DYSTANS
16.6 kmSUMA PODEJŚĆ
899 mPUNKTY GOT
23CAŁKOWITY CZAS
6:27 hNAJWYŻSZY SZCZYT
1304 m n.p.m.GRUPA
2 osobyPOZIOM TRUDNOŚCI
6 / 10EKSPOZYCJA
2 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
7 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
⚠️ Wskazówki dla osób z lękiem wysokości
🔹 Ekspozycja: Lęk (jeśli w ogóle) może pojawić się dopiero przy zejściu z Wielkiej Rawki. Strome schody i otwarta przestrzeń mogą rodzić uczucie niewielkiego lęku u akrofobików. Nie są to jednak wysokości, ani stromizna, które mogłyby wpływać na choćby nieduży dyskomfort osób z lękiem wysokości.
Z perspektywy akrofobika: w moim przekonaniu szlak na Małą i Wielką Rawkę przez Dział jest w pełni bezpieczny dla osób wrażliwych na ekspozycję. Nie jest on bowiem stromy, nie napotkamy tam na żadne przepaści czy pionowe ściany, a wyłącznie otwartą przestrzeń na Wielkiej Rawce, którą można bardzo szybko oswoić.
Plan trasy w 60 sekund
📍 Start: Wetlina Moczarne obok przystanku autobusowego. Brak parkingu bezpośrednio przy wejściu na szlak.
🥾 Trasa: zielony szlak przez Dział do Małej Rawki. Następnie żółty na Wielką Rawkę. Powrót niebieskim szlakiem z Wielkiej Rawki na parking Rzeczyca lub dalej do Ustrzyk Górnych.
⏱️ Czas: prognozowany 5:10, ale bezpiecznie załóż nawet 6:30 godzin (jak w naszym przypadku).
🧭 Odcinki: najpierw czeka nas 1,5km średnie podejście na grzbiet Działu. Następnie 6km powoli nabieramy wysokości z finalnym krótkim podejściem na Małą Rawkę. Kolejne 1,5km na Wielką Rawkę (krótkie mocniejsze podejście przed szczytem).
🏁 Powrót: z Wielkiej Rawki 4km w dół do Rzeczycy. Pierwsze 2km strome zejście, początkowo po schodach z balustradami. Po dotarciu na parking Rzeczyca pozostają 2km wzdłuż asfaltowej drogi 897 do Ustrzyk Górnych.
Zaraz szlak mnie trafi
Relacja ze szlaku – krok po kroku
Blisko 50 lat na karku, a człowiek ani razu nie był w Bieszczadach. No trochę przypał. Jak na polskiego górołaza – zaległość wstydliwa.
Jasne, coś tam się kiedyś otarło o klimat – nogi w Solinie pomoczone, nocowanie w Bukowcu w domku typu „Brda”, piwo z browaru Uherce Mineralne wypite – ale umówmy się: to nie są Bieszczady z krwi i kości. Moja noga nigdy wcześniej nie przekroczyła granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Aż do majówki 2026.
Plan? Mój. Jak zawsze. Zrobiony wcześniej, przemyślany, bez „jakoś to będzie”. Bazę ustawiłem w Ustrzykach Górnych (Rezerwat Ustrzyki Górne) – bo jeśli chcesz chodzić po Bieszczadach na serio, to trudno o lepszy punkt startowy. Założenie było proste: zrobić na szlakach około 70 kilometrów. Bez chodzenia na skróty. No i wiadomo, obowiązkowo Tarnica. Klasyk. Korona Gór Polski sama się nie zrobi.
Na dwa tygodnie przed wyjazdem pogoda robiła sobie ze mnie żarty. Raz słońce, raz deszcz, raz wszystko naraz. Klasyczne „zobaczymy na miejscu”. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem zaczęło się to jakoś układać – deszcz powoli znikał z prognoz, więc pojawiła się nadzieja na suche szlaki.
No i przyszło zderzenie z rzeczywistością. Końcówka kwietnia ponad 20°C, człowiek już hasa w krótkim rękawie, a tu nagle prognoza dla Ustrzyk: 6°C w dzień, chmury, raczej chłodnawo i wietrznie. Bez deszczu – i to był jedyny plus.
Ale dobra – Bieszczady to nie Majorka. Miało być sucho, to już był sukces. Spakowałem się na kilka wariantów pogodowych, przekazałem instrukcje oraz plan mojej damskiej ekipie i 28 kwietnia ruszyliśmy do Ustrzyk Górnych. W końcu. Po latach odkładania. Na pierwsze prawdziwe spotkanie z Bieszczadami.
Dzień 4
W niepełnym składzie
To był nasz ostatni pełny dzień w Bieszczadach. Plan był prosty: zdobyć Małą i Wielką Rawkę, ale nie najkrótszym wariantem z Przełęczy Wyżniańskiej. Wybrałem dłuższe podejście przez Dział, bo po pierwsze – każdy szanujący się Bieszczadomaniak powinien kiedyś przejść ten grzbiet, a po drugie – liczyłem, że w majówkowym oblężeniu Bieszczad zielony szlak z Wetliny Moczarne będzie choć trochę spokojniejszy.
Dzień wcześniej jedna z moich Towarzyszek – Dziewczyna z Lasu – nadwyrężyła łąkotkę podczas zejścia z Połoniny Wetlińskiej. Po śniadaniowej odprawie i analizie trasy zdecydowała, że zostaje w bazie. Szkoda, bo zapowiadał się najcieplejszy i najbardziej słoneczny dzień całego wyjazdu, ale czasem lepiej odpuścić wcześniej, niż później żałować na stromym zejściu. Jak się później okazało, była to bardzo rozsądna decyzja.
Po śniadaniu ruszyliśmy więc z niezastąpionym Panem Bartkiem z Bartek-Bus w kierunku Wetliny, na spotkanie z Działem – długim, zalesionym i łagodnym grzbietem ciągnącym się od Wetliny w stronę Rawek. To właśnie dzięki niemu podejście na Małą i Wielką Rawkę od tej strony jest spokojniejsze, choć wyraźnie dłuższe.
Początek szlaku w Wetlinie Moczarne
Tuż obok przystanku autobusowego znajduje się punkt informacyjno-kasowy Wetlina-Dział, ale ku naszemu zaskoczeniu był zamknięty. Jednocześnie brak parkingu sprawiał, że w okolicy praktycznie nie było turystów. Po doświadczeniach z tłumami na Połoninie Wetlińskiej był to naprawdę dobry prognostyk.
Początek zielonego szlaku sprawia wrażenie dzikiego i mało uczęszczanego. Ścieżka jest wąska, miejscami mocno zarastająca roślinnością, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że trafiliśmy na zdecydowanie spokojniejszy wariant niż te najpopularniejsze bieszczadzkie trasy.
Z każdym kolejnym metrem podejście robi się coraz bardziej strome, by tuż przed osiągnięciem grzbietu Działu dojść miejscami do około 35% nachylenia. Na szczęście najmocniejszy fragment ma raptem kilkaset metrów długości i w dużej mierze prowadzi po schodach wyposażonych w poręcze.
Dział
Po dotarciu na grzbiet nachylenie wyraźnie łagodnieje, a szlak zamienia się w spokojny, falujący spacer przez niezwykły bukowy las poprzeplatany malowniczymi polanami. Niektóre z nich oferują mniej lub bardziej rozległe widoki – przede wszystkim na Połoninę Wetlińską, która przez długi czas towarzyszy nam po lewej stronie.
Bukowy las na początku maja był jeszcze niemal całkowicie pozbawiony liściastych koron, dzięki czemu słońce bez przeszkód przedzierało się pomiędzy drzewami. Długie cienie i powyginane pnie budowały momentami niezwykły klimat – trochę jak z mrocznego fantasy albo starego horroru.
Niektóre buki były mocno zdeformowane, inne leżały powalone na ziemi, jeszcze bardziej potęgując wrażenie, że znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie niż ten, który oglądaliśmy do tej pory na bieszczadzkich połoninach.
I właśnie to było w Dziale najciekawsze. Choć Połonina Wetlińska przez cały czas pozostawała niemal na wyciągnięcie ręki po drugiej stronie doliny, szlak sprawiał wrażenie kompletnie odrębnego świata. Jeszcze dwa dni wcześniej marzliśmy na Połoninie Caryńskiej przy kilku stopniach powyżej zera, a tutaj nagle pojawiło się niemal letnie ciepło i spokojny, leniwy klimat leśnej wędrówki.

Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział 
Zielony szlak przez Dział
Dił Szelesisty – nieoznakowany szczyt na wysokości 1137 m n.p.m. – wyznacza mniej więcej połowę drogi na Wielką Rawkę. Kilkaset metrów dalej zielony szlak łączy się z żółtym i właśnie tutaj po raz pierwszy spotykamy większe grupy turystów odpoczywających przy pobliskiej wiacie.
Kolejne kilometry prowadzą naprzemiennie przez polany i bukowy las. Coraz częściej pomiędzy drzewami zaczyna też przebijać kulminacyjny cel tej wycieczki – Wielka Rawka. Gdyby nie charakterystyczne podłużne płaty śniegu zalegające wzdłuż północnego grzbietu, pewnie wcale nie byłoby mi tak łatwo ją rozpoznać wśród okolicznych szczytów. Przez kilka poprzednich dni ta charakterystyczna „śnieżna grzywka” regularnie przyciągała jednak mój wzrok – czy to z Ustrzyk Górnych, Połoniny Wetlińskiej, Caryńskiej czy nawet z rejonu Tarnicy. Dzięki temu Wielka Rawka zaczęła wyróżniać się w mojej głowie na tle całego bieszczadzkiego krajobrazu.

Mała i Wielka Rawka z zielonego szlaku przez Dział
Mała Rawka
Po około dwóch kilometrach od skrzyżowania szlaków docieramy w końcu na Połoninę Małej Rawki, skąd bardzo dobrze widać dalszy przebieg trasy. Najpierw krótkie podejście na Małą Rawkę, a następnie bardziej stromy odcinek prowadzący na Wielką Rawkę, która z tego miejsca wydaje się już niemal na wyciągnięcie ręki.
Od razu rzuca się też w oczy znacznie większy ruch turystyczny. To właśnie tutaj dochodzi najpopularniejszy wariant prowadzący od Bacówki pod Małą Rawką i Przełęczy Wyżniańskiej, więc spokojny klimat Działu dość szybko zostaje zweryfikowany przez rzeczywistość.
Szczyt Małej Rawki jest mocno „poustawiany”. Drewniane barierki, ławy i wyraźnie wyznaczona przestrzeń dla turystów skutecznie utrzymują wszystkich w ryzach, a tabliczka szczytowa stojąca pośrodku szybko staje się obowiązkowym punktem krótkiego postoju. Tego dnia wolnych miejsc praktycznie nie było, a wokół panował spory ruch.
Na Małej Rawce musiałem się mentalnie przełączyć z trybu spokojnego chłonięcia ciszy i klimatu Działu w tryb „szybkiego zdobywcy”. Kilka zdjęć, szybki rzut oka na panoramę i ruszamy dalej, zanim tłum zacznie odbierać przyjemność z przebywania na szczycie 🙂
Wielka Rawka
Dotarcie z Małej Rawki na Wielką Rawkę zajmuje około 30 minut. Obie połoniny rozdziela krótki fragment karłowatego bukowego lasu, po którym szlak ponownie wychodzi na otwartą przestrzeń. Kilka zakrętów, krótszy, ale wyraźnie bardziej stromy odcinek podejścia i po chwili stajemy na kulminacyjnym punkcie tej wycieczki.
Charakterystycznym elementem Wielkiej Rawki jest pokaźnych rozmiarów betonowy znak geodezyjny – pozostałość dawnego punktu triangulacyjnego z czasów austro-węgierskich. Rozległy, niezalesiony grzbiet sprawia, że widoki są tutaj wręcz podręcznikowo bieszczadzkie. W dole doskonale widać Ustrzyki Górne, Połoninę Caryńską oraz rejon Tarnicy i Halicza. Z uwagi na położenie Wielkiej Rawki bardzo dobrze prezentują się także słowackie i ukraińskie Bieszczady.
Na końcu grzbietu znajduje się skrzyżowanie żółtego i niebieskiego szlaku, którym można dotrzeć w kierunku Krzemieńca – miejsca styku granic Polski, Słowacji i Ukrainy. Brałem pod uwagę szybki wypad w tamtą stronę, ale dodatkowe półtorej godziny marszu w dół i z powrotem dla Coco byłyby już raczej zbyt dużym wyzwaniem.
Po kilku zdjęciach przy tabliczce szczytowej ruszyliśmy więc niebieskim szlakiem w przeciwnym kierunku – w dół, ku Rzeczycy.
Wielkie wyzwanie
Zejście z Wielkiej Rawki do Rzeczycy do najprzyjemniejszych zdecydowanie nie należy. Owszem – początkowe schody wijące się w dół oferują fantastyczne widoki, ale jednocześnie bardzo szybko zaczynają dawać się we znaki. Wystarczyło spojrzeć na turystów mozolnie wspinających się w przeciwnym kierunku, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że wybór podejścia od strony Wetliny był bardzo dobrą decyzją 🙂
Problem w tym, że schody są dopiero początkiem. Wraz z wejściem w las kończą się wszelkie „udogodnienia”, a szlak zaczyna ostro opadać wśród korzeni, kamieni i konarów bezlitośnie testując kolana. Nachylenie miejscami dochodzi tutaj do około 30%, a cały odcinek ma raptem dwa kilometry długości. Tyle że są to dwa wyjątkowo męczące kilometry.
Wtedy jeszcze bardziej doceniłem decyzję Dziewczyny z Lasu o pozostaniu w bazie. To zejście prawdopodobnie kompletnie dobiłoby jej nadwyrężoną dzień wcześniej łąkotkę.
Choć mogłem schodzić znacznie szybciej, dostosowałem tempo do Coco, której ten fragment również mocno dawał się we znaki. Im dłużej trwało zejście, tym bardziej zaczynało się odczuwać zmęczenie po czterech dniach chodzenia po Bieszczadach. Paradoksalnie właśnie tutaj najmocniej przypomniało o sobie coś bardzo typowego dla gór – czasem to nie podejście na szczyt, ale właśnie zejście potrafi wykończyć najbardziej.
Coco nie wyobrażała sobie, że można tędy wchodzić pod górę. Ja przeciwnie – zacząłem łapać się na tym, że kiedyś bardzo chętnie spróbowałbym dokładnie takiego wariantu podejścia. Tego typu odcinki potrafią naprawdę dobrze przetestować kondycję i charakter, a takie wyzwania akurat bardzo lubię.
Przerwa na regenerację
Wreszcie dotarliśmy do dużej wiaty turystycznej położonej mniej więcej w połowie niebieskiego szlaku prowadzącego z Wielkiej Rawki do Rzeczycy. Kilka drewnianych ław i stołów, cisza, las i ani żywej duszy. W takich okolicznościach regeneracja smakuje wyjątkowo dobrze.
To właśnie tutaj uzupełniliśmy płyny i kalorie przygotowując na kuchence turystycznej liofilizat, ale chyba jeszcze ważniejszy był zwyczajny odpoczynek psychiczny po bardzo wymagającym zejściu z Wielkiej Rawki.
Ta trasa świetnie pokazuje coś, o czym wiele osób zapomina planując górskie wycieczki – najtrudniejszy fragment wcale nie musi prowadzić na szczyt. Bardzo często to właśnie zejście najmocniej daje w kość zarówno fizycznie, jak i mentalnie.
Na szczęście po odpoczynku charakter szlaku zmienia się niemal całkowicie. Od wiaty niebieski szlak przestaje przypominać stromy tor przeszkód i zamienia się w wygodną, niemal parkową alejkę wyłożoną kamiennym chodniczkiem. Kolejne dwa kilometry mijają już znacznie przyjemniej. Ścieżka spokojnie wije się pomiędzy drzewami, by w końcu zrównać się z jarem potoku Wielka Rawka, który tuż przed parkingiem płynie pomiędzy wysokimi skarpami i wpada do Rzeczycy.
Wystarczy przejść przez mostek i po chwili znajdujemy się na niemal całkowicie opustoszałym parkingu.
Asfaltowy finisz
Do pełnego domknięcia pętli pozostawały nam jeszcze ostatnie dwa kilometry – najmniej atrakcyjne, bo prowadzące wzdłuż drogi 897 do Ustrzyk Górnych. Nikt raczej nie przepada za marszem asfaltówką bez porządnego pobocza, ale tego popołudnia zupełnie nam to nie przeszkadzało.
Ruch był niewielki, pogoda była cudowna, a w dolinie czuć było pełnię bieszczadzkiej wiosny. Kolejne metry pokonywaliśmy zaskakująco lekko, jakbyśmy wcale nie mieli za sobą czterech dni chodzenia po górach.
Być może po zejściu z Wielkiej Rawki ten asfalt wydawał się po prostu błahostką. A może podświadomie czuliśmy już, że to ostatnie chwile tej majówki i powolne pożegnanie z Bieszczadami.
Na sam koniec minął nas jeszcze Pan Bartek wiozący kolejnych turystów w stronę Wetliny. Pomachaliśmy sobie jak starzy znajomi, a chwilę później spokojnym krokiem dotarliśmy do coraz bardziej pustoszejących Ustrzyk Górnych około godziny 16:30.





































