Seven Lakes - Marghuzor
Tajikistan FlagTadżykistan

Seven Lakes Tajikistan (Haft Kul) – siedem jezior w Górach Fan 🚗

DYSTANS

5.6 km + 100km 🚗

SUMA PODEJŚĆ

130 m

PUNKTY GOT

CAŁKOWITY CZAS

12:00 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

2400 m n.p.m.

GRUPA

4 osoby

POZIOM TRUDNOŚCI

1 / 10

EKSPOZYCJA

4 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

10 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku Seven Lakes – krok po kroku

We wrześniu 2026 roku wyruszyłem na trzytygodniową wyprawę do Azji Środkowej. Całe przedsięwzięcie zorganizował mój Papa, zapraszając do udziału mnie, mojego młodszego brata (Kosmos) oraz serdecznego przyjaciela naszej rodziny (Vooyoo).

Po dwóch tygodniach w Uzbekistanie, pokonaniu ponad 1000 kilometrów wypożyczonym samochodem, 1300 kilometrów uzbecką koleją i kolejnych 450 kilometrów taksówką (z Buchary do Chivy), dotarliśmy do Samarkandy, gdzie spędziliśmy dwa dni.

Od początku wyprawy forsowałem pomysł dotarcia do Seven Lakes, które uważałem za jeden z obowiązkowych punktów naszej podróży. Nie bez powodu. Samarkanda leży zaledwie około 50 kilometrów od granicy z Tadżykistanem, a dalej pozostaje jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do Doliny Shing, w której ukrytych jest siedem malowniczych górskich jezior, znanych jako Haft Kul.

Wiele lokalnych biur podróży organizuje jednodniowe wypady z Samarkandy do Seven Lakes. My jednak nie chcieliśmy ograniczać się do typowej samochodowej przejażdżki od jeziora do jeziora. Zależało nam na tym, żeby spędzić w tadżyckich górach trzy dni i dwie noce, i mieć czas na spokojną eksplorację okolicy. Po kilku nieudanych próbach, niemal w ostatniej chwili, udało nam się znaleźć biuro podróży, które zorganizowało dla nas transport i dwa noclegi.

Po czternastu dniach gorącego powietrza, błękitnych kopuł, kolumnowych dziedzińców madras oraz wszechobecnych białych Chevroletów przyszedł czas na zupełnie inną przygodę. Czekały na nas surowe krajobrazy Gór Fan, wyboiste drogi, niewielkie osady i jeziora położone na wysokości 2400 m n.p.m.

Góry! Przybywam!

UZBHARD Expedition 2026

Dla mnie był to chyba najbardziej „ekspedycyjny” czas całej wyprawy. Wyprawy, którą ochrzciłem mianem UZBHARD. To przewrotna gra słów nawiązująca do nazwy Ubisoft – tyle że w moim przypadku zamiast soft miało być zdecydowanie hard.

Przejście graniczne Uzbekistan-Tadżykistan

W przypadku większości zorganizowanych wycieczek nad Seven Lakes schemat wygląda podobnie. Uzbecki kierowca odbiera Was wczesnym rankiem z wybranego miejsca w Samarkandzie i zawozi na granicę, którą następnie musicie przekroczyć pieszo, w towarzystwie dziesiątek, a czasem nawet setek innych podróżnych – głównie turystów.

W dobie Europy bez granic przedostanie się na drugą stronę jest swoistym powrotem do przeszłości. Kolejki, paszporty, ospali strażnicy, pieczątki, bramy, drzwi, ogrodzenia, sznury ciężarówek… Przypomniały mi się stare czasy i granica polsko-enerdowska, którą przekraczaliśmy wyładowanym po sufit „maluchem”, czyli Fiatem 126p.

Wyjechaliśmy o 7:30 z centrum Samarkandy i godzinę później dotarliśmy na granicę. Na jej przekroczenie potrzebowaliśmy kolejnej godziny. Myślę, że to i tak całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę, że byliśmy jednymi z pierwszych w kolejce oczekującej przed zamkniętymi jeszcze drzwiami straży granicznej.

Po tadżyckiej stronie czekał już na nas kierowca – Namoz, który zabrał nas na śniadanie do pierwszego większego miasta po drodze – Pandżakentu – jeszcze przed wjazdem do Seven Lakes.

Wjazd do Shing Valley

Aby nie tracić czasu, nie zatrzymywaliśmy się na targu w Pandżakencie, który często stanowi jedną z atrakcji wycieczek do Seven Lakes. Zrobiliśmy jedynie szybkie zakupy (przekąski i słodycze) w pobliskim sklepie i wypłaciliśmy z bankomatu lokalną walutę – somoni, o równowartości około 300 złotych.

Niespełna 10 kilometrów za Pandżakentem, w miejscowości Sujina, położonej na wysokości około 1000 m n.p.m., odbijamy w prawo i droga powoli zaczyna piąć się w górę Doliny Shing (Seven Lakes). Po drodze mijamy punkt kontrolny, w którym nasz kierowca musi okazać nasze paszporty. Według naszego kierowcy kontrola ma związek z działającą nieopodal chińską kopalnią złota. Za punktem kontrolnym cywilizacja stopniowo pozostaje w tyle, a po obu stronach drogi zaczynają piętrzyć się coraz bardziej surowe, skaliste zbocza. Czuję znajomy dreszczyk emocji, który zawsze towarzyszy mi, kiedy na horyzoncie pojawiają się górskie pejzaże.

Po pewnym czasie asfalt się kończy, a nasz kierowca zaprasza nas na kilkudziesięciokilometrowy tadżyski masaż. Szeroka, piaszczysta droga stopniowo robi się coraz węższa, a rzadka, bardzo skromna zabudowa momentami przywodzi mi na myśl garaże i osiedlowe śmietniki z lat 80., a nie domy mieszkalne. Na drodze praktycznie nie mijamy już innych samochodów. Zamiast nich pojawiają się mieszkańcy w kolorowych strojach, czasem żywo zainteresowane naszym widokiem dzieciaki, osiołek albo zdezelowany motorek. Z każdym kilometrem zaczynamy wszyscy odczuwać to samo: jest nieźle! A przecież tak naprawdę jeszcze niewiele widzieliśmy…

Pierwsze Jezioro – Mijgon

W końcu docieramy na wysokość 1640 m n.p.m. i naszym oczom ukazuje się pierwsze z siedmiu jezior – Mijgon. Wyskakujemy z samochodu i natychmiast wpadamy w fotograficzny amok, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że to zaledwie przedsmak tego, co czeka nas dalej w Seven Lakes.

Mijgon, występujące również pod nazwami Mizhgon lub Nezhigon, jest stosunkowo niewielkim jeziorem. Zajmuje powierzchnię zaledwie 5 hektarów, ale jego maksymalna głębokość sięga aż 20 metrów. Wciśnięte pomiędzy strome, skaliste zbocza, wyróżnia się przede wszystkim niezwykłą kolorystyką wody. W zależności od pory dnia, pogody i kąta padania promieni słonecznych potrafi przybierać odcienie intensywnego turkusu, błękitu, a nawet fioletu. Na to niezwykłe zjawisko wpływa również skład mineralny wody, zawierającej między innymi związki sodu i wapnia.

Co ciekawe, nazwa Mijgon oznacza w języku tadżyckim „rzęsy”, choć pochodzenie tego określenia nie jest do końca jasne. Jezioro powstało w wyniku naturalnego przegrodzenia doliny przez osuwające się masy skalne. Podobny mechanizm odpowiada za powstanie większości jezior w dolinie Haft Kul.

Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć Papy z osiołkiem i lecimy dalej.

Drugie Jezioro – Soya

Za Pierwszym Jeziorem wyboista droga pokazuje pazur i pięcioma ciasnymi zakrętami o 180° wyprowadza nas na kolejną skalną półkę Seven Lakes. Podczas podjazdu warto spojrzeć jeszcze raz w dół na Mijgon, które z tej perspektywy prezentuje się wyjątkowo malowniczo.

Na wysokości 1701 m n.p.m. leży Drugie Jezioro – Soya. Jego nazwa w języku tadżyckim oznacza „cień” i wcale nie jest przypadkowa. Jezioro ukryte jest w wąskim wąwozie, pomiędzy wysokimi, skalistymi zboczami, które przez znaczną część dnia skutecznie ograniczają dostęp promieni słonecznych. W rezultacie tafla wody często pozostaje zacieniona, przybierając głębokie odcienie granatu, błękitu, a nawet indygo. Nam jednak udaje się trafić akurat na moment, kiedy promienie słońca docierają do powierzchni jeziora, rozświetlając ją intensywnym turkusem.

Soya zajmuje powierzchnię około 10 hektarów, jest więc dwukrotnie większa od Mijgon. Choć oba jeziora dzieli niewielka odległość, różnica w ich położeniu i nasłonecznieniu sprawia, że potrafią wyglądać zupełnie inaczej nawet tego samego dnia.

Na niewielkich punktach postojowych tasujemy się z innymi grupkami turystów, których tadżyccy kierowcy przewożą od jeziora do jeziora. Większość wyskakuje z samochodów, robi kilka zdjęć i rusza dalej. My zresztą postępujemy podobnie, bo przed nami jeszcze pięć jezior.

Trzecie Jezioro – Khushyor

Zaledwie 400 metrów od jeziora Soya docieramy do trzeciego z Siedmiu Jezior – Khushyor. Zatrzymujemy się na kolejny krótki postój na jego końcu, skąd najlepiej widać je w całości. Jezioro zajmuje powierzchnię około 23 hektarów, jest więc ponad dwukrotnie większe od poprzedniego. Oba zbiorniki łączy rwący górski potok, przeciskający się pomiędzy skalistymi zboczami Seven Lakes. Wysiadamy z samochodu, rozglądamy się po okolicy i oczywiście robimy kolejną serię zdjęć.

Nazwa Khushyor, spotykana również w formach Gushor, Khusher lub Ishore, oznacza mniej więcej „czujny” albo „ostrożny”. Według miejscowych opowieści ma to związek z jadowitymi wężami, które niegdyś występowały w tej okolicy. Znacznie większym zagrożeniem niż węże okazały się jednak siły natury. W czasach Związku Radzieckiego nad brzegiem Khushyor funkcjonował ośrodek turystyczny Marguzor Lakes, który został zniszczony przez potężny spływ błotno-gruzowy schodzący z gór. Podobno do dzisiaj zachowały się po nim jedynie pozostałości fundamentów.

Trudno wyobrazić sobie skalę takiego żywiołu, kiedy stoi się nad spokojnym górskim jeziorem, otoczonym monumentalnymi skalnymi zboczami. Ale to właśnie one przypominają, że piękno tych gór ma również swoją niebezpieczną stronę.

Czwarte Jezioro – Nofin

Pokonujemy naszą RAV-4 kolejny, około 50-metrowy próg skalny i docieramy do Czwartego Jeziora. Zatrzymujemy się na jego północnym brzegu, skąd roztacza się naprawdę spektakularny widok. Nofin, położone na wysokości 1820 m n.p.m., wyróżnia się przede wszystkim nietypowym kształtem. Ma ponad 2,5 kilometra długości, ale średnio zaledwie 200 metrów szerokości, przez co przypomina wąską, błękitną wstęgę wijącą się pomiędzy górami, których kolejne grzbiety tworzą malownicze, nakładające się na siebie plany.

Co ciekawe, nazwa Nofin oznacza w języku tadżyckim „pępowinę”, co tłumaczy się zarówno wydłużonym kształtem jeziora, jak i jego centralnym położeniem wśród siedmiu zbiorników. Mimo niewielkiej szerokości Nofin zajmuje powierzchnię aż 48 hektarów. Jego wody potrafią przybierać odcienie turkusu i szmaragdu, a według niektórych relacji, w określonych warunkach oświetleniowych, nawet czerwonawej barwy.

Słońce coraz częściej chowa się za chmurami, ale tam, gdzie jego promienie docierają do powierzchni jeziora, woda nadal mieni się intensywnym turkusem. W połączeniu z surowością masywnych, skalistych zboczy, ciasno opadających ku brzegom, tworzy to niemal surrealistyczny krajobraz. Trudno oderwać wzrok, szczególnie że z każdym kolejnym jeziorem Dolina Seven Lakes odsłania przed nami zupełnie inne oblicze.

Wzdłuż wschodniego brzegu prowadzi wąska, szutrowa droga, którą latem, przy wysokim poziomie wody, zdarza się częściowo zalewać. W takich warunkach przejazd może być utrudniony, a niektóre odcinki stają się nieprzejezdne dla zwykłych samochodów. W okolicy znajdują się również niewielkie osady, w których życie toczy się z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Działają tu nawet skromne pensjonaty prowadzone przez miejscowe rodziny, pozwalające zatrzymać się na noc i przekonać, jak wygląda codzienność mieszkańców tej odizolowanej górskiej doliny.

I właśnie do jednego z takich pensjonatów zmierzamy – Jumaboy’s Guesthouse, położonego, jeśli spojrzeć na mapę, właściwie w „środku niczego”.

Przerwa na zakwaterowanie

Odbijamy na chwilę z głównej trasy i pniemy się w górę, mijając luźno rozrzuconą zabudowę wioski Nofin. Dotychczas wydawało mi się, że życie na uzbeckiej prowincji wygląda skromnie. Wydawało mi się, bo dopiero po dotarciu w tadżyckie góry zrozumiałem, że skromnie to dopiero będzie.

Jumaboy’s Guesthouse, występujący na mapach również pod nazwą Homestay Najmiddin, to rodzinny pensjonat położony na wysokości około 1820 m n.p.m., na zboczu jednego z pobliskich bezimiennych trzytysięczników. Murowany, trzypiętrowy budynek wyraźnie wyróżnia się wielkością na tle skromnej zabudowy, którą mijaliśmy po drodze. Oferuje kilka, a może nawet kilkanaście pokoi w bardzo prostym standardzie.

Dostajemy pokój na piętrze. Jest czysty i schludny, choć wyposażenie ogranicza się do absolutnego minimum. Wspólna łazienka, delikatnie mówiąc, nie zachęca do dłuższego korzystania. Na miejscu okazuje się również, że w całym pensjonacie nie ma prądu. Zakładamy, że to tylko chwilowa awaria.

Co prawda przez dwie noce zapewne poradzilibyśmy sobie bez elektryczności, bo każdy z nas miał zapas energii w powerbankach, ale brak prądu oznaczał również brak możliwości skorzystania z Internetu. A co ciekawe, pensjonat miał na wyposażeniu… Starlinka! Tak, w tej odizolowanej górskiej wiosce, gdzie warunki życia wydawały nam się cofnięte o całe dekady, znajdował się zestaw do satelitarnego Internetu. Tyle że chwilowo bezużyteczny.

Odpoczywając przez chwilę na wąskim łóżku w chłodnawym pokoju, próbowałem poukładać sobie w głowie wszystkie dotychczasowe obrazy, błyskawicznie zmieniające się krajobrazy i sytuację, w której się znaleźliśmy. Chyba po raz pierwszy podczas naszej UZBHARD Expedition poczułem wtedy porządny dreszczyk emocji. Nareszcie HARD nabrało znaczenia!

Uzbeckie upały, klimatyzowane pokoje, Yandexy i cała masa innych udogodnień zostały zastąpione przez rześkie górskie powietrze, pokój bez prądu, terenową Toyotę 4×4 i niemal całkowity brak wygód, do których przywykliśmy na co dzień. A wszystko to w otoczeniu surowych górskich szczytów, setki kilometrów od znanej nam rzeczywistości.

W końcu przydadzą się górskie buty, bluzy, spodnie i termos. Yeah!

