Bieszczady

Smerek i Połonina Wetlińska 🏡

DYSTANS

15.1 km

SUMA PODEJŚĆ

928 m

PUNKTY GOT

25

CAŁKOWITY CZAS

6:31 h

NAJWYŻSZY SZCZYT

1253 m n.p.m.

GRUPA

3 osoby

POZIOM TRUDNOŚCI

6 / 10

EKSPOZYCJA

2 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

8 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Mapa trasy: Kalnica → Smerek → Połonina Wetlińska → Brzegi Górne (Bieszczady) | mapa-turystyczna.pl

Zaraz szlak mnie trafi

Relacja ze szlaku – krok po kroku

Blisko 50 lat na karku, a człowiek ani razu nie był w Bieszczadach. No trochę przypał. Jak na polskiego górołaza – zaległość wstydliwa.

Jasne, coś tam się kiedyś otarło o klimat – nogi w Solinie pomoczone, nocowanie w Bukowcu w domku typu „Brda”, piwo z browaru Uherce Mineralne wypite – ale umówmy się: to nie są Bieszczady z krwi i kości. Moja noga nigdy wcześniej nie przekroczyła granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Aż do majówki 2026.

Plan? Mój. Jak zawsze. Zrobiony wcześniej, przemyślany, bez „jakoś to będzie”. Bazę ustawiłem w Ustrzykach Górnych (Rezerwat Ustrzyki Górne) – bo jeśli chcesz chodzić po Bieszczadach na serio, to trudno o lepszy punkt startowy. Założenie było proste: zrobić na szlakach około 70 kilometrów. Bez chodzenia na skróty. No i wiadomo, obowiązkowo Tarnica. Klasyk. Korona Gór Polski sama się nie zrobi.

Na dwa tygodnie przed wyjazdem pogoda robiła sobie ze mnie żarty. Raz słońce, raz deszcz, raz wszystko naraz. Klasyczne „zobaczymy na miejscu”. Dopiero na kilka dni przed wyjazdem zaczęło się to jakoś układać – deszcz powoli znikał z prognoz, więc pojawiła się nadzieja na suche szlaki.

No i przyszło zderzenie z rzeczywistością. Końcówka kwietnia ponad 20°C, człowiek już hasa w krótkim rękawie, a tu nagle prognoza dla Ustrzyk: 6°C w dzień, chmury, raczej chłodnawo i wietrznie. Bez deszczu – i to był jedyny plus.

Ale dobra – Bieszczady to nie Majorka. Miało być sucho, to już był sukces. Spakowałem się na kilka wariantów pogodowych, przekazałem instrukcje oraz plan mojej damskiej ekipie i 28 kwietnia ruszyliśmy do Ustrzyk Górnych. W końcu. Po latach odkładania. Na pierwsze prawdziwe spotkanie z Bieszczadami.

Dzień 3
Z Ustrzyk Górnych przez Brzegi Górne do Kalnicy

Po dwóch dniach na bieszczadzkich szlakach – Połoninie Caryńskiej oraz Tarnicy i Haliczu – przyszła pora na Połoninę Wetlińską. Tym razem plan zakładał przejście przez Smerek, Szare Berdo i Osadzki Wierch, a następnie zejście przez Chatkę Puchatka do Brzegów Górnych.

Na mapie wszystko wyglądało całkiem niewinnie. Niespełna 15 kilometrów, kilka mocniejszych podejść i klasyczna bieszczadzka połonina. W praktyce jednak ten dzień okazał się chyba najbardziej wymagającym podczas całej naszej majówki.

Bazę mieliśmy oczywiście w Ustrzykach Górnych, ale początek i koniec szlaku wypadały w dwóch różnych miejscach. Potrzebowaliśmy więc transportu do Kalnicy, a jednocześnie chcieliśmy zachować pełną swobodę po zejściu do Brzegów Górnych. Ostatecznie rozwiązaliśmy to dość sprytnie – najpierw podjechaliśmy własnym samochodem do Brzegów, a stamtąd niezastąpiony Pan Bartek z Bus-Bartek zawiózł nas na start szlaku do Kalnicy.

Dzięki temu po zakończeniu wycieczki mogliśmy spokojnie zdecydować, czy wracamy do bazy, czy jedziemy coś zjeść bez nerwowego sprawdzania busów i godzin odjazdów. Jak się później okazało – była to bardzo dobra decyzja.

Parking w Brzegach Górnych, który dwa dni wcześniej świecił pustkami, tym razem był już mocno obłożony. 1 maja robił swoje. Choć Pan Bartek uspokajał nas, że to jeszcze „nic wielkiego” i prawdziwy tłum zacznie się dopiero w czerwcu, to przed Przełęczą Wyżną utworzył się już całkiem solidny korek zwiastujący, że tego dnia raczej nie będziemy sami na szlaku.

Smerek

Po dotarciu do Kalnicy około godziny 10 ruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Smereka – pierwszego celu tego dnia.

Już kilkadziesiąt metrów od startu, po przekroczeniu mostu na Wetlinie, okazało się, że znajduje się tam niewielki parking. Byłem przekonany, że właśnie tutaj kupuje się bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Parking znajdował się jednak na tyle daleko od właściwego wejścia na szlak, że zwyczajnie nie chciało mi się wracać i sprawdzać, gdzie dokładnie znajduje się kasa, więc profilaktycznie kupiłem wejściówki online.

Kilkaset metrów dalej wyszło jednak na jaw, że normalny punkt kasowy znajduje się dalej zaraz przy szlaku.

Zaaferowani rozmową z panią z budki, pieczątkami i całą „ceremonią rozpoczęcia wycieczki”, ruszyliśmy dalej szerokim duktem kompletnie nie zwracając uwagi na oznaczenia. Z błogiej nieświadomości wyrwał nas dopiero krzyk kasjerki, która wybiegła za nami informując, że szlak prowadzi w zupełnie inną stronę. Wstyd na całego 🙂

Faktycznie czerwony szlak odbija przy punkcie kasowym w prawo i po przekroczeniu potoku Kindrat zaczyna piąć się pod górę przez las.

Choć początek podejścia nie jest specjalnie wymagający, czerwony szlak od razu zaczyna wyraźnie budować wysokość. Dzień był zdecydowanie cieplejszy niż poprzednie, a na trasie niemal bez przerwy mijaliśmy innych turystów. Efekt długiego majowego weekendu był więc odczuwalny zarówno pogodowo, jak i frekwencyjnie.

Po drodze mijamy drewnianą wiatę z ławami i stołami – dobre miejsce na chwilę odpoczynku w cieniu drzew przed dalszym podejściem. Szlak przez dłuższy czas prowadzi jeszcze lasem, ale w końcu nadchodzi ten charakterystyczny moment, kiedy drzewa nagle się kończą, a przed człowiekiem otwiera się połonina i widok na bieszczadzkie grzbiety.

Lubię tę chwilę. Szczególnie tutaj, gdzie krajobraz zmienia się nagle i bardzo wyraźnie.

Nie każdy jednak polubi to, co zobaczy przed sobą około kilometra przed szczytem Smereka. Maleńki krzyż i skupisko turystów wyglądających z daleka jak mrówki jasno wskazują pierwszy cel wycieczki. Problem w tym, że razem z nimi bardzo dobrze widać także strome schody prowadzące na grzbiet przed szczytem.

Dla wprawnego piechura to po prostu kolejne bardziej konkretne podejście. Mogę jednak zrozumieć każdego, komu na widok tego fragmentu na chwilę odechce się dalszej wspinaczki. Bez mocniejszego skoku tętna raczej się tutaj nie obejdzie.

Po pokonaniu stromszego fragmentu pozostaje już tylko krótki odcinek wąskiego grzbietu prowadzącego na Smerek. Szczyt dość łatwo rozpoznać po charakterystycznym metalowym krzyżu, który w rzeczywistości składa się z czterech różnych krzyży – chrześcijańskiego, podkarpackiego, franciszkańskiego i greckokatolickiego.

Miejsca na szczycie nie było jednak zbyt wiele. Ławki, barierki i pierwszomajowy tłum ludzi skutecznie ograniczały przestrzeń, a dodatkowo słońce ponownie schowało się za chmurami. Wiatr szybko potęgował uczucie chłodu, więc po kilku zdjęciach ruszyliśmy dalej.

Z kronikarskiego obowiązku warto jednak wspomnieć, że właściwy wierzchołek Smereka nie jest dostępny dla turystów. Znajduje się kilkadziesiąt metrów dalej na północ i objęty jest ochroną ścisłą w granicach Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Realnie więc większość turystów zdobywa jedynie niższy wierzchołek znajdujący się w rejonie krzyża na wysokości około 1218 m n.p.m.

W drodze na Osadzki Wierch przez Przełęcz Mieczysława Orłowicza

Uderzająca była liczba turystów na szlaku. Naiwnie liczyłem, że większość ludzi rzuci się na Tarnicę albo Rawki. Najwyraźniej spora część turystów miała jednak dokładnie ten sam pomysł co my. Z każdym kilometrem coraz bardziej brakowało mi pustki i spokoju, które gdzieś podświadomie kojarzyły mi się z Bieszczadami.

Kilkaset metrów za Przełęczą Orłowicza szlak zaczyna jednak wyraźnie zmieniać swój charakter. Ścieżka zwęża się i wchodzi w niezwykły fragment karłowatego bukowego lasu. Te charakterystyczne, powyginane drzewa wyglądają momentami niemal baśniowo. Rosną w bardzo trudnych warunkach – narażone na silny wiatr, zalegający śnieg, oblodzenie i ubogą glebę – dlatego zamiast wysokiego lasu powstaje tu plątanina niskich, poskręcanych pni i gałęzi.

To zjawisko jest typowe dla górnej granicy lasu w Bieszczadach. W przeciwieństwie do Tatr nie dominuje tutaj kosodrzewina. Bieszczady są niższe i bardziej wilgotne, dlatego naturalną granicę między połoniną a lasem tworzą właśnie takie zdeformowane buczyny.

Przez chwilę szlak przypomina bardziej przejście przez naturalny labirynt niż klasyczną górską ścieżkę. Szkoda tylko, że zamiast w pełni chłonąć klimat tego miejsca, musieliśmy nieustannie wymijać kolejne grupy turystów na wąskim szlaku prowadzącym w kierunku Połoniny Wetlińskiej.

Po przejściu fragmentu karłowatych buków szlak w końcu wychodzi na otwartą przestrzeń Połoniny Wetlińskiej. Nad grzbietem wyraźnie dominuje Osadzki Wierch, który dość jednoznacznie sugeruje, że tego dnia trzeba będzie jeszcze wykrzesać z siebie trochę sił.

Podejście od tej strony ma około 1,3 kilometra długości, ale nie jest specjalnie strome. To raczej kolejne mozolne bieszczadzkie budowanie wysokości niż typowa „ściana płaczu”. Po kilku dniach chodzenia w nogach zaczynało się jednak czuć każde dodatkowe podejście.

Po około 4 godzinach i 15 minutach od startu w Kalnicy dotarliśmy na najwyższy punkt tego dnia – Osadzki Wierch 1253 m n.p.m. Szczyt ponownie przywitał nas tłumem turystów zalegających na charakterystycznych ukośnych płytach fliszu karpackiego. Udało się zrobić kilka pamiątkowych zdjęć przy tabliczce, ale podobnie jak wcześniej na Smereku, nie mieliśmy większej ochoty na dłuższy postój.

Chatka Puchatka

Pogoda ponownie zaczynała się psuć, a słońce gwałtownie utonęło w gęstwinie chmur. Bieszczady po raz kolejny przypomniały nam, że tutaj warunki potrafią zmieniać się błyskawicznie. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani, więc kolejne postoje na szybkie dokładanie lub zdejmowanie warstw odzieży stały się tego dnia niemal rutyną.

Schodząc z Osadzkiego Wierchu, utwierdziłem się w przekonaniu, że wybraliśmy bardzo dobry kierunek przejścia szlaku. Przed nami cały czas otwierał się szeroki widok na Tarnicę i Bieszczady Wschodnie, a Połonina Wetlińska łagodnie prowadziła nas w stronę majaczącej w oddali Chatki Puchatka. W przeciwnym kierunku prawdopodobnie stracilibyśmy większość tych panoram na rzecz ciągłego podejścia pod górę.

Początek zejścia z Osadzkiego Wierchu to kilkadziesiąt metrów stromych schodów, ale później szlak przez około dwa kilometry łagodnie faluje grzbietem połoniny. Szczególnie urzekł mnie widok drewnianych szop stojących wzdłuż tzw. Końskiej Drogi na tle majaczących w oddali, ośnieżonych jeszcze szczytów Bieszczad Wschodnich. Ten krajobraz momentami bardziej przypominał Tatry niż klasyczne wyobrażenie o bieszczadzkiej połoninie.

Dziś trudno wyobrazić sobie Połoninę Wetlińską bez Chatki Puchatka. Charakterystyczny budynek stojący pod Hasiakową Skałą od dekad jest jednym z symboli Bieszczad i obowiązkowym przystankiem dla wielu turystów przechodzących przez połoninę.

Mało kto pamięta jednak, że początki Chatki wcale nie były turystyczne. Obiekt powstał w 1952 roku jako wojskowe obserwatorium, a dopiero później trafił pod opiekę PTTK. Przez lata schronisko funkcjonowało w bardzo surowych warunkach i właśnie dzięki temu obrosło legendą dawnych Bieszczad – studenckich wypraw, nocnych śpiewów przy gitarze i miejsca trochę „na końcu świata”.

W 2020 roku stare schronisko zostało rozebrane, a w jego miejscu powstał nowoczesny schron turystyczny Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dla części osób był to symboliczny koniec pewnej epoki, choć nowy obiekt zdecydowanie lepiej radzi sobie z ogromnym ruchem turystycznym na Połoninie Wetlińskiej.

To był mój pierwszy raz w Chatce Puchatka, więc nie miałem żadnego nostalgicznego przywiązania do starego obiektu. Wpadłem, zrobiłem zdjęcie misiowi wśród tłumu turystów i szybko wróciłem na zewnątrz. Znacznie bardziej podobał mi się moment, kiedy siedząc z herbatą na ławach obok mogliśmy po prostu patrzeć na połoninę i obserwować niekończący się strumień ludzi przewijających się przez to miejsce.

Powrót do Brzegów Górnych

Ostatni fragment zejścia z Chatki Puchatka w kierunku Brzegów Górnych jest naprawdę piękny. Widok na Połoninę Caryńską, Tarnicę, masyw Rawek i wijącą się w dole drogę tworzy krajobraz, który długo zostaje w głowie.

Sielanka kończy się jednak bardzo szybko. W rejonie tzw. Hrybli zaczynają się prawdziwe schody – dosłownie. Są ich setki. Na szczęście pokonywaliśmy je w dół, ale widok osób mozolnie wspinających się pod górę momentami mówił wszystko bez słów.

Na odcinku niespełna dwóch kilometrów szlak traci około 450 metrów wysokości. Średnie nachylenie przekracza tutaj 20%, a miejscami dochodzi nawet do około 40%. Jak na bieszczadzkie warunki to już naprawdę konkretna „stromizna”.

Schody mocno dały się we znaki Dziewczynie z Lasu i jej łąkotce, która razem z Coco dzielnie walczyła do samego końca. Jak się jednak okazało, nie wszyscy tego dnia mieli tyle szczęścia co my.

Mniej więcej kilometr przed końcem szlaku natknęliśmy się na grupę ludzi opiekujących się leżącym na ziemi młodym człowiekiem wymagającym pomocy GOPR. Kilkadziesiąt metrów niżej minęliśmy najpierw ratowników medycznych biegnących pod górę, a chwilę później ekipę GOPR poruszającą się quadem ATV z przyczepką transportową. Widok robił spore wrażenie, szczególnie na tak stromym i nierównym odcinku szlaku. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończyło.

Po około 6,5 godziny od startu w Kalnicy wróciliśmy na parking w Brzegach Górnych, który o 16:30 świecił już niemal pustkami. Na szczęście czekał tam nasz samochód, więc mogliśmy spokojnie zdecydować, czy wracamy do Ustrzyk, czy jedziemy na zasłużony obiad.

Biorąc pod uwagę, że był to już trzeci dzień chodzenia po Bieszczadach – czyli moment, kiedy zmęczenie zaczyna być odczuwalne najbardziej – uważam, że wszyscy spisali się naprawdę świetnie. A najlepszą nagrodą po zejściu okazała się ogromna kolacja „pod korek” w słynnej karczmie „Paweł Nie Całkiem Święty” w Smereku. I choć przed wejściem czekała nas jeszcze półgodzinna kolejka, jedzenie i klimat tego miejsca zdecydowanie były tego warte

Podsumowanie

Jak przygotować się do wycieczki na Połoninę Wetlińską?

Poniżej kilka praktycznych wskazówek (rozwijana lista)

Śledź na bieżąco prognozy pogody

Prognozę sprawdzam najczęściej w MeteoBlue i IMGW, ale kluczowe jest nie tyle samo źródło, co sposób jej czytania. Najlepiej przełączyć widok na prognozę godzinową i zacząć analizować ją szczególnie uważnie na około 24 godziny przed wyjściem — wtedy najłatwiej wychwycić realne „okna pogodowe”.

Zwracaj uwagę przede wszystkim na:

  • animacje zachmurzenia oraz wysokość podstawy chmur
  • kierunek i siłę wiatru
  • temperaturę w dolinach i na szczycie (różnica)

Dzięki temu zwiększasz szansę, że faktycznie trafisz na warunki warte wyjścia. Przy braku widoczności lub ekstremalnych warunków pogodowych cały urok z widoków na połoninie pryska.


Ekwipunek i ubiór na wycieczkę na Połoninę Caryńską

Najważniejsza zasada przy podejściu jest prosta: nie zakładaj wszystkiego na start. Podczas marszu bardzo szybko robi się ciepło, dlatego najlepiej sprawdza się system warstw.

Na początku powinieneś czuć lekki chłód — to normalne i po kilku minutach marszu zniknie. Przy podejściu łatwo się przegrzać, a wilgoć pod kurtką to najprostsza droga do wychłodzenia, szczególnie gdy później zatrzymasz się na górze na dłużej.

Może się okazać, że już po kilkunastu minutach zdejmiesz warstwę wierzchnią, dlatego dobrze mieć wszystko spakowane tak, aby zrobić to szybko i bez bałaganu w plecaku.

Latem warto mieć w plecaku cieplejszą bluzę lub wiatrówkę. Na Połoninach wiatr to codzienność.

Jednocześnie przy pełnym słońcu w gorący wakacyjny dzień pamiętaj o osłonie głowy i płynach – na Połoninie próżno szukać cienia.


Dobrze się czytało?