DYSTANS
19.5 km + 🚗SUMA PODEJŚĆ
619 mPUNKTY GOT
CAŁKOWITY CZAS
9:00 hNAJWYŻSZY SZCZYT
1663 m n.p.m.GRUPA
2 osobyPOZIOM TRUDNOŚCI
4 / 10EKSPOZYCJA
2 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
10 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Do Kalifornii wybrałem się służbowo, ale ten wyjazd postanowiłem przedłużyć o kilka dodatkowych dni, żeby – oprócz pracy – zobaczyć coś więcej niż tylko ocean.
Pierwszym pomysłem było wejście na najwyższy szczyt hrabstwa Los Angeles, czyli Mount San Antonio (3068 m n.p.m.). Szybko jednak zweryfikowałem, że mimo słonecznej i bardzo ciepłej kalifornijskiej pogody, w styczniu ten trzytysięcznik jest w całości pokryty śniegiem. Oznaczało to konieczność zabrania zimowego sprzętu górskiego, a na to tym razem nie mogłem sobie pozwolić – zarówno logistycznie, jak i bagażowo. Dodatkowo, przy planowaniu takiego wyjścia musiałbym brać pod uwagę bezpieczeństwo całej ekipy i warunki, w których wszyscy czuliby się komfortowo.
Zapytałem więc kilka osób, które były w Stanach i zdążyły zobaczyć tam znacznie więcej, co poleciliby mi w tej części Kalifornii. Odpowiedź była w zasadzie jednogłośna: Joshua Tree.
Rozpocząłem przygotowania – przejrzałem kilka blogów podróżniczych, obejrzałem sporo zdjęć i finalnie miałem w głowie zarys planu na dwu-, a nawet trzydniowe zwiedzanie parku.
Baza noclegowa w Yucca Valley
Nocleg rezerwowałem ze sporym wyprzedzeniem, znając dokładną datę wylotu oraz mając ustalony terminarz spotkań biznesowych. Ku mojemu zaskoczeniu ceny noclegów na tym „zadupiu” – czyli w rejonie miejscowości Joshua Tree – do niskich nie należały. Co więcej, część ofert wyglądała jak nocleg w przyczepie kempingowej. Jeśli ktoś lubi taki klimat – w porządku, ale zdecydowanie nie w tych cenach. A gdy coś prezentowało się sensownie, koszt jednej nocy wydawał się już wyraźnie przesadzony.
Ostatecznie wybrałem motel Field Station Joshua Tree w miejscowości Yucca Valley, oddalonej o około 20 kilometrów od zachodniego wjazdu do parku (West Entrance). To bardzo przyjemne, „mało-amerykańskie” miejsce, z patio i automatycznym ogniskiem – fajny vibe na chłodne styczniowe wieczory.
Motel nie oferował śniadania, ale akurat w ogóle mi to nie przeszkadzało. Okolica wyglądała jak miejsce, w którym bez trudu można dobrze zjeść, a biorąc pod uwagę, jak fatalne potrafią być motelowe bufety w USA, brak śniadania na miejscu okazał się wręcz zaletą.
Joshua Tree – plan zwiedzania
Plan był dość ambitny. Zakładałem, że jeszcze w dniu przylotu, po zakwaterowaniu w motelu, uda nam się pojechać na zachód słońca na punkt widokowy Keys View. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała te założenia. Zmęczenie podróżą i jet lag zrobiły swoje, więc zamiast na szlaku wylądowaliśmy w meksykańskim barze La Caguama Go Grande w Yucca Valley, próbując dojść do siebie po locie i zmianie strefy czasowej. Tym samym plan trzech dni w parku automatycznie skrócił się do dwóch.
Oczywiście gdzieś z tyłu głowy czaiła się jeszcze ambicja zdobycia najwyższego szczytu parku – Quail Mountain (1773 m n.p.m.). To jednak, w zależności od wariantu, nawet 30 kilometrów marszu w terenie bez wyraźnego szlaku, który pochłonąłby sporą część dnia. Szybko skreśliłem ten pomysł.
Oficjalny, popularny, krótki i prosty szlak prowadzi natomiast na Mount Ryan (1663 m n.p.m.) i to właśnie ten szczyt obrałem jako pierwszy punkt wizyty w Joshua Tree. Leży mniej więcej w centrum zachodniej części parku, którą byłem najbardziej zainteresowany. Dojazd na parking przy Ryan Mountain pozwalał mi też realnie „wyczuć” park: ocenić odległości, czas przejazdów, prędkość poruszania się samochodem, infrastrukturę i zasady parkowania. Krótko mówiąc – wejść w rytm.
Plan zakładał, że po Ryan Mountain pojedziemy do najdalszego punktu dnia, czyli w rejon Arch Rock i Heart Rock. Następnie, wracając w kierunku Park Boulevard, mieliśmy zatrzymywać się wszędzie tam, gdzie tylko się da, by zobaczyć jak najwięcej. Celem było dotarcie na zachód słońca na Keys View – skoro poprzedniego wieczoru się nie udało.
Miałem jeszcze cichą nadzieję, że kolejnego dnia uda mi się namówić Wspólnika na przejazd przez cały park: wschodni wjazd, przejazd na południe (South Entrance) i po drodze przystanki w Cholla Cactus Garden czy pętla Mastodon Mine Loop Trail. Teoretycznie oznaczałoby to „przecięcie” całego Joshua Tree.
Teoretycznie – bo w praktyce park ma powierzchnię ponad 3000 km². Dla porównania: Tatrzański Park Narodowy to nieco ponad 200 km². A i tak Joshua Tree uchodzi w Stanach za park narodowy średniej wielkości. Death Valley National Park ma ponad 13 000 km², a Wrangell–St. Elias – przeszło 53 000 km². Dla skali: województwo mazowieckie zajmuje około 35 600 km². Mają rozmach, skurczybyki!
W mojej ocenie plan był dobry: elastyczny, ale z kilkoma stałymi punktami, które trzymały go w ryzach. Czy udało się go zrealizować? O tym dalej.
Wjazd do parku Joshua Tree (West Entrance)
Po obfitym i smacznym, jak na amerykańskie standardy, śniadaniu w klimatycznym C&S Coffee Shop – barze, w którym sympatyczna pani w fartuchu dolewa kawę prosto z dzbanka – ruszyliśmy rankiem w kierunku West Entrance.
Na szczęście mój Wspólnik posiadał ważną roczną kartę wstępu do wszystkich parków narodowych (America the Beautiful), więc uniknęliśmy opłaty wjazdowej. Dla porządku dodam, że od 1 stycznia 2026 roku cena takiej karty wzrosła do 250 USD dla osób spoza USA. Nadal jednak można kupić 7-dniowy bilet wstępu wyłącznie do Joshua Tree National Park w cenie 30 USD za samochód. Co istotne – opłata dotyczy pojazdu, a nie liczby pasażerów.
Z motelu do West Entrance mieliśmy do przejechania około 20 kilometrów. Dzień zapowiadał się idealnie: kilkanaście stopni na plusie, niemal bezwietrznie i malownicze formacje chmur na intensywnie błękitnym niebie. Trudno było nie uśmiechnąć się szeroko, wiedząc, że w tym samym czasie w Krakowie panowało −8°C, a nieba od tygodni nikt nie widział.
Do parku wjechaliśmy przy dźwiękach „Where the Streets Have No Name” zespołu U2 z albumu The Joshua Tree. Jeśli choć trochę lubicie ten irlandzki zespół i będziecie w tym miejscu, koniecznie odtwórzcie sobie tę płytę. Mówię zupełnie serio: nigdy wcześniej ten album nie miał dla mnie takiego ładunku emocji i nigdy wcześniej nie „smakował” mi tak bardzo, jak podczas jazdy samochodem wijącą się Park Boulevard w samym sercu pustyni Mojave.
Pierwszym celem dnia był Ryan Mountain – idealny szlak na rozgrzewkę i najlepszy sposób, by z góry spojrzeć na to, czym Joshua Tree naprawdę jest.
Ryan Mountain – mój pierwszy pięciotysięcznik*
Na niemal pustym parkingu przy Ryan Mountain Trail zatrzymaliśmy się około 8:30 i od razu ruszyliśmy pod górę dobrze widoczną, choć nieoznakowaną ścieżką. Jeszcze przed startem zagadnęła mnie amerykańska para, wyraźnie zainteresowana moimi trekkingami La Sportiva. Z krótkiej rozmowy wynikło, że słyszeli, iż trasa jest „trudna”. Zdziwiło mnie to, bo po wcześniejszej analizie map i profilu wysokościowego nic na to nie wskazywało.
Szlak na Ryan Mountain ma 2,3 km długości i nieco ponad 300 metrów przewyższenia, co daje średnie nachylenie na poziomie około 13%. W praktyce oznacza to krótki, dość równomierny marsz pod górę – bez technicznych trudności i bez miejsc, które mogłyby wywołać stres.
Styczniowym porankiem przez mniej więcej połowę trasy szliśmy w cieniu góry, ale mimo to szybko zrobiło się na tyle ciepło, że mój Wspólnik musiał zdjąć sweter. Z każdym kolejnym zakrętem krajobraz coraz bardziej oddalał się od wszystkiego, do czego przywykłem podczas górskich wycieczek w Europie. Zamiast dolin i lasów – płaska jak stół pustynia Mojave, porośnięta drzewami Jozuego, kaktusami cholla, opuncjami, jukami i larreą trójzębną. Z jasnego piasku co jakiś czas wyrastały jaśniejsze formacje monzogranitu, a na horyzoncie zamykały kadr pasma górskie z pojedynczymi, ośnieżonymi szczytami.
Co chwilę przystawałem, by spojrzeć za siebie. Widok był tak hipnotyzujący, że trudno było się od niego oderwać – a przecież to dopiero pierwsze kilkanaście minut w Joshua Tree.
Na szczyt dotarliśmy zgodnie z przewidywaniami bez większych problemów. Tempo dostosowane do Wspólnika pozwoliło nam wejść na Ryan Mountain w 50 minut. Choć słońce przyjemnie grzało, na wierzchołku (*5458 ft) przywitał nas dość silny, wychładzający wiatr. Góra sprawia wrażenie samotnej wyspy pośrodku pustyni, otoczonej po horyzont pasmami górskimi.
Widok ze szczytu, oznaczonego tabliczką i niewielkim kopcem kamieni, to niemal pełna, 360-stopniowa panorama. Całość wygląda jak precyzyjnie wykonana makieta – z miniaturowymi górami, pustynną równiną i charakterystycznymi roślinami porozrzucanymi w idealnych proporcjach. Mógłbym stać tam bez końca, ale wiatr szybko zagonił nas za rozłożysty krzew jukki Mojave, który dawał zaskakująco skuteczną osłonę. Zdjęcie z moim pierwszym „pięciotysięcznikiem” i pora było ruszać w dół.
Podczas zejścia ruch na szlaku wyraźnie wzrósł, ale tym razem mogłem w pełni skupić się na widokach przed sobą. Tuż przy parkingu znajdują się charakterystyczne formacje skalne: Indian Cave i Junk Clump. Pierwsza to raczej naturalne schronienie niż klasyczna jaskinia, druga natomiast przyciąga miłośników boulderingu. Formacje, mimo iż są bardzo blisko siebie, mają zupełnie różne formy i aż kuszą, żeby podejść, dotknąć czy wspiąć się choć troszeczkę.
Zamiast wracać prosto do samochodu, skręciliśmy w stronę Indian Cave. Choć oficjalnie nie prowadzi tam wyznaczony szlak, wydeptana ścieżka jest wyraźna i zachęca do podejścia. Joshua Tree jest jednym z nielicznych parków narodowych w USA, które oficjalnie dopuszczają tzw. cross-country travel – można zejść ze szlaku, obejść formacje skalne, podejść pod nie, a nawet na nie wejść, o ile robi się to z głową i poszanowaniem terenu.
Całe przejście Ryan Mountain Trail, wraz z obejściem Indian Cave, zajęło nam 1:45 h. Ekspozycję oceniłbym maksymalnie na 2/10, a wysiłek fizyczny na 3/10. Jeśli planujesz wizytę w Joshua Tree, Ryan Mountain to idealny punkt startowy i szlak, który bez wahania można polecić również osobom z lękiem wysokości.
Arch Rock i Heart Rock – plac zabaw dla dużych chłopców
Pełen energii wsiadłem do samochodu i poprowadziłem Wspólnika w kierunku White Tank Campground. Na teren samego kempingu nie można wjechać bez wykupionego miejsca – i bardzo dobrze, bo spokój biwakujących jest tu święty. Przegapiliśmy co prawda parking Twin Tanks, ale kawałek dalej, przy Pinto Basin Road, udało się znaleźć zatoczkę, z której szybko dotarliśmy pieszo w okolice obozowiska.
To nie jest zwykły kemping. Jest tu zaledwie 15 miejsc, a każde z nich ukryte w naturalnej, skalnej niszy. Już sama myśl o nocowaniu w takim otoczeniu jest dla mnie potwornie kusząca.
Szlaku w klasycznym rozumieniu właściwie tu nie ma. Kilka drogowskazów wyznacza ogólny kierunek, ale bardzo szybko zgubiliśmy „oficjalną” trasę i zaczęliśmy eksplorować teren na własną rękę. I właśnie wtedy włączył mi się tryb dziecka na największym placu zabaw świata.
Skalne formy miały najróżniejsze rozmiary i kształty: obłe, krągłe, pozornie gładkie, choć w rzeczywistości monzogranit ma fakturę grubego papieru ściernego, zapewniając doskonałą przyczepność. Chciałem wejść na każdą skałę, zajrzeć pod nią, obejść ją dookoła, przejść górą albo przecisnąć się dołem. Autentycznie miałem obłęd w oczach.
Być może właśnie przez tę ekscytację początkowo nie mogliśmy odnaleźć jednej z głównych atrakcji, czyli Arch Rock. Trafiliśmy za to do Heart Rock, która faktycznie jednoznacznie przypomina serce. Choć to ona przyciąga większość turystów, prawda jest taka, że w tym skalnym labiryncie niemal każda forma zachwyca, a wszystkie razem tworzą dzieło absolutnie wyjątkowe.
Niestety, właśnie tutaj przeżyłem też pierwszy – i na szczęście jedyny tego dnia – zawód. Natrafiliśmy na skałę zmasakrowaną przez wandala sprayem. Tego typu „twórczość” w takim miejscu boli podwójnie. Co gorsza, napis sugerował, że trop może prowadzić w stronę mojego – tfu! – rodaka…
Na szczęście nawet ten akt głupoty nie był w stanie przyćmić czystej radości z przebywania w tym miejscu. Gdybym miał więcej czasu, mógłbym spędzić tu cały dzień i nadal nie zdążyłbym zajrzeć wszędzie. Paradoksalnie, w drodze powrotnej – już trochę spokojniejszy – niemal przypadkiem „wpadłem” na Arch Rock, obok którego wcześniej przechodziłem kilka razy. To tylko potwierdza, jak łatwo wzrok płata tu figle, gdy dookoła jest tyle fantastycznych struktur.
Nasza zupełnie spontaniczna, niezaplanowana pętla eksploracyjna zajęła około 1:20 h. Ekspozycję określiłbym na 1/10 – oczywiście można wspinać się wyżej, ale wysokość i emocje każdy może dozować według własnych granic. Trudność to również 1/10 – jest to raczej spacer po parku z drobnymi przeszkodami, które pokonuje się wyłącznie wtedy, gdy ma się na to ochotę.
Jeśli planujesz wizytę w Joshua Tree, rejon Arch Rock i Heart Rock to absolutny obowiązkowy punkt programu – bezpieczny, niesamowicie angażujący i dający ogromną frajdę z samej eksploracji.
Split Rock, Face Rock i Skull Rock
Z parkingu Twin Tanks Parking Lot można ruszyć pieszo na zachód w kierunku samych Twin Tanks. Choć nam zabrakło czasu na tę eksplorację, warto o tym miejscu wspomnieć, bo to kawał historii Joshua Tree. Dwa naturalne zagłębienia w skałach dawni ranczerzy – w tym słynny C.O. Barker – „ulepszyli” betonowymi tamami, by magazynować wodę dla bydła. Do dziś można tam podobno odnaleźć jego nazwisko wyryte w betonie. To namacalna pamiątka czasów, gdy pustynia była miejscem brutalnej walki o każdą kroplę wody.
My tymczasem wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w stronę skrzyżowania Park Boulevard i Split Rock Road. Zdecydowaliśmy się wjechać na szutrową drogę prowadzącą do Split Rock, mimo znaku „Parking Full”, który wyglądał tak, jakby stał tu na stałe – niezależnie od faktycznego obłożenia. Kilkaset metrów dalej udało się jednak zaparkować, choć około 12:30 robiło się już naprawdę ciasno.
Split Rock Trail tworzy pętlę zaczynającą się tuż przy parkingu. Intuicyjnie wybrałem kierunek północny, co później okazało się bardzo dobrym wyborem. Do dziś nie wiem, jakim cudem na początku przeoczyłem samą Split Rock – potężny monzogranitowy głaz rozłupany idealnie pionową szczeliną na całej wysokości. Leży dosłownie przy wejściu na szlak. Chwilę później, widząc w oddali strzelistą Frigid Tower, byłem święcie przekonany, że to właśnie od niej pochodzi nazwa trasy. Pustynia skutecznie potrafi oszukać percepcję.
Pierwsze kilkaset metrów szlaku prowadzi w pełnym słońcu, z dala od największych formacji. Maszerując, mogłem sobie tylko wyobrażać, jak mordercze musi być to przejście latem, gdy jedyny cień generujemy własnym ciałem. W styczniu warunki były idealne – lekki t-shirt, krótkie spodenki i pełen komfort marszu.
Z czasem ścieżka zaczęła się wić, a skalne formacje znów wysunęły się na pierwszy plan. Krajobraz urozmaicały czarne, poskręcane pnie drzew – pozostałości po jałowcach kalifornijskich zniszczonych przez dawny pożar. W ekstremalnie suchym klimacie martwe drewno nie gnije, lecz ulega naturalnej mumifikacji. Zwęglone konary trwają tu przez dekady, tworząc filmowy kontrast z jasnym monzogranitem.

























































