Malta nie kojarzy się z górami i słusznie. Nikt nie leci tam z myślą o szczytach — ja też nie. Zwłaszcza że miał to być jedynie noworoczny spontan i chill. Ale skoro już tam byłem, naturalne wydało mi się sprawdzić, gdzie znajduje się najwyższe miejsce na wyspie i przy okazji je „zaliczyć”. Ten wpis nie jest o zdobywaniu ani o rekordach, tylko o górskim nawyku, który czasem daje o sobie znać nawet podczas zupełnie niegórskich wyjazdów.
Ġebel Comino 68,6 m n.p.m. – najwyższy szczyt Comino
Nie ma się co oszukiwać — niecałe 70 m n.p.m. to nie żaden szczyt, a raczej łagodne wzniesienie na trzeciej pod względem wielkości wyspie Malty — Comino. Fajne w Ġebel Comino jest jednak to, że jego „zdobywanie” rozpoczynamy od poziomu morza, czyli wchodzimy na „górę” od zera. A to zdarza się bardzo rzadko w przypadku pełnoprawnych szczytów.
Aby dostać się na Comino, należy najpierw dotrzeć do portu Ċirkewwa na północnym krańcu Malty. My zrobiliśmy to komunikacją miejską. Końcowy przystanek autobusowy znajduje się praktycznie tuż przy nadbrzeżu i budce Blue Lagoon Comino Ferries, gdzie za 15 euro od osoby (styczeń 2026) kupuje się bilet na łódkę w obie strony.
Duży budynek na środku portu obsługuje przeprawę promową na wyspę Għawdex, czyli Gozo (drugą co do wielkości wyspę Malty). Na Comino kursują średniej wielkości łodzie motorowe, zabierające na pokład kilkadziesiąt osób i odpływające co około 30 minut. Alternatywą jest bezpośredni rejs większą jednostką z Valetty.
Bileter poinformował nas, że tego dnia łódź nie dopłynie — jak zwykle — bezpośrednio do Blue Lagoon, lecz do Santa Marija Bay na północy wyspy. Szybko okazało się dlaczego.
Wiatr był tak silny, że po wypłynięciu z portu sternik — przynajmniej w moim odczuciu — miał spore problemy z bezpiecznym manewrowaniem. Fale miotały nami jak workiem kartofli. Część pasażerów miała ubaw po pachy, ale większość raczej nie czuła się w pełni komfortowo. Zresztą na twarzach niektórych strach było widać jeszcze przed wejściem na pokład — odwlekali ten moment do samego końca.
Najbardziej kłopotliwy wydawał się skręt w prawo, wymagający ustawienia łodzi równolegle do fal, tak aby nie uderzały w jej burtę i nie zwiększały ryzyka niebezpiecznego przechyłu bocznego. Po kilkunastu minutach dopłynęliśmy szczęśliwie do zatoki Taħt il-Mazz na południowo-wschodnim skraju Comino, gdzie morze było wyraźnie spokojniejsze. Stamtąd, już bez większego bujania, dotarliśmy do maleńkiego betonowego nabrzeża w zatoce Santa Marija.
Z nieodległej plaży w zatoce ruszyliśmy najpierw na najbardziej wysunięty na północ skalisty cypel wyspy z widokiem na skalne okno Ghemieri, a następnie na punkt widokowy nad jaskiniami Santa Marija. Ścieżki są tam widoczne, ale w praktyce teren pozwala spacerować w dowolnym kierunku, właściwie „na azymut”.
Choć z punktu widokowego nad jaskiniami można dotrzeć na najwyższy punkt wyspy także „na przełaj”, uznałem, że pójdziemy tam bardziej „prawilnie” — ścieżką wskazywaną przez Mapy.cz. Zeszliśmy więc z powrotem w kierunku plaży i od tego momentu rozpoczęliśmy właściwe „zmagania” ze zdobyciem Ġebel Comino.
Ścieżki nie są w żaden sposób znakowane, więc poruszanie się wymaga odrobiny uwagi. Piszę o tym dlatego, że choć teren jest otwarty, praktycznie bez drzew i bardzo łagodny, to i tak… pomyliłem ścieżki.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że stało się to przez cudownie zielone dywany szczawika południowego, który w styczniu kwitnie na żółto. Jego drobne dzwoneczki falowały na wietrze, wprawiając nas w zachwyt. I tak, pstrykając zdjęcia, przegapiliśmy odejście w kierunku szczytu przy ruinach budynku technicznego.
Kontynuując spacer, dotarlibyśmy do ogrodzonego lądowiska dla helikopterów, skąd również da się wejść na szczyt, ale postanowiłem wrócić do wariantu pierwotnego. Chwilę później byliśmy z powrotem na właściwej ścieżce.
Po około 25 minutach od startu przy plaży dotarliśmy na Ġebel Comino, oznaczony charakterystycznym kopczykiem z kamieni. Choć zegarek wskazywał wysokość 89 m n.p.m., należy przyjąć — za Uniwersytetem Maltańskim — że rzeczywista wysokość wynosi 68,6 m n.p.m.
Tak czy inaczej, to wystarczało, by podziwiać panoramiczny widok na Maltę, Gozo i otaczający je bezmiar morza. Miło było poczuć się zdobywcą. Nawet tak skromnego wzniesienia. Zwłaszcza w tak pięknych okolicznościach przyrody — styczeń na Malcie to bowiem taki polski maj.
Wyspa Comino słynie głównie z Blue Lagoon, do której następnie udaliśmy się, przecinając wyspę spokojnym spacerem szeroką, utwardzoną ścieżką. Po drodze minęliśmy garstkę eksploratorów. Większość zmierzała wprost z Santa Marija Bay w kierunku laguny i spotkaliśmy ich dopiero na ostatniej prostej, na ulicy Kemmunett.
Tego dnia plaże były praktycznie niedostępne z powodu ogromnych fal i silnego wiatru. Na szczęście ananasowa budka działała pełną parą, więc mimo przenikliwego chłodu mogliśmy przez chwilę poczuć się jak na wakacjach w tropikach.
Choć GPS już tego nie rejestrował, wróciliśmy do punktu startowego przez zatokę San Niklaw, mijając po drodze nieczynny Comino Hotel, a następnie Comino Hotel Bungalows. Niesiony ananasowym smakiem zatraciłem się bez reszty i — oczywiście — nie zauważyłem, że w kilku kluczowych miejscach tej ścieżki nie było formalnego przejścia.
Musieliśmy więc trochę przedzierać się „na dziko”, co ostatecznie miało bardzo fajny klimat. Chwilę po 15:00 siedzieliśmy już na plaży San Marija, racząc się własnymi przekąskami i czekając na łódź powrotną. W sezonie zimowym odpływa ona co 30 minut, a ostatni kurs jest o 16:00.
Po 15:00 łodzie zaczęły jednak kursować częściej, bo chętnych było znacznie więcej, niż jedna jednostka mogła zabrać na raz. Sternicy uspokajali napierający tłum, że każdy się zabierze — kolejne łodzie są w drodze. Powrót, choć równie dynamiczny, wydał się mniej stresujący niż kurs na wyspę. Nie wiem, czy to zasługa ananasowego szaleństwa, czy poczucia zdobycia najwyższego punktu na Comino, ale droga powrotna minęła zaskakująco gładko 🙂
PS. Gdyby starczyło nam czasu, poświęciłbym go znacznie więcej na eksplorację wyspy, którą można przejść wzdłuż i wszerz pieszo, bez większych trudności. I choć na Comino właściwie „nic nie ma”, to ruiny rozsiane po wyspie robią klimat jak z gry z serii Far Cry. Każde z tych miejsc ma swoją własną, często zaskakującą historię.
Trzeba jednak pamiętać, że oficjalnie nie wszystkie obiekty są udostępnione do zwiedzania.
Przykład? Opuszczona farma niedaleko lądowiska dla helikopterów. W 1979 roku Comino zostało wybrane na miejsce dość nietypowego eksperymentu, który miał uratować… świnie.
Po tym jak Afrykański Pomór Świń niemal wybił całą populację na Malcie, uznano, że najlepszym rozwiązaniem będzie całkowite odcięcie nowych stad od świata. I tak powstała farma hodowlana pośrodku niemal bezludnej wyspy — idealnie odizolowanej.
Miało to być miejsce „restocku”: punkt, w którym nowe pokolenie świń mogłoby spokojnie dorastać, zanim trafi z powrotem na Maltę. Niedaleko hotelowych bungalowów, turkusowych zatoczek i łódek z wczasowiczami — a jednocześnie jakby w zupełnie innym świecie.
Farma działała przez lata, aż do około 2011 roku. Wtedy resztki zwierząt przewieziono gdzie indziej, a obiekt oficjalnie zamknięto. I co dalej? Cisza. Ruiny. Betonowe klatki, porozrzucane dokumenty i stare telefony, które kiedyś służyły do dokumentowania stad, dziś przykrywa kurz i historie, których nikt już nie pamięta.
Ale to nie wszystko. Na wyspie znajdziecie również ruiny Szpitala Izolacyjnego. Budynek powstał pod koniec XIX wieku, gdy Comino było idealnym miejscem do całkowitego odcięcia ludzi od świata. Trafiali tu chorzy na cholerę, dżumę i inne choroby zakaźne, których Malta bała się jak ognia.
Izolacja w czystej postaci: morze dookoła, brak infrastruktury, brak ucieczki. Dla pacjentów oznaczało to jedno — samotność, często bez realnej nadziei na powrót. Ciarki po plecach.
Są tu także bardziej „oczywiste” zabytki: XVII-wieczna Wieża Świętej Marii oraz bateria artyleryjska, które w przeszłości pełniły funkcje fortyfikacyjno-obserwacyjne.
Wspomniany wcześniej Hotel Comino powstał pod koniec lat 70. i funkcjonował do roku 2000, po czym jego działalność stopniowo wygaszano. Dziś ruiny jednocześnie straszą, dziwią, szpecą i — paradoksalnie — intrygują.
Poza ruinami wyspa zachwyca zatokami, skałami, podwodnymi jaskiniami, klifami i naturalnymi oknami skalnymi. Jedno z nich znajduje się przy Crystal Lagoon — L-Għar ta’ Bla Saqaf. To naturalna jaskinia morska o zawalonym sklepieniu, tworząca ogromny otwór w skale z turkusowym morzem w dole.
Żałuję, że nie udało mi się tam dotrzeć.
Zresztą całe morze wokół Comino to turkusowy raj dla nurków: zatoczki, skały, podwodne korytarze, a nawet wraki. Z tym że… raczej niekoniecznie w styczniu, przy trzymetrowych falach 🙂
Ta’ Dmejrek 253 m n.p.m. – najwyższy szczyt Malty
Mieliśmy sporo szczęścia, bo kolejnego dnia wszystkie rejsy z Ċirkewwa na wyspę Comino zostały zawieszone z powodu silnego wiatru. My, niesieni jeszcze jego podmuchami i świeżym sukcesem zdobycia Ġebel Comino, ruszyliśmy więc na podbój Ta’ Dmejrek — najwyższego punktu Malty, położonego na klifach Dingli, na południe od Rabatu.
Nie będę oszukiwał. Na „szczyt” dotarliśmy… taksówką. Niemalże 🙂 Żeby jednak zachować choć minimalne poczucie zdobywania, z przystanku Zuta ruszyliśmy pieszo w dół, w kierunku cypla Ġebel Ċiantar, na którym zachowały się fragmenty ufortyfikowanej osady z epoki brązu.
Wiatr był niezwykle silny. Dla osoby z lękiem wysokości podejście bliżej krawędzi niemal 200-metrowych klifów było dla mnie naprawdę trudne. A mimo to szło mi całkiem nieźle — widok był po prostu zbyt piękny i zbyt elektryzujący, żeby się wycofać.
Jasnożółte skały, soczysta zieleń, błękitne niebo, granatowe morze i dynamiczne, białe grzywy fal roztrzaskujących się o brzeg składały się na jeden, niesamowity obraz.
Przez chwilę chodził mi po głowie pomysł, żeby spróbować zejść jak najbliżej linii morza i od tego miejsca liczyć czas podejścia na Ta’ Dmejrek — tak, by faktycznie „wejść” na te 253 metry. Szybko jednak okazało się, że z cypla nie ma żadnego dostępnego zejścia w dół.
Najbliższe dojście do morza znajduje się przy Għar Lapsi, skąd teoretycznie można by próbować dotrzeć z powrotem na Dingli Cliffs i dalej na szczyt. To jednak nie był dzień na takie eksperymenty. Poza tym nie chciałem narażać mojej Drugiej Połowy na nieplanowany off-trail.
Po dotarciu do ostatniego punktu widokowego na skalnej formacji ruszyliśmy z powrotem w górę, w kierunku naszego celu. I po około 12 minutach… byliśmy na miejscu 🙂
Szczyt nie jest w żaden sposób oznaczony. Ledwo wydeptana ścieżka za murkiem oporowym nad ulicą Panoramika jest praktycznie niewidoczna. Tylko nawigowanie przy pomocy Mapy.cz pozwoliło mi zlokalizować punkt, choć i tak sprawia on wrażenie nieco przesuniętego względem oznaczenia na mapach.
Pamiątkowe zdjęcie i… mamy to. To chyba najszybciej „zdobyty” szczyt, jaki pamiętam. Choć Ta’ Dmejrek jest wyższy od Ġebel Comino, to właśnie ten drugi ma zdecydowanie bardziej „górski”, pagórkowaty charakter. Ta’ Dmejrek to raczej mini-kurhan niż szczyt.
Żeby jednak wycieczka miała sensowną długość i wyraźny punkt kulminacyjny, uznaliśmy, że naszym kolejnym celem będzie — ponoć najlepsza na Malcie — ftira w Rabacie.
Ftira to tradycyjny maltański chleb na zakwasie, wypiekany w kształcie pierścienia, będący bazą słynnej maltańskiej kanapki. W środku najczęściej ląduje tuńczyk, pomidory, oliwki, kapary, ziemniaki i lokalny ser gbejna. To chleb o chrupiącej skórce i delikatnym miąższu, przygotowywany według starej receptury i wypiekany w piecu opalanym drewnem.
I tym sposobem ruszyliśmy pieszo z Dingli Cliffs do Rabatu. Najpierw minęliśmy Kaplicę św. Marii Magdaleny, gdzie ostatecznie zrezygnowaliśmy z autobusu na rzecz spaceru. Po dotarciu w okolice starej stacji radarowej skręciliśmy w ulicę il-Merħla, którą doszliśmy do centrum Dingli, pod Kościół Parafialny św. Marii — to około 4 kilometry.

Pamiątkowa tablica w miejscu zabójstwa Martina Muscata 
Klify Dingli 
Klify Dingli 
Ulica Panoramika wzdłuż klifów Dingli 
Klify Dingli 
Klify Dingli 
Klify Dingli 
Klify Dingli 
Ulica Panoramika wzdłuż klifów z widokiem na radar Dingli 
Klify Dingli 
Klify Dingli 
Radar Dingli 
Kaplica Św. Marii Magdaleny 
Klify Dingli 
Klify Dingli
Kolejne 3 kilometry to już dość monotonny marsz wzdłuż drogi nr 16 w kierunku Rabatu. Jeśli macie możliwość skorzystania z autobusu — nie wahajcie się. Szkoda czasu na spacer wzdłuż ruchliwej drogi, po której na dodatek jeździ się po złej stronie 🙂
Po niespełna 1 godzinie i 50 minutach dotarliśmy na ulicę St Paul, niedaleko placu Anton Agius, do Chez Eman — miejsca słynącego z tradycyjnych ftir. Wybraliśmy najbardziej klasyczną wersję z tuńczykiem i serem, po czym ruszyliśmy z nimi do punktu widokowego przy murach Mdiny.
Całość popijaliśmy lokalnym lagerem Cisk, który miał dopełniać maltański klimat tej buły.
Doznania degustacyjne? Buła smaczna, jak na południowe standardy — najlepiej wypada na ciepło. Chrupiąca skórka, przyjemny miąższ w środku. Dodatki jednak nie porywają. Połączenie sałaty lodowej, pomidora i tuńczyka jest raczej mdłe, sera niewiele, brakuje wyrazistego charakteru.
Miłośnik „polskiego” kebaba ze średnim sosem raczej nie będzie ukontentowany. Można by złośliwie podsumować: jaki szczyt, taki smak 🙂
Aaa i na koniec. Mdina jest urokliwa. Warto tu przyjechać!






























