Piąte Jezioro – Khurdak

Po zakwaterowaniu w Jumaboy’s Guesthouse uznaliśmy, że nie ma sensu dzielić zwiedzania Seven Lakes na dwa dni (pierwotnie chcieliśmy dotrzeć do ostatniego jeziora dopiero następnego dnia) i ruszyliśmy z naszym kierowcą Namozem w dalszą podróż w górę Doliny Shing.

Niespełna 2 kilometry za jeziorem Nofin przejeżdżamy przez niewielką górską osadę Padrud. Mam wrażenie, że dotarliśmy na koniec świata. Zabudowa jest tak skromna i surowa, że momentami trudno odróżnić domy mieszkalne od pomieszczeń gospodarczych czy zagród dla zwierząt. Napotykamy mieszkańców niewysokiego wzrostu, często przygarbionych, niekiedy dźwigających na plecach naręcza chrustu. Ich ubrania przypominają kolorowy patchwork, jakby poszczególne elementy pochodziły z różnych kompletów, a twarze niejednokrotnie sprawiają wrażenie znacznie starszych, niż wskazywałby na to ich rzeczywisty wiek. Trudno nie pomyśleć o wpływie ostrego górskiego klimatu, ciężkiej pracy fizycznej i warunków codziennego życia.

Nie dostrzegamy żadnych samochodów. Jakość „drogi” przebiegającej przez wieś sprawia, że w europejskich realiach trudno byłoby ją w ogóle nazwać drogą. Na tle tej zabudowy wyróżnia się właściwie tylko murowany, otynkowany budynek miejscowej szkoły.

Patrzę na to wszystko z mieszaniną zdumienia i podziwu. Jeszcze kilka dni wcześniej wydawało mi się, że widziałem już naprawdę skromne warunki życia na uzbeckiej prowincji. Tutaj jednak skala różnic między naszym światem a codziennością mieszkańców górskich osad jest znacznie większa. I trudno oprzeć się refleksji, jak łatwo przyzwyczajamy się do europejskiego komfortu, traktując bieżącą wodę, ogrzewanie, asfaltową drogę czy dostęp do elektryczności jako coś zupełnie oczywistego. Tymczasem dla wielu ludzi, żyjących w takich miejscach, rzeczy, na które na co dzień nawet nie zwracamy uwagi, mogą pozostawać trudno dostępnym luksusem.

Pokonując kilka ciasnych zakrętów pomiędzy zabudowaniami, docieramy nad brzeg Piątego Jeziora – Khurdak, położonego na wysokości około 1870 m n.p.m. Jest ono zdecydowanie najmniejszym z całej siódemki. Jego powierzchnia wynosi zaledwie 2,5 hektara, czyli mniej więcej tyle, ile zajmują trzy pełnowymiarowe boiska piłkarskie. Nic więc dziwnego, że jego nazwa w języku tadżyckim oznacza po prostu „maleństwo”.

Przy niewielkim miejscu postojowym kręcą się miejscowe dzieciaki, które próbują sprzedawać kolorowe bransoletki każdemu napotkanemu turyście. Widać, że niezależnie od skuteczności ich działań marketingowych nasza obecność wzbudza w nich spore zainteresowanie i dostarcza niemałej frajdy.

Działa to jednak w obie strony. Spotkanie z dzieciakami dorastającymi w tak odmiennych od naszych warunkach jest również dla nas niezwykłym podróżniczym doświadczeniem. Szkoda tylko, że specjalnie kupione na tę okazję w Pandżakencie słodycze zostały w pensjonacie. Moglibyśmy przynajmniej odwdzięczyć się im drobnym upominkiem za uśmiechy i to sympatyczne spotkanie.

Szóste Jezioro – Marguzor

Ponownie wsiadamy do Toyoty Namoza i pniemy się coraz wyżej, przekraczając wysokość 2000 m n.p.m. Po kilku minutach docieramy na północny kraniec jeziora Marguzor i zatrzymujemy się na wysoko położonym punkcie widokowym. Widok zapiera dech w piersiach! To zdecydowanie najpiękniejsza panorama, jaka przydarzyła nam się dotychczas w Seven Lakes.

Jezioro mieni się rozmaitymi odcieniami błękitu, a smagana wiatrem tafla wody tworzy delikatnie pomarszczoną powierzchnię, gdzieniegdzie pobłyskującą promieniami słońca wychylającego się zza biało-szarych obłoków. Dookoła strome, skaliste zbocza o najróżniejszych barwach, strukturach i formach. W tle szczyty czterotysięczników delikatnie przyprószone śniegową siwizną. Surowe piękno w najczystszej postaci.

Marguzor jest największym spośród Seven Lakes. Leży na wysokości około 2140 m n.p.m., ma 2,65 km długości, zajmuje powierzchnię 116 ha, a jego maksymalna głębokość sięga niemal 47 metrów. To już całkiem pokaźny zbiornik, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę jego położenie w otoczeniu stromych górskich zboczy.

Interesujący jest również system wodny Marguzoru. Jezioro zasilają cztery niewielkie górskie rzeki oraz wody spływające z położonego wyżej Hazorchashma. Jego zlewnia obejmuje aż 178 km², czyli obszar ponad 150 razy większy od powierzchni samego jeziora! Oznacza to, że do Marguzoru trafiają wody zbierane z rozległego obszaru okolicznych gór, między innymi podczas topnienia śniegu i po intensywnych opadach. Dalej woda odpływa na północ, w kierunku piątego jeziora – Khurdak.

Ten górski system wodny nie pozostaje bez wpływu na możliwość podróżowania wzdłuż Marguzoru. Droga prowadząca jego wschodnim brzegiem miejscami przebiega niemal na wysokości lustra wody. W okresach wysokich stanów, szczególnie latem, niektóre fragmenty bywają zalewane, a przejazd zwykłym samochodem może stać się niemożliwy. Poziom jeziora zmienia się wraz z ilością wody dopływającej z gór, zależną między innymi od tempa topnienia śniegu oraz opadów. Na przeciwległym brzegu dostrzegamy wyraźne ślady powyżej aktualnej linii wody, które mogą świadczyć o jej wcześniejszych, wyższych stanach. Trudno jednak ocenić, kiedy dokładnie woda sięgała tak wysoko i jak długo utrzymywała się na tym poziomie.

Jest wrzesień, a my bez przeszkód jedziemy wzdłuż wschodniego brzegu wąską drogą, miejscami dosłownie wciśniętą pomiędzy ściany a stromy spadek. Zwisające nad głowami skały, ostre zakręty i świadomość, że gdzieniegdzie od kilkudziesięciometrowego urwiska dzieli nas doświadczenie i umiejętności kierowcy, dostarczają kolejnej porcji emocji. I choć Namoz prowadzi naszą Toyotę z godną podziwu pewnością, trudno nie odczuwać dreszczyku emocji.

Patrząc na tę drogę i otaczające ją góry, po raz kolejny zastanawiam się, jak wygląda codzienne życie mieszkańców tutejszych osad. Dla nas przejazd jest ekscytującą przygodą, którą będziemy wspominać latami. Dla nich to jedyna droga prowadząca do domów, którą trzeba pokonywać niezależnie od pogody, pory roku czy stanu nawierzchni. Wystarczy wyższy poziom wody, intensywny deszcz albo osuwający się na drogę materiał skalny, żeby zwykły przejazd stał się poważnym problemem. To kolejny moment, w którym uświadamiam sobie, jak bardzo różnią się nasze codzienne realia.

Przejazd wzdłuż brzegu Szóstego Jeziora i widoki z samochodu są spektakularne. Zdjęcia nie są w stanie oddać piękna i emocji związanych z tamtymi chwilami.

Siódme Jezioro – Hazorchashma

Przed nami ostatni etap podróży w górę Doliny Shing. Od Marguzoru dzielą nas już tylko około 3 kilometry, ale prowadząca do Siódmego Jeziora droga jest jednym z najtrudniejszych odcinków całej trasy. Część kierowców zatrzymuje się w okolicy wodospadów w wiosce Marguzor, pozostawiając turystom do pokonania pieszo ostatni fragment. Nasz Namoz nie zamierza jednak odpuszczać. Pewnie pokonuje kolejne nierówności i strome podjazdy, wywożąc nas na niewielki parking położony na wysokości około 2340 m n.p.m.

Stąd pozostaje nam już tylko niespełna kilometr spaceru przez górskie pastwiska, u stóp pobliskich trzy- i czterotysięczników. Robi się wyraźnie chłodniej. Jesteśmy w końcu na wysokości niemal 2400 m n.p.m.!

Docieramy na północny brzeg Siódmego Jeziora – Hazorchashma, najwyżej położonego i drugiego pod względem powierzchni zbiornika całego kompleksu Seven Lakes. Jego powierzchnia wynosi około 92 hektarów, a długość dochodzi do 2 kilometrów. Nazwa Hazorchashma oznacza w języku tadżyckim „tysiąc źródeł” i doskonale oddaje charakter tego miejsca. Jezioro zasilają liczne źródła, górskie strumienie oraz dwie rzeki – Gissar i Darakhti Surkh, spływające z wyższych partii Gór Fan. Co ciekawe, w przeciwieństwie do sześciu poprzednich zbiorników Hazorchashma nie jest zaliczane do jezior powstałych wskutek przegrodzenia doliny przez osuwiska skalne. To właśnie stąd wody rozpoczynają swoją podróż w dół Doliny Shing, zasilając kolejne jeziora.

Kolor wody Hazorchashma nie urzeka nas tak bardzo jak w przypadku poprzednich jezior, ale pogoda też nie pomaga. Słońce coraz częściej chowa się za chmurami, a otaczające nas góry wyglądają bardziej surowo niż malowniczo. Nad brzegiem odpoczywają niewielkie grupki turystów, niektórzy urządzili sobie nawet lunch na trawie. To właściwie koniec typowej samochodowej wycieczki przez Seven Lakes. Dalej pozostają już piesze szlaki prowadzące w głąb wysokogórskiego krajobrazu Gór Fan.

Spontanicznie decydujemy się z Kosmosem na spacer ścieżką prowadzącą wzdłuż zachodniego brzegu jeziora. Całą drogę towarzyszy nam osobliwa tadżyccka para – niewielki chłopiec o zaskakująco poważnej, niemal dorosłej twarzy, jadący na osiołku, oraz krocząca za nim drobna kobieta w chuście, której wieku zupełnie nie potrafię odgadnąć. Równie dobrze mogłaby mieć dwadzieścia, jak i sześćdziesiąt lat.

Te dodatkowe 2 kilometry marszu w jedną stronę okazują się świetną decyzją. Z każdym krokiem zostawiamy za sobą ruch skupiony przy północnym brzegu. Wkrótce zostajemy sami z naszą parą na osiołku, otoczeni ciszą, jeziorem i ogromnymi masywami górskimi. W takich chwilach szczególnie doceniam, że nie zdecydowaliśmy się na jednodniową wycieczkę z Samarkandy.

Po dotarciu na południowy kraniec Hazorchashma obserwujemy, jak towarzysząca nam para przekracza potok zasilający jezioro. Kobieta dosiada osiołka i oboje ruszają dalej na wschód, znikając po chwili na przeciwległym brzegu. Nie mamy pojęcia, dokąd zmierzają. Przed nimi rozciągają się przecież kolejne kilometry niemal bezludnych, wysokogórskich terenów. Dla nas to koniec spaceru i miejsce, do którego dotarliśmy z ciekawości. Dla nich być może zupełnie zwyczajna droga, którą przemierzają regularnie.

Nie mamy możliwości obejścia jeziora dookoła, ponieważ jego wschodni brzeg jest zbyt stromy i skalisty, aby bezpiecznie kontynuować tędy spacer. Wracamy więc tą samą ścieżką na północny kraniec Hazorchashma, gdzie pozostał już tylko nasz Papa. Razem ruszamy w kierunku parkingu.

Tuż przed dotarciem do samochodu dostrzegam wysoko ponad nami sylwetki dwóch chłopców w jasnych koszulach, ciemnych spodniach i z plecakami na plecach. Beztrosko maszerują stromą, kamienistą drogą, od czasu do czasu kopiąc przed sobą kamienie. Wyglądają jak uczniowie wracający ze szkoły. I właśnie wtedy nachodzi mnie pewna refleksja.

Droga, którą szli chłopcy, prowadzi w kierunku górskiej osady Chorroha, położonej na wysokości około 2850 m n.p.m. Jeśli rzeczywiście wracali ze szkoły w Marguzor, znajdującej się na wysokości około 2200 m n.p.m., mieliby do pokonania mniej więcej 5,5 kilometra i aż 650 metrów przewyższenia. W jedną stronę! Rano zejście do szkoły, po lekcjach mozolny powrót pod górę.

Oczywiście nie wiem, czy rzeczywiście mieszkali w Chorroha i czy każdego dnia pokonują tę trasę pieszo. Być może czasem ktoś ich podwozi. Tyle że samochodów w całej okolicy jest jak na lekarstwo, a stan drogi i warunki pogodowe z pewnością nie zawsze pozwalają na przejazd. Jeśli więc moje przypuszczenia są słuszne, ci chłopcy mogą regularnie pokonywać trasę, którą niejeden europejski turysta potraktowałby jako całkiem solidny górski trekking.

To trochę tak, jakby codziennie chodzić do szkoły przez Wiktorówki na Gęsią Szyję, tylko położoną ponad 1000 metrów wyżej…

Patrząc na oddalające się sylwetki chłopców, po raz kolejny uświadamiam sobie, jak bardzo różne mogą być codzienne realia życia ludzi na tej samej planecie.

Powrót do Jumaboy’s Guesthouse

Nasz kierowca Namoz cierpliwie czekał na parkingu, z którego powoli odjeżdżały ostatnie samochody z turystami. Następnie odwiózł nas z powrotem do Nofin, do naszego pensjonatu Jumaboy’s Guesthouse, gdzie dotarliśmy jeszcze przed godziną 17:00.

W pensjonacie nadal nie było prądu, robiło się coraz ciemniej, temperatura w pokoju nie przekraczała 16°C, a z kranu w umywalce płynęła wyłącznie lodowata woda. 🙂 Nie miało to jednak większego znaczenia, bo wszystko idealnie wpisywało się w surowy klimat tego miejsca i Seven Lakes.

Do tego kuchnia na zewnątrz, opalana drewnem, warzywa i owoce zbierane prosto z przydomowego ogrodu, a następnie przygotowywane pod prowizorycznym zadaszeniem z kolorowej ceraty. Paskudne lokalne piwo wypite z bratem na zboczu pobliskiego bezimiennego trzytysięcznika, w czerwonej poświacie zachodzącego słońca. A na deser jeszcze uratowanie krowy, która zaplątała się we własny postronek.

Czegoż więcej było nam trzeba?

Właściwie tylko jednego – dobrej prognozy pogody na następny dzień. Mieliśmy bowiem ambitny plan zdobycia pieszo Przełęczy Tovasang (3305 m n.p.m.). Uprzedziliśmy o naszych zamiarach Namoza, który niestety nie podzielał naszego optymizmu. Według prognozy, którą dysponował, następnego dnia miało padać, a deszcz mógł skutecznie pokrzyżować nam plany.

Czy udało nam się dotrzeć na przełęcz, czy też kapryśna górska pogoda zmusiła nas do odwrotu?

O tym opowiem w kolejnym wpisie z Seven Lakes w roli głównej.

Dobrze się czytało?

Nie spamuję!

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 1/10

10/10
  • Rated 10 out of 10
    10
  • Rated 10 out of 10
    10

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *