DYSTANS
2.7 kmSUMA PODEJŚĆ
84 mPUNKTY GOT
3CAŁKOWITY CZAS
0:40 h 1:00 (śniadanie)NAJWYŻSZY SZCZYT
914 m n.p.m.GRUPA
3 osobyPOZIOM TRUDNOŚCI
1 / 10EKSPOZYCJA
1 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
1 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
Blisko 50 lat na karku, a człowiek ani razu nie był w Bieszczadach. No trochę przypał. Jak na polskiego górołaza – zaległość wstydliwa.
Jasne, coś tam się kiedyś otarło o klimat – nogi w Solinie pomoczone, nocowanie w Bukowcu w domku typu „Brda”, piwo z browaru Uherce Mineralne wypite – ale umówmy się: to nie są Bieszczady z krwi i kości. Moja noga nigdy wcześniej nie przekroczyła granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Aż do majówki 2026.
Plan? Mój. Jak zawsze. Zrobiony wcześniej, przemyślany, bez „jakoś to będzie”. Bazę ustawiłem w Ustrzykach Górnych (Rezerwat Ustrzyki Górne) – bo jeśli chcesz chodzić po Bieszczadach na serio, to trudno o lepszy punkt startowy. Założenie było proste: zrobić na szlakach około 70 kilometrów. Bez chodzenia na skróty. No i wiadomo, obowiązkowo Tarnica. Klasyk. Korona Gór Polski sama się nie zrobi.
Na dwa tygodnie przed wyjazdem pogoda robiła sobie ze mnie żarty. Raz słońce, raz deszcz, raz wszystko naraz. Klasyczne „zobaczymy na miejscu”. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem zaczęło się to jakoś układać – deszcz powoli znikał z prognoz, więc pojawiła się nadzieja na suche szlaki.
No i przyszło zderzenie z rzeczywistością. Końcówka kwietnia ponad 20°C, człowiek już hasa w krótkim rękawie, a tu nagle prognoza dla Ustrzyk: 6°C w dzień, chmury, raczej chłodnawo i wietrznie. Bez deszczu – i to był jedyny plus.
Ale dobra – Bieszczady to nie Majorka. Miało być sucho, to już był sukces. Spakowałem się na kilka wariantów pogodowych, przekazałem instrukcje oraz plan mojej damskiej ekipie i 28 kwietnia ruszyliśmy do Ustrzyk Górnych. W końcu. Po latach odkładania. Na pierwsze prawdziwe spotkanie z Bieszczadami.
Dzień 5
Plan na ostatni dzień w Bieszczadach
Ostatni dzień majówki 2026 był już dniem powrotów. Po czterech dniach chodzenia po górach trudno było przewidzieć, w jakiej będziemy formie, dlatego celowo nie planowałem na ten dzień nic ambitnego. Mieliśmy po prostu spokojnie wrócić ponad 300 kilometrów do domu, a po drodze może zatrzymać się gdzieś spontanicznie – w skansenie w Sanoku, przy zaporze w Solinie albo na obiedzie w Rzeszowie.
Finalnie, po rozmowach z naszym niezastąpionym kierowcą Panem Bartkiem, postawiliśmy na zwiedzanie bieszczadzkich cerkwi. Dodatkowo Dziewczyna z Lasu zaprosiła nas jeszcze na niedzielne śniadanie do Bacówki PTTK pod Małą Rawką, twierdząc, że serwują tam świetne naleśniki na słodko. Nie trzeba było nas długo przekonywać. Taki spokojny, niespieszny początek dnia wydawał się idealnym pożegnaniem z górską częścią naszej bieszczadzkiej przygody.
Poranna ostatnia wieczerza
Na ogromny płatny parking na Przełęczy Wyżniańskiej dotarliśmy jeszcze przed ósmą rano. Jak na końcówkę majówki panował tu zaskakująco umiarkowany ruch, szczególnie biorąc pod uwagę to, co działo się tutaj dzień czy dwa wcześniej. Bezchmurne, błękitne niebo i przyjemnie ciepły poranek zwiastowały szybki powrót prawdziwej wiosny po krótkim załamaniu pogody z początku maja.
Zielony szlak prowadzący do Bacówki to szeroki, utwardzony dukt o znikomym nachyleniu. Spokojnym krokiem można dotrzeć tam w niecałe 25 minut praktycznie bez żadnego wysiłku. Idealny początek dnia, który i tak mieliśmy spędzić głównie za kierownicą w drodze powrotnej do domu.
Bacówka pod Małą Rawką nie jest dużym schroniskiem z hotelowym rozmachem, tylko klasyczną górską bacówką starego typu. Powstała w 1979 roku jako część idei Edwarda Moskały, który chciał tworzyć małe, kameralne schroniska dla ludzi naprawdę chodzących po górach. Choć od Przełęczy Wyżniańskiej dzieli ją zaledwie około 900 metrów, po dotarciu na miejsce można już poczuć przyjemny dystans od asfaltu, hałasu i całego świata zostawionego gdzieś niżej.
Tak przynajmniej chciałbym napisać, ale ten klimat trochę psują stojące przed wejściem toitoie oraz mobilna budka z piwem i lodami. Rozumiem oczywiście względy praktyczne i wygodę turystów, jednak wizualnie kompletnie nie pasuje to do charakteru tego miejsca. Szkoda, bo sama bacówka i jej otoczenie mają naprawdę świetny klimat.
W schronisku zamówiliśmy naleśniki z leśnymi jagodami oraz kawę i zasiedliśmy do śniadania na zewnątrz przy jednym z drewnianych stołów. Dookoła jest sporo przestrzeni przygotowanej pod turystów – ławy, stoły, leżaki, a nawet hamaki. Każdy znajdzie tutaj miejsce dla siebie.
Czy były to najlepsze naleśniki, jakie jadłem w życiu? Raczej nie. Ale w ciepły, budzący się do życia bieszczadzki poranek smakowały dokładnie tak, jak powinny. Było spokojnie, bez pośpiechu, bez planu gonienia kolejnych kilometrów. Po prostu kawa, śniadanie i góry dookoła.
Z zainteresowaniem obserwowałem kolejnych piechurów mijających bacówkę. Większość nawet się tutaj nie zatrzymywała i od razu ruszała dalej zielonym szlakiem na Małą Rawkę. Najwyraźniej mieli ambitniejsze plany na ostatni dzień majówki niż my i chcieli wykorzystać każdą godzinę przed powrotem do domu. My tymczasem siedzieliśmy jeszcze chwilę przy stole, dolewając kolejne łyki kawy i chłonąc ten spokojny poranek.
Jedna rzecz naprawdę mnie wtedy zdumiała. Pod bacówką obozowali turyści z psami. Byłem przekonany, że na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wolno wprowadzać czworonogów, więc początkowo miałem spory niesmak, że ktoś tak ostentacyjnie ignoruje zasady, a jednocześnie nikt nie zwraca na to uwagi.
Dopiero później doczytałem, że zielony szlak z Przełęczy Wyżniańskiej do Bacówki pod Małą Rawką jest wyłączony z tego zakazu. Podobnie zresztą jak kilka innych odcinków szlaków w Bieszczadach, po których można legalnie poruszać się z psem. Przyznam szczerze, że wcześniej kompletnie o tym nie wiedziałem.
Koniec bieszczadzkiej przygody
Po około godzinie spokojnego siedzenia na słońcu ruszyliśmy z powrotem w kierunku parkingu na Przełęczy Wyżniańskiej. Powrót zajął nam niespełna 20 minut. Jeszcze ostatni rzut oka w stronę Tarnicy, widocznej gdzieś ponad Wierchem Wyżniańskim, i mogliśmy ruszać w drogę do domu.
To był koniec naszej pierwszej prawdziwej przygody z Bieszczadami. I już wtedy wiedziałem, że na pewno tutaj wrócę. Przez kilka dni udało nam się zobaczyć zaledwie niewielki fragment tego regionu i zdobyć tylko część bieszczadzkich szczytów, które miałem zapisane na swojej liście. Reszta cierpliwie poczeka na kolejną wizytę.
Post scriptum
W ciągu pięciu dni majówki 2026 przeszliśmy w Bieszczadach blisko 70 kilometrów, spędzając na szlakach około 28 godzin i pokonując łącznie niemal 3900 metrów przewyższeń. Nie był to żaden ekstremalny wyczyn ani próba bicia rekordów. Raczej rozsądne, spokojne podejście do kilkudniowego chodzenia po górach – takiego, które nadal daje przyjemność, a nie tylko zmęczenie.
Przez te kilka dni udało nam się zdobyć 10 szczytów należących do Korony Bieszczad: Tarnicę, Halicz, Kopę Bukowską, Szeroki Wierch, Wielką Rawkę, Połoninę Caryńską, Rozsypaniec, Małą Rawkę, Połoninę Wetlińską oraz Smerek. No i oczywiście Tarnicę do Korony Gór Polski, która była jednym z głównych celów tego wyjazdu.
W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze kilka bieszczadzkich cerkwi. I był to naprawdę świetny sposób na spokojne domknięcie całej wyprawy. Jeśli poruszacie się samochodem po Bieszczadach, zdecydowanie warto zjechać czasem z głównej drogi i zatrzymać się przy tych niewielkich, często niepozornych świątyniach. W wielu miejscach to właśnie one tworzą klimat dawnych Bieszczad.









