DYSTANS
11 km + 1,5km (przez pomyłkę)SUMA PODEJŚĆ
725 mPUNKTY GOT
17CAŁKOWITY CZAS
4:16 hNAJWYŻSZY SZCZYT
967 m n.p.m.GRUPA
1 osobaPOZIOM TRUDNOŚCI
4 / 10EKSPOZYCJA
2 / 10OGÓLNA OCENA SZLAKU
4 / 10Jak liczę trudność i ekspozycję?
Oceny trudności, ekspozycji i szlaku są subiektywne i mają charakter orientacyjny. Poziom trudności wyliczam wg wzoru (QubaPra), który uwzględnia m.in. dystans, czas, nachylenie oraz szacowany wydatek energetyczny (spalone kcal), a końcową ocenę koryguję własnym odczuciem z przejścia. Twoje odczucia mogą być inne (kondycja, pogoda, wrażliwość na wysokość).
Niczym niedźwiedź przespałem pierwsze dwa miesiące 2026 roku i ani razu nie ruszyłem na polskie szlaki. Choć w sumie… nie mam prawa narzekać. W styczniu udało mi się odwiedzić Joshua Tree National Park w USA, gdzie porządnie naładowałem baterie. Potem przyszła Polska w wersji „zima na serio”: kilkanaście stopni na minusie, w Tatrach lawinowe dwójki przeplatały się z trójkami, a do tego praca i brak wolnego czasu zrobiły swoje. Baterie się wyładowały.
W połowie lutego pomyślałem, że zaraz szlak mnie trafi — i zacząłem wypatrywać weekendu z sensowną pogodą. Padło na wcześniej zaplanowaną wycieczkę na Szczebel w Beskidzie Wyspowym.
Dlaczego Szczebel
Dlaczego akurat Szczebel? Po pierwsze: jest w Koronie Beskidu Wyspowego i znajduje się na liście najwybitniejszych polskich szczytów. Ale najbardziej dlatego, że to jedna z tych gór, które mijam praktycznie za każdym razem, gdy jadę w Tatry, Pieniny, Gorce czy Beskid Wyspowy. Szczebel leży tuż obok Zakopianki, w okolicy Lubnia — stoi niczym samotna wyspa: wyraźny w krajobrazie i czytelny z daleka. W końcu przyszedł moment, żeby sprawdzić go na własnych nogach, a nie tylko zza szyby samochodu.
Planując swoje wycieczki, staram się zawsze, żeby nie zabrakło na nich widoków, panoram i bezkresnego nieba. Tutaj musiałem pogodzić się z tym, że Szczebel w dużej mierze porasta gęsty las — i z opisu trasy wynikało, że po drodze nie będzie żadnych widoków.
Wybrałem podejście czarnym szlakiem przez Mały Szczebel od Lubnia. To najbardziej wymagający wariant wejścia: ok. 4,8 km i ok. 620 m przewyższenia, licząc od darmowego parkingu przy Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II w Lubniu. Jak zwykle chciałem zrobić pętlę, a że wolę strome podejścia niż strome zejścia (zwłaszcza zimą), na powrót obrałem szlak zielony. W sumie to około 11 km i mniej więcej 4 godziny marszu — idealnie na pół dnia.
Żeby urozmaicić sobie ten leśny spacer, zabrałem ze sobą mojego czworonożnego przyjaciela: Pana Wyrwirączkę. Choć zaspany, wpadł w spazmatyczną radość, gdy tylko zobaczył w moim ręku uprząż i smycz w sobotę przed świtem.
Czarny szlak znaczy najtrudniejszy 🙂
Na szlak ze wspomnianego parkingu w Lubniu ruszyliśmy przed 7 rano. Temperatura -11°C momentalnie ścinała policzki. Przez chwilę miałem nawet wątpliwości, czy Pan Wyrwirączka nie będzie cierpiał na takim mrozie. On jednak zajął się tysiącami zapachów pozostawionych na śniegu i wyglądał na kompletnie niewzruszonego panującą aurą biegając we wszystkich możliwych kierunkach z nosem przy ziemi.
Wieś jeszcze spała ścięta potężnym mrozem, a słońce z wolna rozświetlało niebo żółtym blaskiem. Pierwsze 1300 metrów od parkingu prowadzi asfaltową ul. Księża Droga wzdłuż zabudowań jednorodzinnych. Wraz z ostatnim domem szlak wchodzi w las i zaczyna się właściwa część wycieczki.
Dalej idzie się już leśnym duktem. Po ok. 600 metrach docieramy do zamkniętej wiaty Koła Łowieckiego „Luboń” — miejsca odpoczynku i kapliczki przy rozległej polanie. Zatrzymałem się tam na chwilę, żeby popatrzeć na wschodzące słońce nad Mszaną. Potem szlak prowadzi jeszcze łagodnie przez las.
I właśnie tak wygląda pierwsze 2,5 km liczone od parkingu: spokojny marsz, idealny na rozgrzewkę. Dopiero mniej więcej na wysokości ok. 500 m n.p.m. trasa zaczyna wyraźnie piąć się w górę. Na odcinku około 700 m trzeba pokonać ok. 150 m przewyższenia, co daje średnie nachylenie w okolicach 21%. Tego dnia stwardniały śnieg przykrywał warstwę lodu, więc podejście było utrudnione. Do tego dochodziła szalona trajektoria spaceru Pana Wyrwirączki — zamiast trzymać się ścieżki, co chwilę przecinał ją w poprzek, dokładnie tak, jak robią to leśne zwierzęta, których tropy wyłapywał raz za razem. Przy dobrym zarządzaniu dało się jednak wykorzystać jego pęd we wspinaczce. O dziwo obeszło się bez zakładania raczków.
Kolejnym punktem przystankowym na trasie jest Jaskinia Zimna Dziura. Ma duży, wyraźny otwór wejściowy i leży praktycznie przy szlaku, więc trudno przejść obok niej obojętnie. To dobry moment, żeby na chwilę stanąć, złapać oddech i zerknąć na tablicę informacyjną obok.
To jaskinia szczelinowa (grawitacyjna), powstała wskutek rozsunięcia warstw skalnych bez naruszania powierzchni terenu. Zimna Dziura wyróżnia się obszerną górną komorą, dlatego była znana i odwiedzana od bardzo dawna. Związane są z nią ludowe podania o ukrytych pieniądzach i ich tajemniczych strażnikach — jedno z nich (z terenu Kasinki Małej) spisał w XX w. Sebastian Flizak. Przez otwór wejściowy wielkości 3 × 4 m można zejść do dużej komory (6 × 3 m), której dno znajduje się ok. 5 m poniżej poziomu terenu. Nawet w upalne dni panuje tu temperatura od kilku do kilkunastu °C. Z komory tej odchodzą na południe ciasne szczeliny, które wiodą lekko w dół ku niewielkiej sali. Łączna długość korytarzy Zimnej Dziury wynosi 26 m. Górną komorę jaskini można zwiedzać swobodnie, z zachowaniem podstawowych zasad bezpieczeństwa.
Z racji zimowej aury, śniegu i lodu — ale przede wszystkim Pana Wyrwirączki — nie zdecydowałem się na wejście do środka. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej czarnym szlakiem. Po pokonaniu kolejnych stromych 120 m przewyższenia i mniej więcej 500 m dalej dotarliśmy na Mały Szczebel (770 m n.p.m.). Na jego wierzchołku, między drzewami, stoi tabliczka szczytowa — ale widoków brak. Kolejne 200 metrów za szczytem daje chwilę oddechu, bo szlak na moment łagodnieje.
Do Szczebla zostaje już około 800 m i ok. 190 m przewyższenia — i to jest fragment, który potrafi wycisnąć z człowieka trochę potu. Miejscami nachylenie stoku dochodzi nawet do 49%.
Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że około 200 metrów przed szczytem znajduje się startowisko paralotniowe i lotniowe. Wystarczy podejść kilka kroków od szlaku, żeby otworzył się widok na „wyspy” Beskidu Wyspowego: Lubomir, Ciecień, Lubogoszcz, Śnieżnicę, Ćwilin i wiele innych szczytów w okolicy. Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, bo przed wyjściem zakładałem, że tego dnia widoków po prostu nie będzie.
Kilkadziesiąt metrów dalej jest już kopuła szczytowa Szczebla (976 m n.p.m.). Na zalesionym wierzchołku stoi maszt z powiewającą polską flagą, jest też kilka ławek i stołów, miejsce na ognisko oraz imienna ławeczka typowa dla Beskidu Wyspowego („Ławeczka Marka”). Znajdziesz tu również ołtarz polowy oraz głaz z tablicą upamiętniającą wycieczki ks. Karola Wojtyły.
Nieco niżej, poniżej szczytu, stoi krzyż w miejscu śmierci wicerektora krakowskiego seminarium, ks. Józefa Stańko (1968). W terenie nie ma jednak wielu dodatkowych informacji, więc na tym etapie potraktowałem to jako krótką, symboliczną ciekawostkę na trasie.
Ku mojej radości, siedząc na „Ławeczce Marka”, można delektować się widokiem Beskidu Wyspowego na wschód od Szczebla. Poranek był przepiękny i choć słońce przyjemnie grzało, mróz i wiatr na szczycie dawały się mocno we znaki. Pan Wyrwirączka zaczął wyraźnie marznąć, więc mój plan na spokojne, dłuższe śniadanie szybko upadł. Dogrzewanie psa pod puchówką, jednoczesna walka o zjedzenie kanapki, karmienie go suszoną wołowiną i nalanie herbaty — a do tego fakt, że on nie potrafi ustać spokojnie w miejscu — stworzyły mały logistyczny chaos. Skończyło się na błyskawicznej herbacie, suszonej wołowinie w psim pysku i założeniu raczków na drogę powrotną.
Gdy rozglądałem się w poszukiwaniu zielonego szlaku, między drzewami na południu dostrzegłem… ośnieżone Tatry, z Luboniem Wielkim na pierwszym planie. Ucieszyłem się jak dziecko, bo ten widok jest dla mnie zawsze dopełnieniem górskiej wycieczki. Jeśli mogę zobaczyć ze zdobytego szczytu tatrzańskie granie, osiągam pełnię szczęścia.
Jeśli więc szukacie odpowiedzi na pytanie, czy ze Szczebla coś widać — odpowiadam: tak. Przy sprzyjających warunkach zobaczycie stąd nie tylko sporą część Beskidu Wyspowego, ale również Tatry.
Zielony szlak vs Zielony Szlak Spacerowy
Choć zielony szlak powrotny jest mniej stromy od czarnego, każde zejście zimą z dynamicznym psem na smyczy oznacza dużo pracy, żeby nie skończyć zjazdem na czterech literach. Przyznam, że było ciężko. Pan Wyrwirączka ciągnął w dół, raz po raz przebiegając ścieżkę w poprzek z nosem przy ziemi, a przy okazji owijał smycz o wystające konary, małe choinki i pnie drzewek. Co chwilę wskakiwał też na skarpy wzdłuż szlaku i nagle stawał jak wryty, skanując okolicę, po czym ruszał dalej bez ostrzeżenia. Jestem przekonany, że spora część spalonych tego dnia kalorii poszła nie na podejście, tylko na siłowanie się z psem — który generalnie jest bardzo posłuszny, ale nie w lesie. Na zewnątrz odpala mu się tryb gończy i koniec kropka.
Schodząc, momentalnie zrobiło mi się gorąco. Nie tylko przez Pana Wyrwirączkę, ale też dlatego, że temperatura skoczyła na plus. Z każdym metrem w dół śnieg robił się bardziej mokry i zaczął kleić się do raczków. Do tego dopadł mnie głód, bo na szczycie nie było czasu na porządne śniadanie.
Jakby tego było mało, za Małym Groniem Pan Wyrwirączka dostrzegł stado pasących się saren. Te, gdy tylko usłyszały kroki, ruszyły w popłochu. On natomiast był o krok od wyrwania mi barku, próbując rzucić się w pogoń. Kiedy zorientował się, że nie ma szans na ich dogonienie, wpadł w histerię i zaczął oznajmiać całemu światu, że sarny mu uciekają. Żałosnemu skowytowi nie było końca — a psy gdzieś w dolinie zdawały się odpowiadać na jego koncert.
A potem znowu: tropy, bieganie w poprzek ścieżki, smycz plącząca się o konary i pnie. W jednej ręce kanapka, w drugiej kontrowanie psa, pot lejący się z czoła. Na szczęście błękitne niebo i po chwili cudowny widok na Babią Górę łagodziły niedogodności.
I szedłem tak zauroczony „Królową”, ciągnięty w dół przez Pana Wyrwirączkę, aż w końcu spojrzałem na zegarek z GPS i szlak mnie trafił. Okazało się, że przez nieuwagę przegapiłem rozejście, gdzie zielony szlak rozdziela się na ten właściwy w kierunku Tenczyna oraz na zielony szlak spacerowy w kierunku Lubnia. Kolor cały czas się zgadzał — nie zgadzał się kierunek i „typ” trasy. Kosztowało mnie to dodatkowe 1,2 km marszu i 70 m podejścia. To już kolejny raz, kiedy Pan Wyrwirączka skutecznie odwrócił moją uwagę od szlaku, a ja płacę za to nadprogramowymi metrami.
W tym miejscu jest mały haczyk: w okolicy działają dwa „zielone” warianty. Jest zielony szlak turystyczny PTTK (prowadzi w stronę Tenczyna) i jest zielony szlak spacerowy (prowadzi w stronę Lubnia). Kolor się zgadza, ale to nie jest ta sama trasa — i ja właśnie przez to dorobiłem sobie dodatkowe metry.
Pamiętajcie więc, że na rozejściu pod Małym Groniem zielone znaki rozdzielają się na dwie odnogi. Jeśli wracacie do Lubnia, trzymajcie się prawej odnogi — zielonego szlaku spacerowego. Lewa odnoga prowadzi zielonym szlakiem turystycznym PTTK w kierunku Tenczyna.
Trochę niżej, na pierwszej łące otwierającej widok na miejscowość Lubień, też warto uważać: zielony szlak spacerowy skręca w lewo w dół, a nie prowadzi prosto, jak mogłyby sugerować ślady kół w śniegu.
To już ostatni etap wycieczki: zejście lasem przez Młynarzęcie do Witkówki. Stamtąd można kontynuować spacer zielonym szlakiem przez Lubień albo wybrać wariant wzdłuż widokowej drogi nad Zakopianką. W obu przypadkach zostają ostatnie ok. 2 km do parkingu.
Całość zajęła mi nieco ponad 4 godziny w zimowych warunkach. Szlak był przetarty, ale miejscami śliski, miejscami śnieg usuwał się spod stóp, a miejscami głębszy śnieg kleił się do raczków. Do tego doszła spora różnica temperatur — od -11°C rano do nieco ponad 0°C po południu — oraz gończy polski na smyczy, czyli gotowy przepis na wyciśnięcie siódmych potów ze „zwykłej” górki w Beskidzie Wyspowym.
Dodatkowe 1,2 km i 70 m podejścia? Było. Ale w zamian dostałem coś, czego nie da się zaplanować w aplikacji: błękitne niebo od rana, zimowy Beskid Wyspowy w pełnej krasie, „bonusową” Babią Górę po drodze, Tatry między drzewami ze szczytu i wdzięczność czworonożnego przyjaciela. Taki dzień zostaje w głowie na długo i od razu każe planować następny wyjazd.
⚠️ Wskazówki dla osób z lękiem wysokości
…





























