nadążałem za Kosmosem, a teraz znowu prę naprzód niemal bez wysiłku!

Przez Przełęcz Tarkh na Okulygiyaz

Za Przełęczą Oguldara ścieżka prowadzi grzbietem, pokonując kilkusetmetrowe odcinki o różnym nachyleniu, miejscami nawet lekko opadające. Wędrujemy sprawnie, ciesząc się widokami, które wynagradzają nam wysiłek włożony w dotychczasowe podejście.

Docieramy do miejsca, które na mapach oznaczone jest jako rozległe, lejkowate piargowisko. Przyznam, że przed wyprawą miałem pewne obawy, czy jego pokonanie nie okaże się zbyt trudne lub niebezpieczne. Na szczęście szybko przekonujemy się, że nie taki diabeł straszny, jak go mapy malują. Wyraźna ścieżka wije się pomiędzy mniejszymi i większymi kamieniami, a przejście przez piarg w panujących warunkach nie sprawia nam żadnych problemów technicznych.

Ostatnie metry do Przełęczy Tarkh (3095 m n.p.m.) pokonujemy przez szerokie, wysokogórskie pastwiska, mijając po drodze ledwo widoczne zabudowania, które podobnie jak w Ogul sprawiają wrażenie opuszczonych. W tej części Gór Fan rozciąga się sieć dawnych ścieżek pasterskich, łączących sezonowe osady i pastwiska. Trudno nie odnieść wrażenia, że wędrujemy trasami, które przez pokolenia służyły miejscowym mieszkańcom, a nie turystom.

Z przełęczy po raz pierwszy możemy dokładnie przyjrzeć się celowi naszej wyprawy. Okulygiyaz wygląda stąd jak rozległy, nieco rozpłaszczony pagórek, z niewielką ilością luźno porozrzucanych skał w rejonie wierzchołka. Zdecydowanie różni się od większości otaczających nas szczytów – drapieżnych, złowrogich, skalistych, wyższych i na pierwszy rzut oka znacznie trudniej dostępnych.

Odetchnąłem z ulgą. Przed wyprawą obawiałem się bowiem, że zdobycie trzytysięcznika może wiązać się z koniecznością pokonania mocno eksponowanego terenu, z którym moja akrofobia niekoniecznie pozwoliłaby mi sobie poradzić. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że ostatnie podejście nie powinno sprawić nam większych trudności. Przynajmniej technicznych, bo w nogach mamy już solidny kawał drogi.

Na niebie zaczynają jednak zachodzić coraz bardziej niepokojące zmiany. Ogromne chmury w różnych odcieniach szarości kłębią się nad naszymi głowami, a na horyzoncie wyraźnie widać już nadciągające opady. Prognozy sprawdzają się niemal co do godziny! Nie wygląda to jeszcze na gwałtowne załamanie pogody, ale doskonale zdajemy sobie sprawę, że na wysokości ponad 3000 metrów sytuacja może zmienić się błyskawicznie. Cały czas obserwujemy niebo i oceniamy, ile czasu pozostało nam na bezpieczne zejście. Szczyt jest już jednak na wyciągnięcie ręki, więc decydujemy się kontynuować podejście.

W końcu docieramy w rejon szczytowych skałek Okulygiyaz – 3190 m n.p.m. Wierzchołek jest na tyle rozległy, że bez trudu znajdujemy wygodne, osłonięte od wiatru miejsce, gdzie możemy na chwilę usiąść, odpocząć i nacieszyć się widokami.

Mój pierwszy trzytysięcznik zdobyty wyłącznie siłą własnych nóg!

Przyznam, że przed wyprawą mocno stresowałem się perspektywą zdobycia szczytu przekraczającego magiczną granicę 3000 metrów. Nie tyle z powodu wysokości czy wymaganego wysiłku, ile ewentualnej ekspozycji i konieczności pokonywania trudności wspinaczkowych. Pamiętam chociażby widok Wielkiego Chimgana w Uzbekistanie, który również jest trzytysięcznikiem, ale wygląda przepotężnie i naprawdę onieśmiela.

Tymczasem Okulygiyaz okazał się łagodny jak baranek. A właściwie jak baranki pasące się na jego północnych zboczach, pod czujnym okiem pasterza, który od czasu do czasu pohukiwał na nie w osobliwy tadżycki sposób. Zdobycie szczytu nie wymagało żadnej technicznej wspinaczki ani pokonywania mocno eksponowanych fragmentów. Największym wyzwaniem okazały się znaczne przewyższenie, kondycja, zmieniająca się pogoda i konieczność sprawnej orientacji w nieoznakowanym terenie.

Na szczyt dotarliśmy po 3,5 godziny marszu, pokonując około 8 kilometrów i 1350 metrów sumy podejść. Według naszych wcześniejszych obliczeń wędrówka miała zająć około 4,5 godziny. W dużej mierze była to zasługa Kosmosa, który na stromych podejściach narzucał takie tempo, że nie pozostawało mi nic innego, jak zaciskać zęby i próbować dotrzymywać mu kroku. Jak się okazało, jego bezlitosne tempo miało przynajmniej jedną zaletę – zyskaliśmy cenny zapas czasu wobec nadciągającego pogorszenia pogody.

Widoki ze szczytu są niezwykłe. Dookoła rozciągają się góry o najróżniejszych kształtach, barwach i strukturach. Łagodne, trawiaste zbocza sąsiadują z poszarpanymi skalnymi graniami, a ponad nimi wyrastają jeszcze wyższe wierzchołki, miejscami pokryte śniegiem. Większość z nich nie ma nawet nazw na mapach, z których korzystałem, choć większość wygląda zdecydowanie bardziej imponująco od naszego Okulygiyaz.

Najbliższym nazwanym szczytem jest Zandzhirma (3450 m n.p.m.), położona niespełna dwa kilometry na północny zachód. Dotarcie na jej wierzchołek, w przeciwieństwie do Okulygiyaz, wygląda już na prawdziwe wysokogórskie wyzwanie. Pozostałe, choć często bezimienne szczyty, tworzą niezapomnianą panoramę prawdziwie dzikich Gór Fan.

Siedząc na wysokości 3190 metrów, pośród tych ogromnych, niemal bezludnych gór, trudno mi uwierzyć, że jeszcze dwa tygodnie temu przemierzaliśmy rozgrzane ulice Taszkentu. A teraz jesteśmy tutaj. Na tadżyckim trzytysięczniku, zdobytym na własnych nogach. Całkiem niezły z nas górski duet!

Zejście z Okulygiyaz w cieniu nadciągającej burzy

Po krótkim odpoczynku na szczycie ruszamy w drogę powrotną. Pogoda kompletnie oszalała! Ciemne chmury kotłują się tuż obok nas. Po jednej stronie doliny wyraźnie widać przesuwającą się ścianę deszczu, podczas gdy po drugiej przez chmury przebijają się snopy światła słonecznego, oświetlając wybrane szczyty i zbocza niczym reflektory na teatralnej scenie. Wszystko zmienia się niemal z minuty na minutę, tworząc widowisko, od którego trudno oderwać wzrok.

I właśnie w tej niezwykłej scenerii naszym oczom ukazuje się kolejny niesamowity widok. Na rozległych pastwiskach w rejonie Przełęczy Tarkh, kilkaset metrów poniżej naszej ścieżki, pasie się stado koni. Nie wyglądają na dzikie. Są spokojne, zadbane i niezwykle eleganckie. Część odpoczywa, część skubie trawę, a kilka stoi nieruchomo, bacznie obserwując nas i okolicę. W tle surowe, skaliste szczyty, nad nimi ciężkie, stalowoszare chmury, a pomiędzy nimi wędrujące po zboczach plamy słonecznego światła.

W pewnym momencie czuję na twarzy i dłoniach delikatne, chłodne muśnięcia. Po chwili dostrzegam spadające z nieba drobne, białe płatki. Śnieg! Jeszcze kilka godzin wcześniej maszerowaliśmy w pełnym słońcu, rozbierając się z kolejnych warstw odzieży, a teraz na wysokości ponad 3000 metrów zaczyna padać śnieg. Próbuję uchwycić tę epicką chwilę aparatem. I choć zdjęcia wychodzą całkiem nieźle, uwierzcie mi – nie oddają nawet połowy dzikiego piękna i niezwykłości tego widowiska!

Góry dają nam jednak coraz wyraźniej do zrozumienia, że czas się zawijać. Przez cały czas obserwujemy przemieszczające się chmury i kierunek nadciągających opadów, świadomi, że sytuacja pogodowa może szybko wymknąć się spod kontroli. Kiedy gdzieś w oddali rozlega się pierwszy, groźnie brzmiący grzmot, nie mamy już żadnych wątpliwości. Koniec fotografowania i podziwiania widoków. Trzeba jak najszybciej opuścić wysoko położony, odsłonięty teren.

Przyspieszamy więc kroku i schodzimy znaną już ścieżką przez Przełęcz Tarkh, piargowisko i grzbiet w kierunku Przełęczy Oguldara. Śnieg stopniowo ustępuje miejsca delikatnej mżawce, która na szczęście nie utrudnia nam marszu. Ziemia jest tak sucha, że niewielkie opady nie zdążyły jeszcze zamienić ścieżki w śliskie błoto.

Choć niebo zasnuwa coraz więcej szarości, widoki nadal zapierają dech w piersiach. Góry Fan pokazują nam zupełnie inne oblicze niż podczas porannego podejścia. Słoneczne, niemal idylliczne krajobrazy ustąpiły miejsca surowej, momentami wręcz złowrogiej scenerii. I choć najchętniej zatrzymywałbym się co kilkadziesiąt metrów, żeby fotografować kolejne panoramy, tym razem ważniejsze jest sprawne zejście na niższą wysokość.

Powrót doliną Oguldara do Padrud

Postanawiamy z Kosmosem skorzystać z alternatywnej ścieżki, żeby nie wracać dokładnie tą samą trasą. Za Przełęczą Oguldara, jeszcze przed osadą Ogul, odbijamy ostro w prawo i rozpoczynamy trawers zbocza, który stopniowo sprowadza nas w kierunku doliny potoku Oguldara.

Deszcz zaczyna padać nieco intensywniej, a my konsekwentnie tracimy wysokość, chcąc jak najszybciej opuścić odsłonięte partie gór. Po usłyszanym wcześniej grzmocie nadal zachowujemy czujność, obserwując niebo i rozwój sytuacji. Nie szukamy też schronienia pod samotnymi drzewami, świadomi, że podczas burzy mogłoby to być znacznie bardziej niebezpieczne niż kontynuowanie zejścia. Na szczęście kolejne grzmoty nie nadchodzą, a my z każdym krokiem czujemy się coraz spokojniej.

Po drodze mijamy czynne stanowisko poboru wody, ale z racji siąpiącego deszczu nie mamy specjalnie ochoty na dłuższe postoje. Dopiero gdzieś w połowie zbocza zatrzymujemy się na chwilę, żeby wypić po ostatnim kubeczku herbaty z termosu i zjeść zakupione wcześniej tadżyckie kabanosy oraz serki przypominające nasze wędzone „korbaczyki”. Prosty prowiant, a po tylu godzinach górskiej wędrówki smakuje wyśmienicie!

Po dotarciu na dno doliny kontynuujemy marsz wzdłuż wyschniętego koryta potoku Oguldara, mijając niewielkie sady i pastwiska. Krajobraz ponownie zmienia swój charakter. Zostawiamy za sobą surowe wysokogórskie przestrzenie, skaliste grzbiety i przełęcze, a wokół zaczynają pojawiać się pierwsze ślady obecności człowieka. Spacer dnem doliny zajmuje nam około 40 minut, po których docieramy do zabudowań wioski Padrud.

Spotykamy kilku mieszkańców, a napotkane dzieciaki częstujemy słodyczami kupionymi specjalnie na tę okazję jeszcze w Pandżakencie. Tym razem nie zapomnieliśmy ich zabrać! Choć niebo nadal pozostaje mocno zachmurzone, deszcz przestaje padać. Wygląda na to, że najgorsze już za nami.

Jest mniej więcej 14:30, kiedy docieramy do głównej drogi Seven Lakes w Padrud. Przyznam, że nie bardzo chce mi się wierzyć, że po blisko sześciu godzinach marszu, pokonaniu około 1400 metrów przewyższenia w górę i niemal tyle samo w dół, moglibyśmy jeszcze zdążyć do Jumaboy’s Guesthouse na 15:00.

Co prawda ustaliliśmy z Papą i Namozem, że pojawimy się w bazie między 15:00 a 18:00, ale skoro jesteśmy takie kozaki, to bądźmy nimi do samego końca!

Nawet nie wiem, kiedy pokonujemy ostatnie kilometry główną drogą pomiędzy wioskami. Nogi pracują niemal automatycznie, a świadomość, że cel jest już naprawdę blisko, dodaje nam energii. Nawet ostatnie podejście pod górę do naszego pensjonatu nie okazuje się tak wyczerpujące, jak wcześniej sobie wyobrażałem.

W niespełna 30 minut docieramy do bazy. Punktualnie o 15:00!

Okulygiyaz – więcej niż pierwszy trzytysięcznik

Pamiętam właściwie każdą górską wycieczkę, na jakiej byłem. Tę jednak zapamiętam jako szczególną. Wystarczyłoby napisać, że chociażby dlatego, że nie codziennie ma się okazję na hiking w Tadżykistanie. Ale to zdecydowanie za mało.

Także dlatego, że Okulygiyaz to mój pierwszy trzytysięcznik. Także dlatego, że była to właściwie pierwsza górska wyprawa z moim bratem. Także dlatego, że miała w sobie wszystko – dynamiczną pogodę, nieustannie zmieniające się krajobrazy, ogromne zmęczenie, odrobinę strachu, ale i jeszcze większą satysfakcję.

I wreszcie dlatego, że nawet teraz, kiedy piszę te wspomnienia, mam jednocześnie ciarki na plecach i motyle w brzuchu.

Dobrze się czytało?

Nie spamuję!

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 8/10

10/10
  • Rated 10 out of 10
    10
  • Rated 10 out of 10
    10

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *