Kula 863 m n.p.m.
Chorwacja

Kula 863 m n.p.m. (Omiška Dinara)

DYSTANS

19.6 km

SUMA PODEJŚĆ

1010 m

PUNKTY GOT

CAŁKOWITY CZAS

6:10 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

863 m n.p.m.

GRUPA

1 osoba

POZIOM TRUDNOŚCI

6 / 10

EKSPOZYCJA

6 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

9 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku – krok po kroku

Odkąd pamiętam, Chorwacja kojarzyła mi się przede wszystkim z pięknym morzem, słońcem i wakacjami. Po raz pierwszy trafiłem tam zaledwie kilka lat po zakończeniu wojen jugosłowiańskich, które w pierwszej połowie lat 90. przetoczyły się przez Chorwację oraz sąsiednią Bośnię i Hercegowinę.

Do dziś pamiętam kręte górskie drogi, którymi przemieszczał się nasz autokar, i mrożące krew w żyłach tablice „Watch out mines”, na które natknęliśmy się podczas jednego z postojów gdzieś na odludziu.

Od tamtej pory byłem w Chorwacji wielokrotnie. Tabliczki zniknęły, euro oficjalnie zastąpiło kuny, a mnie Chorwacja nadal kojarzyła się głównie z morzem i słońcem.

Tyle że coś się po drodze zmieniło.

Odkąd zakochałem się na zabój w górskich wycieczkach, zwyczajnie nie potrafię już przez tydzień bezczynnie leżeć na plaży, kiedy dookoła wyrastają szczyty, grzbiety i skalne ściany. A na chorwackim wybrzeżu góry potrafią wyrastać niemal wprost z Adriatyku.

Chorwacja przestała więc być dla mnie tylko słońcem i morzem.

Stała się słońcem, morzem i górami.

I choć nie są to góry, które regularnie trafiają na czołówki turystycznych polecajek, trudno przejść obok nich obojętnie.

Złe dobrego początki

Rodzinne wakacje zaplanowaliśmy w miejscowości Lokva Rogoznica, a dokładniej w jej nadmorskiej części – Ivašnjak. Oczywiście na długo przed wyjazdem zrobiłem dokładny rekonesans: gdzie są szczyty, którędy prowadzą szlaki i jakie możliwości górskich eskapad daje okolica.

Choć w przeszłości wielokrotnie odwiedzałem riwierę Omiša i Makarskiej, dopiero tym razem naprawdę spojrzałem na mapę w stronę lądu, a nie wyłącznie na plaże i morze.

I nagle okazało się, że jest w czym wybierać.

Tuż nad wybrzeżem ciągnie się Omiška Dinara z najwyższym szczytem Kula i długim grzbietem biegnącym kilkaset metrów nad Adriatykiem – od Omiša aż po… Dupci 🙂

Nieco dalej wyrasta potężne Biokovo ze szczytem Sv. Jure, wznoszącym się na 1762 m n.p.m., oraz popularnym szklanym Skywalkiem. Na sam szczyt można zresztą wjechać samochodem, pokonując przy okazji niezwykle wąską i momentami mocno emocjonującą górską drogę.

Na północ od Omiša rozciąga się pasmo Mosor z Velikim Kabalem. Do tego dochodzi kanion Cetiny z wodospadami Velika i Mala Gubavica, a niemal nad samym miastem poprowadzono via ferratę Fortica.

No nie ma szans się nudzić.

Tyle teorii.

Zaledwie kilka dni przed naszym przyjazdem okolice dotknęła jednak prawdziwa katastrofa.

Wieczorem 13 sierpnia 2026 roku w zalesionym terenie przy drodze w Lokva Rogoznica wybuchł pożar. Napędzany silną burą ogień w ciągu kilku godzin rozprzestrzenił się w kierunku Stanići, Nemiry i samego Omiša. Pożar objął pas terenu o długości około 23 kilometrów i strawił blisko 1000 hektarów lasów oraz śródziemnomorskiej roślinności.

Płonęły domy, samochody, zabudowania gospodarcze i obiekty turystyczne. Ogień dotarł również do Ivašnjaka – dokładnie tam, gdzie mieliśmy spędzić wakacje.

Ewakuowano około 2500 osób, kilkadziesiąt zostało rannych, a jedna osoba zginęła. W szczytowym momencie z żywiołem walczyło ponad 250 strażaków wspieranych przez samoloty gaśnicze Canadair i Air Tractor.

Główna fala ognia została wprawdzie opanowana, ale przez kolejne dni trwało dogaszanie pogorzeliska i pilnowanie terenu. Pożar oficjalnie uznano za ugaszony dopiero 27 sierpnia.

My mieliśmy wyjechać z Polski pięć dni wcześniej – 22 sierpnia.

Nagle wszystkie wcześniejsze rozważania o szczytach, szlakach i górskich planach zeszły na dalszy plan.

Było nieciekawie.

Mimo wszystko zdecydowaliśmy się jechać.

Nasz apartament w Ivašnjaku ucierpiał jedynie w niewielkim stopniu, choć pożar zatrzymał się zaledwie około 10 metrów od ścian budynku. Sam ten fakt wystarczał, żeby uświadomić sobie skalę tego, co wydarzyło się tutaj kilka dni wcześniej.

Na miejscu szybko okazało się też, że życie powoli wraca do normy. Turyści nadal przyjeżdżali, plaże funkcjonowały, restauracje były otwarte, a nad Adriatykiem wciąż świeciło bezlitosne sierpniowe słońce.

Tyle że wystarczyło odwrócić się plecami do morza, żeby zobaczyć zupełnie inny krajobraz.

Szlak do kaplicy Sv. Vid

Przez pierwsze dni ograniczałem się do plaży, odpoczynku i przyglądania się górom z dołu. Temperatury oscylujące wokół 30°C skutecznie studziły zapał do ambitniejszych wycieczek, a dodatkowo po pożarze pojawiały się komunikaty odradzające wyjścia w teren ze względu na możliwą niestabilność gruntu i utrudnienia na szlakach.

Z każdym dniem coraz uważniej obserwowałem jednak Omišką Dinarę.

Wschodnia część pasma wyglądała na znacznie mniej dotkniętą pożarem niż okolice położone bliżej Omiša. Szlaki z dołu wydawały się drożne, a góry – jak to góry – zaczęły coraz skuteczniej wołać.

W końcu przestałem udawać, że potrafię siedzieć spokojnie na plaży.

Ruszyłem wcześnie rano z Ivašnjaka w kierunku Autocampu Sirena, a następnie asfaltową drogą Ogranak Lokva zacząłem powoli nabierać wysokości w stronę wsi Lokva Rogoznica.

Plan na ten dzień był początkowo dość prosty: dotrzeć do kaplicy św. Wita, a później – jeśli warunki pozwolą – ruszyć nieoznakowaną ścieżką grzbietową w kierunku Kozjego Ratu. Wschodnia część Omiškiej Dinary ucierpiała w pożarze znacznie mniej niż tereny położone na zachód od kaplicy, więc właśnie tam zamierzałem szukać dalszej drogi.

Mimo wczesnej pory temperatura zapowiadała kolejny bardzo gorący dzień. Na szczęście słońce pozostawało jeszcze schowane za masywem Biokova, a jego pierwsze promienie tworzyły nad Adriatykiem spektakularne świetlne widowisko.

Wystarczyło jednak spojrzeć kilka metrów przed siebie, żeby przenieść się do zupełnie innego świata.

Ziemia była szara od popiołu. Część drzew stała spalona, inne zostały już wycięte. Zieleni prawie nie było, a w powietrzu nadal unosił się charakterystyczny zapach spalenizny.

Trudno było przejść obok tego obojętnie.

Z jednej strony miałem przed sobą Adriatyk skąpany w porannym świetle. Z drugiej – krajobraz zaledwie kilka dni po ogromnym pożarze.

Im wyżej podchodziłem, tym częściej zerkałem również na masyw Omiškiej Dinary, który wyrastał nad wybrzeżem potężną skalną ścianą.

I wtedy ją zobaczyłem.

Maleńką kaplicę św. Wita, ledwie widoczną na grzbiecie wysoko nad moją głową.

Przez dłuższą chwilę patrzyłem na nią i próbowałem zrozumieć, którędy właściwie można się tam dostać. Z tej perspektywy zbocze wyglądało niemal pionowo.

Nie bardzo wierzyłem, że za chwilę będę próbował tam wejść.

Ekscytacja mieszała się z lekkim niepokojem, ale wraz z nabieraniem wysokości coraz bardziej dominowała ta pierwsza. Zanim zdążyłem się nad tym dłużej zastanowić, dotarłem do kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w centrum Lokva Rogoznica.

Tuż obok kościoła pojawił się pierwszy znacznik szlaku na Sv. Vid. Ścieżka prowadziła skrótem w stronę wyżej położonej części Lokvy Rogoznicy, a następnie na Goricę – najwyższy fragment miejscowości.

Jeszcze kilka zakrętów asfaltową drogą między zabudowaniami i w końcu szlak odbił w prawo, przecisnął się pomiędzy domami i poprowadził niemal przez podwórko jednej z willi.

Grzecznie przywitałem się z mieszkanką siedzącą przed wejściem i po około 45 minutach od startu rozpocząłem właściwe podejście do kaplicy św. Wita.

Największym sprzymierzeńcem o tej porze dnia był cień.

Pod koniec sierpnia przed godziną 8 rano słońce nadal nie docierało na tę część zbocza, więc podczas najbardziej wymagającego odcinka nie dokładało kolejnej porcji ciepła. A było co robić – do pokonania miałem około 280 metrów przewyższenia na dystansie 1,6 kilometra.

Na szczęście szlak był dość łaskawy. Im wyżej, tym teren stopniowo łagodniał, ścieżka stawała się szersza i wygodniejsza, a widoki otwierały się coraz mocniej.

I to jakie widoki.

Z każdym kolejnym zakrętem coraz lepiej było widać wybrzeże, Kanał Brački, wyspę Brač i masyw Biokova. Dalej, przy dobrej widoczności, majaczył również półwysep Pelješac.

Wystarczyło zatrzymać się na chwilę, złapać oddech i rozejrzeć dookoła, żeby momentalnie odzyskać energię.

Taka to trasa.

Podejście zajęło mi około 35 minut.

Na grzbiecie czekała niewielka kaplica św. Wita, stojąca na wysokości 639 m n.p.m.

Jej historia sięga co najmniej XVII wieku. Świątynię w tym miejscu odnotował w 1687 roku arcybiskup Stjepan Cosmi, choć chorwaccy konserwatorzy przypuszczają, że pierwsza kaplica mogła powstać jeszcze w XV stuleciu.

Przez wieki była wystawiona na burze, pioruny i trzęsienia ziemi. W 1998 roku została gruntownie odbudowana, a część materiałów potrzebnych do prac transportowano na grzbiet wojskowym śmigłowcem.

To niewielkie miejsce, ale ma w sobie coś bardzo malowniczego.

Stoi samotnie wysoko nad Adriatykiem, na granicy górskiego grzbietu i przepaścistych zboczy schodzących ku wybrzeżu. W dodatku właśnie tutaj zachowało się trochę drzew, które po pożarze dawały coś wtedy wyjątkowo cennego – cień.

Zanim jednak usiadłem w cieniu, wbiegłem jeszcze na pobliski wierzchołek z niskim krzyżem, żeby lepiej rozejrzeć się po okolicy.

Musiałem zdecydować, co dalej.

Pierwotny plan zakładał marsz na wschód, nieoznakowaną ścieżką grzbietową w kierunku Kozjego Ratu. Tyle że słońce było już coraz wyżej, temperatura rosła, a przede mną nadal pozostawało kilka godzin chodzenia.

Rozsądek podpowiadał, żeby nie przesadzać.

Usiadłem więc przy kaplicy, wyciągnąłem śniadanie i przez chwilę zwyczajnie patrzyłem na góry.

Chwila odpoczynku przyniosła jednak dość niespodziewaną decyzję.

Omiška Dinara po pożarze

Na zachodzie, za wypalonym grzbietem, czekała Kula – najwyższy szczyt Omiškiej Dinary.

Patrzyłem na nią dłuższą chwilę i coraz mniej miałem ochotę iść w przeciwną stronę.

Ta góra po prostu mnie wołała.

Nie było wyjścia.

Zamiast ruszyć na wschód w stronę Kozjego Ratu, odwróciłem się więc na zachód i poszedłem na Kulę.

Początek grzbietowego szlaku był dość łagodny. Przez pierwsze dwa kilometry teren nie sprawiał większych trudności, a przebieg ścieżki był na tyle intuicyjny, że nawet wypalony krajobraz nie utrudniał orientacji.

Problem pojawił się gdzie indziej.

Słońce.

Wyszło już wysoko ponad Biokovo i zaczęło coraz mocniej przypiekać mi plecy. Cienia praktycznie nie było, niska roślinność została spalona niemal do gołej ziemi, a jasne skały szybko oddawały nagromadzone ciepło.

W tym miejscu naprawdę doceniłem jasne nakrycie głowy.

Wbrew wcześniejszym obawom sam szlak pozostawał jednak w zaskakująco dobrym stanie. Ogień wypalił roślinność i zmienił krajobraz niemal nie do poznania, ale ścieżka była czytelna i nie napotkałem problemów, których obawiałem się po wcześniejszych ostrzeżeniach.

Za rozejściem szlaków teren zaczął ponownie lekko się wznosić, a ścieżka odbiła w stronę lasu.

Z daleka wyglądał na niemal nietknięty. Zielone korony drzew wyraźnie odcinały się od wypalonego grzbietu i przez chwilę można było odnieść wrażenie, że ogień tutaj nie dotarł.

Dopiero po wejściu między drzewa okazało się, jak bardzo było to złudne.

Leśna ściółka zamieniła się w popiół, a wiele pni było spalonych albo mocno nadpalonych. Korony części drzew pozostały jednak zielone i nadal dawały cień.

Surrealistyczny widok.

Nie miałem pojęcia, czy ten las zdoła przetrwać po takim kataklizmie.

Kiedy drzewa ponownie się skończyły, przede mną otworzył się widok na strome, południowe zbocza Kuli. Szlak przeciął spalone łąki i przez wąskie skalne gardło przeprowadził mnie na drugą stronę grzbietu.

Tam krajobraz zaczął się zmieniać.

Pojawiło się więcej ocalałej roślinności, a ścieżka prowadziła lekko pod górę wśród zieleni, która dawała przynajmniej namiastkę tego, jak Omiška Dinara mogła wyglądać przed pożarem.

Najwyższy szczyt Omiškiej Dinary – Kula 863 m n.p.m.

Po niespełna dziewięciu kilometrach dotarłem do Luda kuća.

Nie jest to typowe schronisko górskie, choć w środku znajduje się kuchnia i kilkanaście miejsc noclegowych. Na co dzień obiekt pozostaje jednak zamknięty i jest otwierany po wcześniejszym uzgodnieniu, a podobno czasem również w weekendy.

Tego dnia drzwi były zamknięte.

Pozostała mi więc ławeczka przed wejściem, trochę cienia i chwila odpoczynku. Uzupełniłem elektrolity, dorzuciłem węglowodany i przygotowałem się do ostatniej części podejścia.

Kula była już naprawdę blisko.

Szlak na Kulę zaczyna się tuż za Luda kuća.

Po kilkudziesięciu metrach spokojnego podejścia wyrasta przede mną skalna ściana zabezpieczona linami. Odcinek jest krótki i nie sprawia większych trudności technicznych, ale wymaga trochę uwagi.

Jeśli ktoś chce korzystać z lin jako asekuracji, warto najpierw dokładnie sprawdzić ich stan. Podczas mojego wejścia miejscami były już mocno poprzecierane i zdecydowanie nie chciałem bezrefleksyjnie zawieszać na nich całego ciężaru ciała.

Po pokonaniu skał charakter trasy wyraźnie się zmienia.

Przede mną pojawia się około dwukilometrowy, łagodniejszy odcinek prowadzący przez las. Po wcześniejszym marszu przez spalony i nagrzany grzbiet jest to niemal luksus – drzewa dają cień, a żar lejący się z nieba staje się przynajmniej trochę bardziej znośny.

Dopiero pod samym szczytem las się kończy.

Ostatnie metry prowadzą po skalnym rumowisku rozsypanym na kopule szczytowej. Technicznie nie ma tu nic szczególnie trudnego, ale przy luźniejszych kamieniach pewny krok i buty z porządną podeszwą zdecydowanie się przydają.

I w końcu jestem na Kuli – 863 m n.p.m., najwyższym szczycie Omiškiej Dinary.

Widok nie różni się aż tak bardzo od tego, co towarzyszyło mi przez sporą część podejścia, ale w tym momencie nie ma to większego znaczenia.

Jest szczyt.

Jest metalowa skrzynka z zeszytem wpisów.

I jest ta drobna satysfakcja, kiedy po otwarciu dziennika okazuje się, że jestem pierwszą osobą, która weszła na Kulę tego dnia.

Zresztą wpisów z ostatnich dni było niewiele.

Pożar skutecznie zniechęcił większość ludzi do chodzenia po tej części pasma.

Droga przez mękę

Droga powrotna okazała się znacznie trudniejsza, niż zakładałem.

Teoretycznie wszystko powinno być łatwiejsze. Szczyt zdobyty, większość trasy prowadziła już w dół, a do cywilizacji było coraz bliżej.

Tyle że teraz szedłem niemal cały czas pod pełne słońce.

Temperatura rosła z każdą godziną, cienia praktycznie nie było, a rozgrzane skały i wypalona ziemia dodatkowo oddawały zgromadzone ciepło. To, co rano było przyjemnym marszem grzbietem, w drodze powrotnej zaczęło zamieniać się w mozolne przemieszczanie przez nagrzane pogorzelisko.

Coraz częściej zerkałem też na bukłak.

Miałem dwa litry płynów na całą trasę i zaczynało do mnie docierać, że może być za mało.

Od tego momentu przestałem pić wtedy, kiedy miałem ochotę. Zacząłem pić wtedy, kiedy uznawałem, że mogę sobie na to pozwolić.

Racjonowanie wody przy ponad trzydziestostopniowym upale, pełnym słońcu i praktycznie pustym szlaku nie jest szczególnie komfortowym doświadczeniem. Wiedziałem, że jeśli źle ocenię zapas, mogę zostać bez płynów na długo przed zejściem do zabudowań.

A było jeszcze przed południem.

Najgorętsza część dnia dopiero nadchodziła.

Marsz przez wypalone łąki, nagrzane skały i kompletnie pozbawiony cienia grzbiet stawał się coraz bardziej nużący. Tempo spadało. Każdy fragment osłonięty przez pojedyncze drzewo nagle zyskiwał rangę luksusu.

Robiło się nieciekawie.

Kiedy ponownie dotarłem do kaplicy św. Wita, poczułem wyraźną ulgę.

Do pierwszych zabudowań pozostawało już tylko około 300 metrów zejścia. Sama świadomość, że w razie problemów z przegrzaniem czy odwodnieniem jestem coraz bliżej ludzi i drogi, zdejmowała sporą część napięcia.

Ruszyłem więc w dół znacznie szybciej i po chwili dotarłem do Lokvy Rogoznicy.

Wydawało mi się, że najgorsze mam już za sobą.

Nie miałem.

Ostatni odcinek – około 5,5 kilometra asfaltu z Lokvy Rogoznicy do Ivašnjaka – teoretycznie był najłatwiejszą częścią całej trasy.

W praktyce okazał się najgorszą.

Ani kawałka cienia. Ani odrobiny zieleni. Wzdłuż drogi ciągnęła się spalona ziemia, a słońce stało już wysoko nad wybrzeżem.

Szedłem rozgrzanym asfaltem i coraz dokładniej kontrolowałem każdy łyk.

Ostatnią porcję wody wypiłem na ostatniej prostej przed apartamentem.

Gdybym wcześniej nie zaczął racjonować płynów, zostałbym bez nich dużo wcześniej.

Po wejściu do środka byłem kompletnie wykończony. Potrzebowałem około pół godziny, żeby dojść do siebie i wrócić do normalnego funkcjonowania.

Wykończył mnie nie szlak.

Wykończył mnie upał.

I to mimo że zrobiłem sporo, żeby ograniczyć jego skutki.

Według typowych kryteriów trudność tej trasy oceniłem ją na 6/10 (dużą rolę odgrywa tu upał).

Tuż po jej ukończeniu?

11/10.

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 6/10

10/10
  • Rated 10 out of 10
    10
  • Rated 10 out of 10
    10

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *