To będzie wpis trochę inny niż zwykle. Tym razem nie zdobywałem żadnego szczytu własnymi nogami, więc opisane poniżej miejsca nie trafią do mojej corocznej tabelki górskich dokonań. Ale pominięcie ich na blogu byłoby grzechem – bo mówimy o Alpach, największym i najwyższym paśmie Europy. A im po prostu należy się wpis w tym pamiętniku.
Spektakularne zakończenie urlopu
Rodzinny wypoczynek we włoskiej Toskanii minął nam pod znakiem błogiego lenistwa. Choć zwiedziliśmy i pojeździliśmy po okolicy sporo (klasycznie: Siena, San Gimignano, Volterra i mniej oczywiście, ale równie, a może nawet jeszcze piękniej: Suvereto, Sasseta, Sassa, Casale Marittimo, Guardistallo, Populonia, Monteverdi Marittimo, Colle di Val d’Elsa oraz wszystko to, co pomiędzy nimi, czyli niezwykłe krajobrazy Toskanii), to mimo wszystko urlop minął nam pod znakiem jedzenia, basenu i morza. O ile drogę na wakacje zaplanowałem najszybszą trasą samochodem „na raz”, to droga powrotna składała się z trzech odcinków. Każdy odcinek niósł ze sobą jeden lub kilka kulminacyjnych punktów programu.
I tak na pierwszy dzień powrotu składał się odcinek ok. 630 km wiodący z okolic Cecina przez zachodni brzeg Jeziora Garda, dalej przez Przełęcz Manghen (2047 m n.p.m.), następnie przez Przełęcz Penser Joch (2211 m n.p.m.), do średniowiecznego miasteczka Sterzing, które w 2009 roku zostało wybrane „Borghi più belli d’Italia” (najpiękniejsze małe miasteczko Włoch).
Drugi dzień powrotu to 550 km ze Sterzing przez Przełęcz Staller Sattel łączącą Włochy i Austrię, dalej przez najwyżej położoną utwardzoną drogę w Europie – Großglockner Hochalpenstraße, do punktu widokowego Kaiser-Franz-Josefs-Höhe na wysokości 2369 m n.p.m. z widokiem na najwyższy szczyt Austrii – Großglockner i lodowiec Pasterze (najdłuższy w Alpach Wschodnich), a stamtąd do miejscowości Melk, ok. 80 km przed Wiedniem.
Trzeci dzień zakładał zwiedzanie największego i najbardziej okazałego benedyktyńskiego opactwa barokowego w Austrii w Melk, a następnie spokojny powrót do domu – 450 km.
Charakter tej części urlopu był stricte „drogowy” i uniemożliwiał górskie eskapady czy większe eksploracje, ale i tak ogromnie cieszyłem się na ten scenariusz.
Co wyszło z tego wakacyjnego finiszu?
Dzień 1: Kierunek Sterzing
Case Marittimo – Lago di Garda – Manghen Pass – Penser Joch – Sterzing
Pomysł na przejazd obok jeziora Garda urodził się praktycznie w ostatniej chwili. Wpisując bowiem trasę do Sterzing, uznałem, że dodatkowa godzina w trasie jest warta zobaczenia największego jeziora Włoch. Wybraliśmy przejazd zachodnim wybrzeżem, ponieważ – jak to ujęła AI – przejazd dostarcza więcej wrażeń z uwagi na krętą drogę i wiadukty. Czy było warto? Sam nie wiem. Pogoda nie rozpieszczała (pochmurno, miejscami deszcz), a mnogość samochodów, motorów i rowerzystów tworzyła mieszankę irytującą. Gdyby czasu było więcej, a aura ułatwiała pogodny odbiór tego miejsca, to z pewnością bardziej podobałby mi się ten odcinek podróży. Zwłaszcza że Valle del Sarca, zamykająca od północy Jezioro Garda, jest przepiękna nawet w deszczu! Jednocześnie jazda przez wąskie tunele czy kręte galerie także ma swoje uroki. Myślę, że presja czasu zabrała radość z jazdy.
Pierwsze prawdziwe zachwyty pojawiły się za Telve, gdzie odbiliśmy na Przełęcz Manghen. Zaczęło „pachnieć” górami. Szeroka dolina niespiesznie kierowała w górę, a sielskie krajobrazy zaczęły generować swój urok. I choć chmury kłębiły się, zasłaniając otaczające szczyty, wszyscy czuliśmy ekscytację, że wreszcie coś się dzieje. Pierwsze serpentyny spotęgowały te emocje do tego poziomu, że gdy tylko dotarliśmy na przełęcz (2047 m n.p.m.), wyskoczyliśmy z samochodu jak poparzeni i rozpierzchliśmy się po okolicy niczym psy spuszczone ze smyczy, żeby obwąchać każdy kamień i sprawdzić każdą ścieżkę. Momentalnie wspięliśmy się na niewielkie skaliste wzniesienie nad przełęczą, żeby zobaczyć więcej i więcej. Niezapomniane wrażenie, pomimo pochmurnej i „smutnej” pogody. Niestety ciążyła na nas presja czasu i wszystko musieliśmy robić w biegu. Tym samym nasz postój na przełęczy ograniczył się do kilkunastu minut, a następnie ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przed Bolzano słońce przedarło się przez chmury, dzięki czemu mogliśmy zachwycić się niezwykłym widokiem płaskiej jak stół Val d’Adige, z wyrastającymi z niej pagórkami Monte di Mezzo, a także otaczającymi ją majestatycznymi wzgórzami.
Za Bolzano, na drodze SS508, zrobiło się właściwie całkowicie pusto i Doliną Sarentino mozolnie zaczęliśmy piąć się w górę w kierunku Przełęczy Penser Joch. Droga nie była tak kręta jak Przełęcz Manghen, przez co sama jazda autem nie dostarczała tyle adrenaliny. Niemniej jednak, po dotarciu na szczyt przełęczy, znowu oszaleliśmy ze szczęścia i jak poparzeni wyskoczyliśmy z samochodu, rozpierzchliśmy się po pustym parkingu i pstrykaliśmy zdjęcia jak w amoku. Chmury dawały swoje show, raz po raz zasłaniając i odsłaniając pobliskie skaliste szczyty: Tatschspitze (2526 m n.p.m.) czy Zinsler (2422 m n.p.m.). Słońce chyliło się ku zachodowi, wiatr się wzmagał, a temperatura spadła poniżej 10°C. To było mroźne przywitanie (zwłaszcza po toskańskich 26–36°C chwilę wcześniej). Kilkanaście minut później musieliśmy już zjeżdżać w kierunku Sterzing, bo gonił nas czas, żeby na ostatni moment zameldować się w hotelu.
Zakwaterowanie mieliśmy w samym sercu Sterzing, więc zdążyliśmy jeszcze poczuć nocną, spokojną atmosferę miasteczka w drodze na i z kolacji w pobliskiej, typowo tyrolskiej restauracji, w której obok pizzy serwuje się Wiener Schnitzel, a tiramisu idzie w parze z typowym szwabskim lagerem. I choć byliśmy ciągle we Włoszech, menu było w języku niemieckim, a kelnerka szprechała najprawdziwszym niemieckim. To było dość niezwykłe doświadczenie.
Podsumowanie i spostrzeżenia po pierwszym dniu
- Za mało czasu na spokojne nacieszenie się przełęczami Manghen oraz Penser Joch. Z obu przełęczy można wybrać się na pobliskie szlaki, żeby eksplorować okolicę. Na przykład z Penser Joch na szczyt Zinseler (2422 m n.p.m.) w ok. 1 h 20 min (przebieg trasy wyraźnie widoczny i niespecjalnie wymagający) lub z Przełęczy Manghen na szczyt Ziolera (2481 m n.p.m.) trasą o trudności T2 (umiarkowana) w podobnym czasie. Nie muszę mówić, że dla górołaza obserwowanie tylu szczytów na wyciągnięcie ręki było jak lizanie lizaka przez papierek i bardzo żałuję, że nie było czasu na dotarcie choćby na jeden z nich.
- Auto z automatyczną, bezstopniową skrzynią biegów doskonale sprawdza się na stromych podjazdach i serpentynach – auto cały czas jest „gotowe” i ani przez chwilę nie traci mocy (czego miałem okazję doświadczyć). Niestety ta sama skrzynia przy zjazdach radzi sobie gorzej – silnik wyje w niebogłosy, a hamowanie silnikiem jest słabe i trudno je wyczuć.
- Objazd Jeziora Garda mogliśmy sobie darować, zyskując godzinę na większą liczbę postojów na widokowych spotach na odcinku wysokogórskim i w dolinach. Myślę, że więcej byłoby z tego radości niż z przejazdu zatłoczonymi i wąskimi jezdniami wzdłuż jeziora.
Dzień 2: Kierunek Großglockner
Sterzing – Passo di Stalle – Großglockner Hochalpenstraße – Kaiser-Franz-Josefs-Höhe – Melk
Kolejny dzień przywitał nas pogodową petardą. Kilkanaście stopni o poranku szybko przerodziło się w ponad dwadzieścia. Słońce, błękit nieba i plejada malowniczych chmur wszelkiego rodzaju oprawiła poranek w Sterzing w perfekcyjny sposób, dobrze nastrajając nas na resztę dnia. To był dzień kluczowy, najważniejszy i w ogóle NAJ. Mieliśmy pojechać NAJwyżej położoną utwardzoną trasą wysokogórską w Europie (Großglockner Hochalpenstraße), pod NAJwyższy szczyt Austrii (Großglockner 3798 m n.p.m.), gdzie mieliśmy obejrzeć NAJdłuższy lodowiec Alp austriackich – Pasterze (8 km długości). Zanim ruszyliśmy około godziny 10 w kierunku granicy włosko-austriackiej, zdążyliśmy jeszcze przespacerować się uroczą i właściwie jedyną ulicą spacerową starego miasta. W międzyczasie prześledziłem wszelkie możliwości górskich wycieczek w okolicy i oczywiście zapłakałem nad moim losem, że tak szybko muszę opuszczać ten raj na ziemi. Dziesiątki szlaków, setki kilometrów, różne stopnie trudności, plejada dwutysięczników, ale i trzytysięcznik by się znalazł… Ech. Znów czas nas gonił. Mieliśmy do pokonania 550 km, ale blisko połowa wiodła lokalnymi drogami, a w dodatku, żeby nie tracić widokowego przebiegu, wymyśliłem w ostatniej chwili, żeby przekroczyć granicę na przełęczy Passo di Stalle, którą po prostu wypatrzyłem na mapie chwilę przed wyjazdem.
Ruch na drogach lokalnych był spory. Niemniej jednak dość sprawnie dojechaliśmy do doliny Valle di Anterselva prowadzącej na przełęcz Passo di Stalle. Przez cały czas widoki były zachwycające, a zbliżająca się grupa Rieserferner z jej najwyższym szczytem Hochgall (3436 m n.p.m.) robiła piorunujące wrażenie. Kiedy na koniec okazało się, że u stóp masywu znajduje się turkusowe Lago di Anterselva, totalnie zwariowaliśmy. Niestety znalezienie miejsca parkingowego przy jeziorze graniczyło z cudem. Ruch pieszy i samochodowy w tym miejscu był ogromny, a droga praktycznie uniemożliwiała swobodne minięcie się dwóch pojazdów jadących w przeciwnych kierunkach. Byliśmy tak pochłonięci widokiem i jednocześnie kombinowaniem, jak to zrobić, żeby choć na chwilę zatrzymać samochód i popełnić setkę zdjęć, że przegapiliśmy moment, w którym zacząłem mimowolnie wyprzedzać stojącą na poboczu kolumnę samochodów. Zorientowałem się dopiero na wysokości Enzianhütte (schronisko), że te auta nie parkują na dziko, ale grzecznie czekają w kolejce na przejazd, ponieważ przejazd przez Passo di Stalle jest wahadłowy i puszczany raz na godzinę! O ja głupi. Nie sprawdziłem tego wcześniej – plan na przejazd tą przełęczą był w pełni spontaniczny. Musiałem zawrócić i na wąskiej drodze przebijać się z powrotem na koniec kolejki. Na moje szczęście, kilkanaście metrów niżej, pomiędzy dwoma oczekującymi pojazdami była spora luka i po ekwilibrystycznym nawrocie ustawiłem się grzecznie w kolejce. Co ciekawe, NIKT nie miał pretensji, nikt nie obtrąbił ani nie zwyzywał nas. Mieliśmy szczęście także dlatego, że pojawiliśmy się na 15 minut przed otwarciem ruchu i część mojej rodziny zdążyła dobiec do jeziora i zrobić pamiątkowe zdjęcia.
Droga na Passo di Stalle jest ultra wąska – stąd ruch wahadłowy. Nawet wyprzedzenie rowerzystów, których tutaj nie brakuje, jest trudne i wymaga ostrożności lub dotarcia do mini-pobocza, które co jakiś czas pojawia się wzdłuż asfaltu. To ciąg coraz ciaśniejszych serpentyn wśród dość gęstego lasu, więc niestety tracimy dużo widoków w kierunku doliny i grupy Rieserferner. Po kilku minutach pojawiamy się na szczycie przełęczy – jednocześnie granicy włosko-austriackiej, na której ciężko o miejsce do parkowania, ale kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się już duży parking przy Obersee. I znów euforyczny wyskok z auta i pognanie w kierunku przełęczy czy wody – gdzie kogo oczy poniosły. Austriackie jezioro nie jest tak piękne (kolor) jak włoskie chwilę wcześniej, ale dodaje niezaprzeczalnego uroku i życia do tego miejsca, otoczonego malowniczymi i dynamicznie wznoszącymi się szczytami dwutysięczników Rosskopf, Innerrodelkunke, Ausserrodelkunke czy Karlskopf od południowego wschodu oraz granią trzytysięczników Ohrenspitze od strony północno-zachodniej. Uroku niezaprzeczalnie dodaje także wijąca się droga w dół, w kierunku Doliny Defereggental.
Jak zwykle musieliśmy pędzić dalej – nie chcieliśmy bowiem, nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, stracić czasu na najcenniejszy odcinek: alpejską drogę pod Großglockner. Około półtorej godziny później zameldowaliśmy się na bramkach i po uiszczeniu opłaty 45 euro ruszyliśmy dziarsko w górę dwujezdniową, bardzo wygodną i, ku mojemu zaskoczeniu, niezbyt krętą drogą w kierunku parkingu przy Kaiser-Franz-Josefs-Höhe na wysokości 2369 m n.p.m. Pomyliłem jednak drogę i na jedynym rondzie na trasie skręciłem w kierunku najwyższego punktu – Hochtor (2504 m n.p.m.), zamiast w stronę punktu widokowego. Szybko naprawiłem swój błąd, zawracając na jednej z serpentyn, i kilkanaście minut później zaparkowaliśmy na wielopoziomowym, darmowym parkingu.
Pogoda była absolutnie genialna – błękitne niebo, pierzaste cirrusy, słońce dogrzewało ile mogło na wysokości wyższej niż większość tatrzańskich szczytów, na tyle, że raczej trzeba było się rozbierać niż ubierać. Widok ośnieżonego Großglocknera i otaczających go szczytów, a także znajdujących się na nich, ledwo dostrzegalnych schronisk wysokogórskich (Erzherzog-Johann-Hütte, 3454 m n.p.m., pod Großglocknerem, czy Oberwalderhütte, 2973 m n.p.m., na grani Eiskögele) robiły oszałamiające wrażenie. Zoomem w telefonie uchwyciłem nawet zdobywców najwyższego szczytu Austrii, a także tych wypoczywających w schronisku.
Pasterze u podnóża Großglockner (nazwa lodowca pochodzi najprawdopodobniej z języka słoweńskiego, dlatego brzmi jakoś znajomo) jest najdłuższym lodowcem w Austrii i dziewiątym pod względem długości w Alpach. To dolinny lodowiec wypustowy, który zaczyna się na wysokości 3700 m n.p.m. Oprócz szczytu to dla niego przyjechaliśmy – a być może nawet, gdyby czas pozwolił, podejść do jego czoła.
Tylko że… Naprawdę długo musiałem tłumaczyć synom, że to, co widzą w dole, to lodowiec, a raczej to, co po nim zostało. Ciężko było im uwierzyć, że ta szara, skromna forma w dole to naprawdę lodowiec…
W 1975 roku jego powierzchnia wynosiła blisko 20 km², w 2013 już 16 km². Regresja lodowca (cofanie się czoła lodowca) wynosiła w 2015 roku 55 m. Patrząc na zdjęcia sprzed kilkudziesięciu, kilkunastu czy nawet kilku lat, widać zatrważającą różnicę w wielkości lodowca. Zdjęcie: (https://www.greenmatters.com/pn/before-and-after-photos-captured-by-travelers-depict-the-harsh-reality-of-this-dying-swiss-glacier) obrazuje chyba dosadnie to, o czym tutaj się rozpisuję.
Jaka jest powierzchnia Pasterze w 2025 roku, nie wiem, ale wiem, że to, co zobaczyłem, prowadzi do smutnej konstatacji, że wnuki moich dzieci lodowca w tym miejscu najpewniej już nie zobaczą.
Ale cieszmy się chwilą! Rzadko kiedy można praktycznie bez żadnego wysiłku wejść na blisko 2500 m i cieszyć się alpejskimi widokami. Kaiser-Franz-Josefs-Höhe to umożliwia właściwie każdemu. Okolicę zamieszkują świstaki, które tego popołudnia licznie wygrzewały się w słońcu ku uciesze turystów. Można sobie cyknąć fotę z Cesarzem Franciszkiem Józefem, wejść na specyficzną wieżę widokową Wilhelma Swarovskiego, zejść ok. 250 m w dół w kierunku jeziora polodowcowego Sandersee z możliwością dość bliskiego podejścia do czoła lodowca lub przejść się sześcioma tunelami Gamsgrubenweg o długości łącznej ok. 2,5 km nad lodowcem Pasterze. I to interesowało mnie najbardziej, bo trasa ta prowadzi między innymi na szczyt Elschbacher (2664 m n.p.m.) – bez szczególnych trudności czy wymagań.
Chwilę zeszło nam odnalezienie wejścia do tuneli (!) choć tak naprawdę jest ono ogromne i naprawdę niełatwo je przegapić. W tunelach jest ciemno, wilgotno i zdecydowanie zimniej niż w sierpniowe pogodne popołudnie – miejcie to na uwadze, planując ich przejście. Mój starszy syn zgrywał twardziela do czasu, aż sam uznał, że lepiej założyć sweter ojca niż marznąć niemiłosiernie. Nasza trasa przez tunele przypominała bardziej bieg na czas niż wysokogórski spacer. Obliczyliśmy bowiem, że żeby dotrzeć do Melk (gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg) przed godziną 21:00, mieliśmy dosłownie ostatnie 30 minut na zwiedzanie Kaiser-Franz-Josefs-Höhe. Tym samym w 15 minut dotarliśmy na początek tunelu nr 6 i już musieliśmy zawracać. Nie dotarliśmy więc w rejon lodowca – na szczęście w przerwach między tunelami są punkty widokowe oraz tablice z wysokością, więc przynajmniej została nam pamiątka ze „zdobytego na nogach” 2407 m n.p.m.
Ruszyliśmy w dalszą drogę tuż po 16:00, zjeżdżając w dół do ronda Guttal, a następnie pnąc się w górę przez spektakularne serpentyny w kierunku tunelu pod Hochtor (2576 m n.p.m.) – najwyższego punktu na trasie, a jednocześnie granicy między dwoma krajami związkowymi Austrii – Salzburgiem a Karyntią. Po raz kolejny przed tunelem powitały nas spektakularne widoki w kierunku pasma Deferegger Alpen, a wijąca się w dole Großglockner Hochalpenstraße dodawała pejzażom malowniczości. Zatrzymaliśmy się na parkingu dosłownie na minutę i błyskawicznie ruszyliśmy dalej, ponieważ zegar nieubłaganie wskazywał, że możemy nie dotrzeć na czas do hotelu w Melk.
Ledwo ruszyliśmy i przejechaliśmy krótki wiadukt, a naszym oczom ukazał się kolejny spektakularny widok. Tym razem w kierunku pasma Granatspitzgruppe z widokiem dalszego przebiegu Großglockner Hochalpenstraße. Nie było wyjścia. Znów postój, znów błyskawiczna ewakuacja z pojazdu, szybkie skoki na pobliskie skały i chłonięcie panoram. I wtedy moi synowie wskazali na szczyt w okolicy, do którego prowadziła droga i który górował nad okolicą, gwarantując kolejne doznania. To był Edelweißspitze, jak się okazało NAJWYŻSZY punkt widokowy dostępny samochodem na całej Großglockner Hochalpenstraße! Nie mam pojęcia, jak mogłem go przeoczyć, planując przejazd tą trasą. Niestety nie było siły, żebyśmy dali radę na niego wjechać, nacieszyć się widokami i zjechać, by dalej kontynuować naszą trasę. I tak byliśmy już spóźnieni, a nasz nocleg wisiał na włosku. Nawet nie wiecie, jak bardzo wszyscy byliśmy zawiedzeni. Choć i tak wykręciliśmy na maksa nasz dzisiejszy program, to i tak czuliśmy, że z każdym mini parkingiem, punktem widokowym, miejscem postojowym chcieliśmy więcej i więcej. Ja znam to uczucie bardzo dobrze – choruję na góry już kilka lat, ale nie zdawałem sobie sprawy, że w ciągu dwóch dni można nabawić się tej choroby, przejeżdżając przez Alpy… Na nic zdały się prośby i branie ojca pod włos – wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w szaleńczy zjazd serpentynami, które po tej stronie były liczne i spektakularne. Nad Doliną Fuscher, do której zmierzaliśmy, góruje ogromny Großes Wiesbachhorn (3564 m n.p.m.), który wraz z całym masywem należy do Wysokich Taurów (Hohe Tauern), a dokładniej do podgrupy Glocknergruppe, i jest to drugi co do wysokości szczyt Glocknergruppe, po Großglocknerze (3798 m). Jego charakterystyczny, piramidalny kształt sprawia, że z wielu miejsc wygląda nawet „potężniej” niż sam Großglockner.
Tego dnia moim oczom ukazywało się jeszcze wiele cudownych widoków. Na przykład w Dolinie Saalach niezapomniany obraz rozświetlonego przez zachodzące słońce masywu Steinernes Meer (część Północnych Alp Wapiennych), a dalej panorama Alp Chiemgowskich.
I znowu największym wrogiem tego dnia był czas, którego zabrakło. Błędem było zaplanowanie noclegu w odległym Melk, podczas gdy trzeba było go zorganizować na przykład w rejonie Zell am See – co dałoby nam szansę na więcej wrażeń podczas trasy Großglockner Hochalpenstraße.
Do Melk dotarliśmy 15 minut przed 21:00. Dzięki temu udało nam się zameldować i dostać kolację. Dosłownie w ostatniej chwili.
Podsumowanie i spostrzeżenia po drugim dniu
- Ponownie za mało czasu na spokojne nacieszenie się wszystkimi atrakcjami na trasie. Prawda jest taka, że gdyby nie goniący nas czas, zatrzymywałbym się na każdym możliwym parkingu, punkcie widokowym czy miejscu postojowym. Jest ich bardzo dużo i każdy oferuje niezapomniane widoki – zarówno te w dolinach, jak i wysoko w górach. Gdybym miał planować przejazd ponownie, rozpocząłbym rano z możliwie najbliższej miejscowości, na przykład Lienz lub którejś z malowniczych wiosek w Dolinie Möllu, przeznaczył cały dzień na trasę i zwiedzanie wszystkiego, co się tylko da po drodze, a następnie nocował w okolicy Zell am See lub jeszcze w Dolinie Fuscher.
- Choć przejazd Großglockner Hochalpenstraße do najtańszych nie należy, to jest wart każdego wydanego euro. Droga jest szeroka i komfortowa. Kierowcy na trasie kulturalni do tego stopnia, że potrafili zatrzymywać się w zatoczkach, widząc, że jadą wolniej niż reszta kolumny, spowalniając pozostałych uczestników ruchu. To miłe i odpowiedzialne. A widoki… fenomenalne! Zwykle, żeby dotrzeć w tak wysokie góry i cieszyć się takimi panoramami, trzeba się mocno nachodzić i napocić. Großglockner Hochalpenstraße oferuje wysokogórskie doznania bez kropli potu.
- Wielopoziomowy parking w punkcie widokowym Kaiser-Franz-Josefs-Höhe jest darmowy.
- Zabytkowa kolej linowa na Kaiser-Franz-Josefs-Höhe została zamknięta w 2025 roku po 61 latach działalności. Obecnie jedynym sposobem dotarcia bliżej lodowca jest piesza wędrówka — zejście schodami (około 522 stopnie) i następnie spacer (około 60 minut w dół – ale potem mocno w górę 😉).
- Oglądanie umierającego lodowca było przytłaczające i smutne – oczywiście jeśli jesteś świadomy tych zmian oraz ich konsekwencji.
- Nie zapomnij odwiedzić Edelweißspitze, na który prowadzi asfaltowa droga – to najwyższy punkt na całej Großglockner Hochalpenstraße. Ja go przeoczyłem 🙁
- Pamiętaj, że wyjeżdżasz na blisko 2500 m n.p.m. – ubierz się mądrze! Zwłaszcza jeśli planujesz spacerować zimnymi tunelami Gamsgrubenweg. Nie spotkałem nikogo, kto byłby odzieżowo nieprzygotowany, co na przykład jest nagminne na Kasprowym Wierchu (klapeczki, kozaczki, torebeczki, sukieneczki i dżinsy-rurki).
- Możesz spotkać całe rodziny świstaków. Turyści dokarmiają je marchewkami, choć nie widziałem zakazów. Ty nie musisz tego robić – po prostu dyskretnie je podglądaj, starając się im nie przeszkadzać. I tak mają z nami ciężko…
- Na trasie nie ma stacji benzynowej. Najbliższa jest w Lienz i Bruck an der Großglocknerstraße. Warto o tym pamiętać przed wjazdem. Natomiast właściciele elektryków mają na całej trasie całkiem sporo punktów ładowania, więc nie powinni mieć problemów z doładowaniem baterii.
Dzień 3: Kierunek Dom
Melk – Kraków
Trzeci dzień to po prostu poranek w malowniczym centrum Melk. Dlaczego tam się zatrzymaliśmy? Bo mniej więcej w tym miejscu wypadała jedna trzecia trasy Toskania–Kraków, a jednocześnie miasteczko słynie z opactwa benedyktynów, które powstało w 1089 roku, kiedy margrabia Leopold II przekazał benedyktynom swoją dawną twierdzę nad Dunajem. Pierwszy klasztor był romański, później gotycki, a obecny barokowy kompleks wzniesiono w latach 1702–1736 według projektu Jakoba Prandtauera. Fasada ma ponad 300 metrów długości, a dwie wieże kościoła tworzą jedną z najbardziej rozpoznawalnych panoram Dolnej Austrii.
Zwiedzanie prowadzi przez reprezentacyjne sale, muzeum i tarasy widokowe, ale najważniejszym punktem jest biblioteka z freskami Paula Trogera. Zgromadzono w niej ponad 100 tysięcy woluminów, w tym cenne rękopisy średniowieczne. To właśnie ta biblioteka stała się jedną z inspiracji dla Umberta Eco przy tworzeniu „Imienia róży”.
I może na tym poprzestanę, bo ta część wycieczki odbiega mocno od charakteru bloga SzlakMnieTrafi.pl.



































