👑
GorcePolska

Gorce2DaysLoop 👑🔁🗼⛺ czyli dwudniowy trekking w Gorcach

DYSTANS

60 km

SUMA PODEJŚĆ

2284 m

PUNKTY GOT

84

CAŁKOWITY CZAS

17:17 h + nocleg

NAJWYŻSZY SZCZYT

1310 m n.p.m.

GRUPA

1 osoba

POZIOM TRUDNOŚCI

6.5 / 10

EKSPOZYCJA

2 / 10

OGÓLNA OCENA SZLAKU

6 / 10
Jak liczę trudność i ekspozycję?

Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).


Po dłuższym czasie jeżdżenia palcem po mapie odkryłem, że istnieje coś takiego jak szlaki długodystansowe – Główny Szlak Beskidzki, Główny Szlak Sudecki i inne. Zawsze imponowali mi piechurzy, którzy pokonywali potworne dystanse, jak choćby Łuk Karpat (ok. 1300 km). Coraz mocniej kusiła mnie myśl, by samemu spróbować: kilka dni marszu dzień po dniu, z własnym namiotem, gotowaniem w lesie i wyjściem poza strefę komfortu „jednodniowego turysty”.

Na szczęście nie rzuciłem się od razu na głęboką wodę. Nie ruszyłem z marszu na Mały Szlak Beskidzki, tylko krok po kroku przygotowywałem się kondycyjnie, sprzętowo i logistycznie do pierwszej dłuższej trasy. Gorce2DaysLoop to jeszcze nie prawdziwy szlak długodystansowy, ale był dla mnie pierwszym testem – miał pokazać mocne i słabe punkty przygotowań. Jeśli ciekawi Was, jak wypadł, zapraszam do dalszej lektury.

Rok przygotowań

Minął już rok, odkąd faktycznie zacząłem przygotowania do czegoś więcej niż jednodniowe wycieczki. W ostatnich miesiącach mocno podkręciłem treningi, żeby zbudować kondycję i wytrzymałość potrzebną na dłuższych trasach. Tydzień w tydzień melduję się na sali ćwiczeń: dwa razy trening funkcjonalny z trenerem, dwa razy cardio (bieżnia–schody–wiosło–rower), raz interwały. Nawet na urlop zabieram mój ukochany kettlebell i matę. Bez tego zestawu nie wyobrażam sobie wypoczynku.

Poważniej potraktowałem też dietę. Dopasowałem ją do obciążeń, tak żeby nie chudnąć „na oślep”, tylko mądrze redukować tłuszcz, a mięśnie utrzymać. Przez kilka miesięcy pilnowałem regularności i jakości posiłków naprawdę rygorystycznie.

Po czterdziestce nie ma cudów – żeby efekty były widoczne, trzeba się napocić. Nie będę więc ściemniał: łatwo nie było i nadal nie jest. Na szczęście polubiłem tę rutynę. Treningi dają mi frajdę, a dieta realnie poprawia samopoczucie i zdrowie.

Oprócz kondycji ważny był też rekonesans i logistyka. Nie wyobrażam sobie ruszyć w ciemno, bez planu trasy, etapów, miejsc na wodę i nocleg. Dlatego najpierw rozpracowałem Mały Szlak Beskidzki (~140 km), potem Wielkofatrzańską Magistralę na Słowacji (~40 km). Na kilka tygodni przed startem wpadł mi w oko jeszcze projekt The Loop (~220 km), więc i jego przeanalizowałem. Finalnie jednak stwierdziłem: najpierw bezpieczny test w Gorcach. Blisko Krakowa, niezbyt wymagający, a przy tym szansa na schronisko i namiot nie na dziko. Tak powstał plan Gorce2DaysLoop: start w Koninkach, przez Tobołów i Obidowiec na Turbacz, dalej Kiczora, Gorc i nocleg w Trusiówce. Drugiego dnia niebieskim na Przełęcz Borek, zahaczenie o Polanę Pustak, powrót przez Kopę, Hala Turbacz, zejście Kopieńcem i Turbaczykiem z powrotem na parking.

Dwudniowa trasa w Gorcach | mapa-turystyczna.pl

Sprzęt

Istotnym elementem układanki był oczywiście sprzęt. Potrzebowałem większego plecaka, namiotu, śpiwora, maty, kuchenki i całej reszty drobiazgów, które przy dłuższej wędrówce nagle stają się „niezbędne”. Wiedziałem jedno: całość nie mogła przekroczyć rozsądnej wagi. Kilka dni z zbyt ciężkim klocem na plecach to nie przygoda, tylko udręka. Dlatego poświęciłem sporo czasu, żeby dobrać sprzęty porządne, ale lekkie. Każdą rzecz ważyłem i katalogowałem, aby finalnie móc układać je w konfiguracje pod konkretną trasę, przewyższenia i pogodę.

Pierwsze ważenie ekwipunku na Gorce dało 13 kg. Ostatecznie – po dołożeniu kilku rzeczy – wyszło ok. 15 kg plus to, co miałem na sobie.

W plecaku: kijki trekkingowe, namiot jednoosobowy, materac dmuchany, śpiwór, poduszka dmuchana, kuchenka z kartuszem, sztućce, powerbank z kablami, smartfon, mały aparat z bateriami, składany fotel, czołówka, zapalarka, rozpałka, nóż, kurtka puchowa, kurtka przeciwdeszczowa, rękawiczki, czapka, apteczka, mini-kosmetyczka, ręcznik, okulary przeciwsłoneczne, mokre chusteczki, spodenki, bielizna na zmianę, longsleeve i getry do spania, bukłak 2 l z elektrolitami i 3 l z wodą (uzupełniony później), batony energetyczne, suszona wołowina, liofilizaty. Całość w lekkich, wodoodpornych workach.

Na sobie: niskie buty trekkingowe z membraną, długie spodnie, szybkoschnąca koszulka i bluza z kapturem.

Okno pogodowe

Na wyjazd czekałem na po wakacjach – chciałem uniknąć tłumów i nie ryzykować debiutu z namiotem w trudnej pogodzie. W trzecim tygodniu września prognozy wreszcie zwiastowały kilka dni złotej aury. O siódmej rano zaparkowałem w pustych jeszcze Koninkach–Tobołowie. Niebo zasnute ciężkimi chmurami nie wyglądało zachęcająco, ale według prognoz miało się rozpogodzić już przed południem. Z nadzieją na lepsze ruszyłem na szlak.

Pierwsze schody

Żeby dojść do zielonego szlaku na Tobołów, musiałem najpierw wrócić kilometr niebieskim przez Koninki. I tam przydarzył się pierwszy fuckup: nagle poczułem, że coś cieknie mi po plecach i nogach. Okazało się, że przepełniłem bukłak z elektrolitami, a ten – ściśnięty przez bagaż – popuszczał przy zatrzasku. Wizja zalanego śpiwora i ubrań sprawiła, że w sekundę wypakowałem zawartość całego plecaka na ziemię. Na szczęście na dnie leżał namiot, który zatrzymał płyn, więc reszta ocalała. Od tej chwili bukłak z rurką trzymałem już tylko w zewnętrznej kieszeni.

Chwilę później musiałem się zatrzymać, żeby ściągnąć kurtkę – i znowu kłopot. Różne rzeczy miałem porozrzucane po przypadkowych kieszeniach, coś się poplątało, coś zakręciło… drobne szczegóły, ale irytujące. A na dokładkę odkryłem, że zgubiłem mój ulubiony ręczniczek do ocierania potu. Na szczęście odnalazłem go kilkanaście metrów niżej. Ledwo kilometr za mną, a już takie przygody. Słaby prognostyk na pozostałą część wyprawy.

Zielony szlak zaraz za ostatnimi zabudowaniami odbija stromo w górę. Na półtorakilometrowym odcinku do Polany Jaworzyna Porębska trzeba podejść ponad 300 metrów, miejscami o nachyleniu sięgającym 40%. To najdłuższe i najmocniejsze podejście pierwszego dnia.

Wysokość przelotowa

Za Polaną Tobołów szlak łagodnieje. Mijam górną stację wyciągu na Tobołczyk i całą infrastrukturę, a mimo to mam wrażenie, że jestem sam w całych Gorcach. Cisza, żadnego człowieka, żadnych odgłosów cywilizacji – tylko poranna, senna szaruga.

Za Tobołowem odbijam na Suchorę. Nie planowałem tego wcześniej, ale nadkładając tylko kawałek w górę mogę zobaczyć najwyżej położone w Polsce Obserwatorium Astronomiczne – należące do Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.

Wracam ścieżką przez borowiny na zielony szlak wzdłuż Polany Suchora. Z jej końcem zaczyna się kolejne mocniejsze podejście. Najpierw 400 metrów ostro w górę na Obidowiec (średnie nachylenie 27%), potem już łagodniejsze kolejne 200 metrów. Wreszcie, na skrzyżowaniu pod Obidowcem (1106 m n.p.m.), osiągam swoją „wysokość przelotową” i łagodnym szlakiem ruszam w stronę Rozdziela (1180 m n.p.m.).

Trochę ponad kilometr dalej czerwony szlak odbija w lewo, gdzie „schody” prowadzą bezpośrednio na Turbacz. To ostatnie solidniejsze podejście (ok. 15% nachylenia) i chwilę później staję na pustym szczycie Turbacza (1310 m n.p.m.). Od parkingu w Koninkach minęły nieco ponad dwie i pół godziny.

Nie dla psa kiełbasa, ani dla mnie Tatry

Na Turbaczu czekało mnie spore rozczarowanie. Tatry, które zwykle pięknie stąd widać, tego dnia zasłoniła gęsta kotara chmur. Wyglądało to tak, jakby ktoś odciął je od Pogórza Tatrzańskiego linijką.

Bez dłuższego namysłu ruszyłem w stronę schroniska – i dopiero tam spotkałem pierwszych ludzi na szlaku. Bez tłoku, bez kolejek. Spokojnie zjadłem śniadanie, a ponieważ dotarłem szybciej niż planowałem, dorzuciłem jeszcze kawę i szarlotkę. Siedząc na ławce, obserwowałem niebo i próbowałem uwierzyć, że prognozy faktycznie się sprawdzą. Na razie nic na to nie wskazywało – Tatry uparcie kryły się w chmurach.

Nowy odcinek, nowe zachwyty

Po godzinie lenistwa ruszyłem w stronę czerwonego szlaku z Turbacza na Kiczorę – odcinka, którego wcześniej nie znałem. Za Halą Wolnica dotarłem do Hali Długiej i od razu się zakochałem. Ogromna przestrzeń, fantastyczna panorama Tatr (muszę tam wrócić przy pełnej widoczności), a do tego kulturowy wypas owiec. To jedno z tych miejsc, gdzie chce się po prostu usiąść i chłonąć przestrzeń.

Dalej szlak łagodnie wznosi się w kierunku Polany Gabrowskiej. Szlak wiedzie między szczytem Trzy Kopce po lewej i Kiczory po prawej stronie i doprowadza do punktu widokowego na Hali Młyńskiej.

Stamtąd odbiłem zieloną ścieżką przez torfowisko pod Trzema Kopcami. Między drzewami majaczyła już wieża widokowa na Gorcu. Mała jak zapałka – czyli ciągle daleko. Ale szło się dobrze, temperatura powietrza idealna, a sił i zapału nie brakowało. Procentowały miesiące spędzone na bieżni i schodach, na treningu cardio, interwałowym, tresholdach i wszystkimi katuszami, którymi zsypuje mnie trener.

Po kwadransie stanąłem na polanie pod Jaworzyną Kamienicką z Bulandową Kapliczką. Poniżej, w lesie, znajduje się Zbójecka Jama – spora szczelina skalna. Prowadzi tam czerwona ścieżka, ale to dodatkowe 2 × 400 metrów i 50 m przewyższenia. Do środka i tak nie wolno wchodzić, a sama „dziura” nie robi wielkiego wrażenia, więc można ją spokojnie odpuścić – odcinek dla Koneserów.

Za Jaworzyną Kamienicką czekało łagodne 6,5 km szlaku przez Średniaka, Przysłop i kolejnego Średniaka. Same szczyty bez rewelacji, ale polany Przysłop – zwłaszcza Górny – nadrabiają panoramą Tatr.

Na tym odcinku prognozy wreszcie się sprawdziły. Niebo wypogodziło się, szarość zamieniła w błękit, a chmury w lekkie białe baranki. Zrobiło się ciepło – bluza wylądowała na plecaku, gdzie suszyła się przez resztę marszu.

Uzupełnienie wody

Za Przysłopem szlak na Gorc robi się bardziej zalesiony. Mniej błękitu nad głową, więcej koron drzew – ten odcinek zapamiętałem jako nudniejszy.

Tuż za Polaną Przysłop Dolny trafiłem na tabliczkę GPN: Grób Władysława Pisarskiego. To mogiła partyzanta Armii Krajowej, plutonowego Pisarskiego, który zginął w 1944 roku w potyczce z Niemcami. Nie zbaczałem jednak z trasy – w głowie miałem już Gorc.

Na wysokości ok. 1100 m zielony szlak odbija w lewo schodami, podczas gdy łagodna ścieżka na prawo prowadzi do Bazy Namiotowej Gorc. Ten odcinek – 400 metrów i ponad 80 m przewyższenia (średnio 20%) – dawał się we znaki. Była to już szósta godzina marszu, a plecak mimo ubytku wody i prowiantu wydawał się coraz cięższy. Ostatnie podejście na sam szczyt Gorca i wreszcie jest: ostatni punkt wysokościowy tego dnia. Do kompletu zostało tylko 20 metrów na wieżę widokową. Niestety Tatry nadal kryły się za chmurami, ale te kradły show.

Kolejny cel: źródło wody. Na mapach w rejonie Gorc Kamienicki są trzy – przy bacówce (prywatny kran), „U Żłoba” i „Do Smoka”. Bacówkarz spał na hamaku, więc nie chciałem go budzić. „U Żłoba” okazało się zanieczyszczonym korytem z glonami, więc została ostatnia nadzieja – „Do Smoka”. Tylko dzięki GPS udało mi się tam trafić, bo ścieżka jest praktycznie niewidoczna i zarośnięta.

Dotarłem we wskazane miejsce i namierzyłem tabliczkę „SMOK”. Od tego miejsca trzeba zejść jeszcze kilka kroków niżej i po prawej, wśród ogromnych liści lepiężników, znaleźć drewnianą „rynnę”, po której cienką strużką leje się woda. Napełnienie 2,5 litra zajęło mi dobre 10 minut, a w tym czasie komary i muchy chciały mnie zjeść żywcem. Wizja wspinania się z powrotem jakieś 30 metrów przez chaszcze w ogóle mi się nie uśmiechała, więc poszedłem w dół na dziko. Po chwili wyszedłem na utwardzoną ścieżkę, która – według mapy – łączy się z niebieskim szlakiem około kilometr dalej. Mnie jednak zależało na jak najszybszym powrocie, więc gdy tylko las się przerzedził, wbiłem się z powrotem na trasę przed Przełęczą Głębieniec.

Dziewczyna z lasu

Za Głębieńcem (ok. 1000 m n.p.m.) miałem możliwość skrócić trasę i zejść prosto do Trusiówki. To legalne, bo od tego miejsca ścieżka prowadzi już poza granicami GPN. Ja jednak chciałem domknąć pętlę zgodnie z planem, więc wybrałem dłuższą opcję przez Nową Polanę i Rzeki. Szczerze? Nie wiem, czy było warto. To ponad 4 km bez widoków, Nowa Polana wygląda raczej jak plac tartaku, a marsz asfaltem wzdłuż Kamienicy nie należy do atrakcji. Śmiało można skrócić trasę i zejść wzdłuż potoku Spaleniec.

Około 16:30 dotarłem na miejsce noclegu. Trusiówka to fajnie zorganizowane pole biwakowe: duża wiata, dwa miejsca na ognisko (jedno z opuszczaną kratą grillową), toalety*, budynek główny, kosze na śmieci i dwa parkingi. Obsługi już nie było, więc wszystko załatwiłem telefonicznie z panem Bartłomiejem – bardzo pomocny i uprzejmy. Opłatę zrobiłem BLIK-iem (aktualne ceny i regulamin są na stronie GPN: https://gpn.gov.pl/miejsca-biwakowe-gpn) i mogłem rozbijać „obóz”.

* Toalety są płatne wyłącznie monetami 2,- PLN. Woda w kranie nie nadaje się do spożycia, a jedynie do celów sanitarnych.

Mimo że wcześniej ćwiczyłem rozstawianie namiotu, szło mi średnio. Model, który kupiłem, jest ultralekki (675 g razem z pokrowcem i śledziami) i wymaga dwóch kijów trekkingowych oraz odpowiedniego naciągnięcia. Trochę mi zeszło, zanim stał tak, jak trzeba. Potem już tylko szybkie pompowanie materaca, rozłożenie śpiwora (puch musiał się rozprężyć po całym dniu kompresji), herbata, liofilizat i… fotel turystyczny, który w okazał się prawdziwym luksusem tamtej chwili.

Wieczorem czekała mnie spora niespodzianka. Dziewczyna z lasu wpadła na ognisko do Trusiówki i przywiozła skrzynię dóbr: kiełbasę, musztardy, warzywa, owoce, ciasto, zimne piwo i coś mocniejszego. Do tego własne drewno i rozpałkę. Moi znajomi okrzyknęli ją później „Panią Szerpową” – i słusznie. Miło było pogadać, odwrócić uwagę od całodziennej wyrypy i nie myśleć jeszcze o ciemnej nocy w lesie oraz kolejnym dniu na szlaku.

(nie?)przespana noc

Ułożyłem się do snu jeszcze przed 21:00. Czułem zmęczenie, a kolacja mnie spowolniła, ale zasnąć od razu się nie udało. Ciało miałem rozpalone, a ciemność wyostrzyła słuch. Kilka razy miałem wrażenie, że tuż obok słychać mocne parsknięcie – jakby z dużych nozdrzy. Nie pomagało to w zasypianiu.

Ratowałem się słuchawkami z redukcją hałasu, ale i tak miałem poczucie, że tej nocy nie zmrużyłem oka. W środku nocy pojawili się jeszcze fani disco, którzy rozbili „obóz” na parkingu i serwowali okolicy swoje umca-umca. Nad ranem zrobiło się zimno, bo zapomniałem szczelnie zasunąć śpiwór i musiałem ratować się cienką puchówką. Wszystko to nie zapowiadało dobrze drugiego dnia.


Podsumowanie pierwszego dnia

  • dystans: 29,7 km
  • czas: 9:03 h
  • przewyższenia: 1199 m
  • punkty GOT: 44
  • spalone kcal: 4934

Poranek dzień drugi

Wbrew obawom noc okazała się wystarczająco regenerująca – obudziłem się rześki i wypoczęty, gotowy do dalszej drogi. Mimo całodniowego trekkingu poprzedniego dnia nie pojawiły się zakwasy ani typowe poranne „ściągnięcie” mięśni czy powięzi.

Zwijanie „obozu” szybko pokazało kilka problemów, o których wiedziałem w teorii, ale dopiero teraz doświadczyłem ich w praktyce. Rano ogarnianie wszystkiego zajęło mi znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem.

Pierwszy kłopot – wilgoć. Jednowarstwowy namiot jest lżejszy od modeli z tropikiem, ale mocniej łapie kondensację. Para z oddechu i ciała osiadała na zimnych ściankach, tworząc kropelki. Nie kapały na mnie, ale każde dotknięcie przypominało zetknięcie z mokrą zasłonką prysznicową. Zwijając śpiwór i matę musiałem uważać, by nie dotknęły ścian.

Buty wieczorem schowałem do namiotu, ale nie do worka – przez noc złapały wilgoć. To samo stało się z każdą rzeczą pozostawioną bez osłony na podłodze. Plecak leżał w przedsionku, na worku – też był wilgotny, choć na szczęście wodoodporny. Strzepywałem namiot, ale do pokrowca i tak trafił mokry. To poważny problem, który muszę rozwiązać, bo przy wielodniowym trekkingu wizja rozbijania wilgotnego namiotu kolejnego wieczora jest kiepska.

Zwinięcie całego obozu zajęło mi grubo ponad godzinę – ewidentnie muszę nabrać wprawy.

Na szczęście były i dobre wiadomości. Rano przywitało mnie słońce i całkowicie bezchmurne niebo. Świeżo zaparzona herbata smakowała genialnie, a nawet paskudna owsianka instant dała się zjeść. Do tego Trusiówka oferuje komfort porannej toalety – WC i umywalka na polu biwakowym to prawie jak wersja All Inclusive.

Gładki początek

Na niebieskim szlaku w Dolinie Kamienicy zameldowałem się o 8:00. Ten ponad ośmiokilometrowy odcinek to kondycyjna bułka z masłem – początkowo asfalt, potem wygodna ścieżka o średnim nachyleniu poniżej 5%.

Po drodze mijałem malownicze zbiorniki dla płazów, Papieżówkę – leśniczówkę, w której Karol Wojtyła spędził kilka dni w 1976 r., zanim został papieżem – oraz trzy charakterystyczne mosto-zakręty nad potokami: Stawieniec, Miazgowy i Wspólny.

Po niespełna 1:45 h dotarłem na Przełęcz Borek, skąd po krótkim odpoczynku odbiłem żółtym szlakiem na Polanę Pustak. To pierwsze tego dnia podejście – umiarkowane, ale miejscami sięgające 30%. W połowie drogi niewielka, malownicza Polana Przysłopek, a po dwóch kilometrach marszu pod górę wreszcie Pustak. Tu spotkałem pierwszych piechurów i mogłem delektować się panoramą Tatr – tym razem w pełni odsłoniętą.

Słońce mocno dogrzewało, a aura przypominała raczej lato niż początek jesieni.

Mniej gładki Turbacz

Żeby nie wracać tą samą drogą na Przełęcz Borek, wybrałem wariant małej pętli – czarnym szlakiem przez Kopę i dalej czerwoną ścieżką z powrotem na przełęcz. Całość to dodatkowe 6,6 km i 343 m przewyższeń, które zajęły mi 1:45 h. Oczywiście mogłem ją sobie darować, ale chciałem koniecznie odwiedzić Pustak – poprzednim razem widoczność była tak kiepska, że ledwo dostrzegałem krawędź lasu.

Około 11:30 byłem znów na Przełęczy Borek. Dzień zrobił się jeszcze cieplejszy, a ludzi na szlaku wciąż garstka. Przede mną kolejny etap – żółtym szlakiem na Halę Turbacz.

Ten niespełna trzykilometrowy odcinek prowadzi przez południowe zbocze Mostownicy. Pierwsze 400 metrów, ze średnim nachyleniem ponad 20%, szybko przypomniało mi, że to już druga doba w terenie. Plecak wydawał się coraz cięższy, wbijał się w ramiona, a ja raz po raz poprawiałem szelki: szerzej, węziej, wyżej, niżej – żadna pozycja nie była wygodna. Stopy puchły w butach, słońce grzało za mocno, a drobiazgi zaczęły mnie irytować. Miałem wrażenie, że idę bez końca.

Choć po dziesięciu minutach szlak złagodniał, czułem rosnące zmęczenie – bardziej psychiczne niż fizyczne. Powtarzałem w kółko: byle do schroniska. W pewnej chwili byłem wręcz gotów pominąć dodatkowe 2,5 km i szybciej wracać na parking, ale nie dałem za wygraną.

Gdy w końcu dotarłem na Halę Turbacz, poczułem ulgę – cel był już blisko. Szlak nagle zrobił się tłoczny. Do tego stopnia, że przestałem witać się z każdym, bo musiałbym rzucać „cześć” co kilka sekund.

Kwadrans później byłem w Schronisku PTTK na Turbaczu. Od poprzedniej wizyty dzieliło mnie 24 godziny, ale miałem wrażenie, że dotarłem do zupełnie innego miejsca.

Przez żołądek do celu

Schronisko w piątek w południe i to samo miejsce w sobotę w południe – dwa zupełnie różne światy. Dzień wcześniej spało pogrążone w ciszy pod chmurną pierzyną. Teraz setki turystów obsiadły każdy skrawek przestrzeni: ławki, ogrodzenie, stoły, polanę. Całość przypominała jedno wielkie mrowisko – gwarne, ruchliwe, pełne dzieci, rowerów i rozmów.

Wpadłem w ten chaos umorusany i zmęczony drugą dobą na szlaku, brutalnie wyrwany z pustelniczej bańki. Ostatkiem sił dotarłem do lady, zamówiłem zupę, drugie danie i herbatę. I nagle – zonk. Jeszcze chwilę wcześniej czułem, że umieram z głodu, a teraz nie byłem w stanie nic przełknąć. Zmusiłem się jednak, powoli jedząc żurek. Kęs po kęsie wracał spokój – serca, duszy i ciała. Drugie danie mieliłem chyba dwadzieścia minut.

Kiedy wreszcie poczułem się lepiej, wyszedłem przed schronisko. Siedząc z herbatą w dłoni, łapałem witaminę D i patrzyłem na Tatry. Proces trawienia szedł spokojnie, a wraz z nim wracały siły i jasność w głowie. Po godzinie byłem gotów na dalszą drogę.

Powrót z tarczą

Kolejny etap prowadził z powrotem przez Halę Turbacz i Czoło Turbacza. Mijałem nieprzerwany strumień turystów zmierzających w stronę schroniska. Popołudnie było cudownie ciepłe i bezchmurne, a moja forma wreszcie się ustabilizowała.

Na rozejściu szlaków pod Czołem obrałem kurs na Niedźwiedź i zielonym szlakiem ruszyłem w dół na Turbaczyk – jeden ze szczytów Korony Gorców. Trasa wiodła przez zalesione zbocza: najpierw przełęcz, potem podejście pod Kopieniec (1080 m n.p.m.), następnie zejście w dół i kolejne strome podejście (średnio 27%) na Wierch Spalone (1091 m n.p.m.). Tuż za nim mijam polany: najpierw Spalone, potem Solnisko. Wreszcie zalesiony szczyt Turbaczyka (1078 m n.p.m.) i rozległa Polana Turbaczyk z widokiem na Beskid Wyspowy.

Przede mną ostatnie podejście – dwadzieścia metrów na punkt widokowy pod Turbaczykiem. Panorama sięgała aż po Małą Fatrę, którą udało mi się uchwycić na zdjęciach. Chwilę zadumy zagłuszała głośna grupa imprezowiczów, której okrzyki słyszałem jeszcze przed Basielką i Polaną Łąki.

Ostatni fragment prowadził przez las do skrzyżowania zielonego szlaku z czerwono-zieloną ścieżką edukacyjną. Dalej czekała już tylko szeroka, utwardzona droga leśna – ponad pięciokilometrowy łuk aż do Hucisk. Monotonia marszu, spuchnięte stopy i uwierający plecak dawały mocno w kość, ale jednocześnie ciepłe promienie słońca migoczące między koronami drzew i poczucie udanego debiutu niosły mnie naprzód.

Na ławeczce z widokiem przez Niedźwiedź na Luboń Wielki zrobiłem ostatni postój. Odpoczywałem w słońcu, czując jednocześnie zmęczenie i satysfakcję – taką cichą dumę z dobrze przeżytej, dwudniowej przygody.

Tuż przed wejściem na niebieski szlak spotkałem starsze małżeństwo.

– Skąd pan idzie? Był pan na Turbaczu? – zagadnął mężczyzna.
Zgłupiałem na moment, po czym odpowiedziałem:
– W sumie to wszędzie byłem…
– Wszędzie? Czyli gdzie? – dopytywał.
Już miałem zacząć wymieniać wszystkie miejsca z tych dwóch dni, ale szybko zrozumiałem, że to nie ma sensu. Więc rzuciłem krótko:
– Wszędzie! W nogach sześćdziesiąt kilometrów. No wszędzie!
– Ach… – szepnęła jego towarzyszka.
– Sześćdziesiąt kilometrów! – powtórzył zdumiony mężczyzna.
– Sześćdziesiąt – przytaknąłem. – Miłego dnia!
– Miłego dnia! – odpowiedzieli chórem.

O 16:16 stanąłem przy samochodzie na wciąż pełnym parkingu Koninki–Tobołów. Zrzuciłem plecak, przebrałem się w świeże ubrania, włożyłem ultralekkie barefooty i mogłem oficjalnie zakończyć swoją pierwszą dwudniową trekkingową wyprawę w Gorcach. Na tarczy!

Post scriptum

Jakby co, to po tych dwóch dniach i 60 kilometrach, następnego dnia o świcie wyjechałem na spotkanie z Babią Górą z Zawoi przez Perć Akademików.


Podsumowanie drugiego dnia

  • dystans: 29,5 km
  • czas: 8:14 h
  • przewyższenia: 1085 m
  • punkty GOT: 40
  • spalone kcal: 4386

Praktyczne wskazówki – dwudniowy trekking w Gorcach

🗺️ Planuj trasę z zegarkiem w ręku
Rozpisz wcześniej trasę z przewidywanymi czasami dotarcia do kluczowych punktów. Dzięki temu będziesz wiedział, czy możesz pozwolić sobie na dłuższy relaks w schronisku, czy musisz trzymać tempo, żeby zdążyć zejść przed zmrokiem. To daje spokój w głowie i margines bezpieczeństwa.

⛰️ Oprzyj trasę o Turbacz
Schronisko PTTK na Turbaczu leży w centralnym punkcie Gorców i świetnie nadaje się jako baza. Ciepły posiłek i toaleta to duży komfort na trasie. W słoneczne weekendy trzeba się jednak liczyć z tłumami.

⚖️ Każdy gram ma znaczenie
Każde zbędne 200 g to balast, który z każdym kilometrem coraz bardziej ciąży. Ja niepotrzebnie zabrałem mini aparat z zapasowymi bateriami – ani razu go nie użyłem. Telefon + powerbank 20 000 mAh w zupełności wystarczyły na dwa ciepłe dni. (W chłodzie baterie schodzą szybciej, zwłaszcza przy częstym używaniu telefonu jako aparatu). Tę trasę spokojnie da się zrobić bez kuchenki, jeśli wystarczy Ci jeden ciepły posiłek w schronisku.

Testuj sprzęt w realnych warunkach
Rozstawianie namiotu na sucho w ogródku to nie to samo, co w lesie po całym dniu marszu. Warto zrobić choć jeden „treningowy” biwak, żeby później nie uczyć się wszystkiego od zera.

👕 Odzież to game changer
Nowoczesne, przewiewne i szybkoschnące materiały potrafią przetrwać próbę świeżości. Po całym dniu marszu i pocenia spokojnie mógłbym iść w nich na spotkanie ze znajomymi – bez obaw o zapachy czy komentarze.

💦 Wilgoć jest nieunikniona
Nawet przy bezdeszczowej pogodzie rano wszystko i tak będzie mokre: namiot od kondensacji, trawa, sprzęt. Dlatego warto postawić na buty z membraną – żeby nie zaczynać dnia w przemoczonych butach.

🥶 Noc w górach bywa chłodna
Jesienią temperatury potrafią zaskoczyć. Dobry śpiwór to jedno, ale koniecznie zabierz ciepłą odzież na noc. Lepiej rozsunąć śpiwór, jeśli będzie za ciepło, niż marznąć.

🧳 Pakuj się z głową
Nie wrzucaj wszystkiego luzem do plecaka. Używaj lekkich, wodoodpornych worków i grupuj rzeczy: szybkie przekąski osobno, kuchnia osobno, odzież nocna z przyborami toaletowymi razem, odzież na zmianę osobno, elektronika osobno. Dzięki temu łatwiej się odnajdziesz w marszu i na obozie.

💧 System na wodę
Sprawdź wcześniej miejsca, gdzie można uzupełnić wodę. U mnie sprawdził się zestaw: bukłak z rurką i elektrolitami do picia „w locie” + osobny bukłak z wodą do gotowania i mycia. Uzupełniam tylko wtedy, gdy to konieczne, żeby nie dźwigać zbędnych kilogramów. Drugi bukłak mam z filtrem – na wypadek konieczności czerpania z niepewnego źródła.

🧠 Energia psychiczna jest równie ważna jak fizyczna
Kryzys na szlaku często przychodzi nie przez zmęczenie nóg, tylko głowy. Warto mieć swoje „kotwice” – mantrę, ulubioną playlistę, baton czekający na specjalny moment – coś, co pozwoli przetrwać trudniejszy odcinek.

🌦️ Prognozy to tylko wskazówka
Nawet najlepsze zapowiedzi potrafią rozminąć się z rzeczywistością. Pół dnia można iść w szarudze, żeby nagle wyszło pełne słońce. Nie nastawiaj się tylko na piękne panoramy – czasem największą lekcją jest zaakceptowanie kaprysu pogody.

🛑 Nie zawsze warto iść na siłę
Czasem lepiej nadłożyć kilometrów, żeby wrócić w miejsce, które wcześniej przepadło we mgle. Ale równie dobrze warto odpuścić nudny odcinek czy asfalt, żeby oszczędzić siły i czas.

🧻 Mokre chusteczki i mikrofibra
Biodegradowalne mokre chusteczki przydadzą się nie tylko do rąk, ale i do kubka czy sztućców. A mała ściereczka z mikrofibry świetnie osuszy buty, plecak czy śpiwór.

💰 Nie zapomnij o drobnych
W Trusiówce toalety działają tylko na monety 2 zł. Warto mieć garść drobnych.

🔦 Czołówka zamiast latarki w telefonie
Telefonowa lampka działa awaryjnie, ale czołówka to zupełnie inny komfort i bezpieczeństwo.

🗑️ Śmieci zabierasz ze sobą
Worek na śmieci to absolutna podstawa – nie zostawiasz po sobie nic.

🔥 Rozpałka do ogniska
Jeśli planujesz ognisko (tylko w dozwolonych miejscach), miej pod ręką rozpałkę. Ja używam gotowych zwitków woskowanych – trzy sztuki w metalowej puszce.

Bardzo subiektywna ocena trasy

Poziom trudności: 6,5/10

6/10

Pamiętajcie, że to moja subiektywna ocena trasy. Może się różnić w zależności od pogody, widoczności w danym dniu, a nawet ruchu na szlaku czy mojego samopoczucia.

  • Rated 6 out of 10
    6
  • Rated 6 out of 10
    6

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *